Żona bez przynależności

**Żona bez statusu**

Dzisiaj był ten wieczór – kolejne firmowe spotkanie. Stałam przed lustrem w przedpokoju, poprawiając włosy i krytycznie się sobie przyglądając. Nowa sukienka – granatowa, elegancka, ale skromna – leżała idealnie. Buty na niewielkim obcasie, torebka w kolorze. Wszystko, jak przystało na żonę dyrektora.

— Marcin, już gotowa! — krzyknęłam w stronę gabinetu.

— Zaraz, zaraz! — odparł mąż, ale po odgłosach wiedziałam, że wciąż rozmawia przez telefon.

Westchnęlam. Znów się spóźnimy. A ja tak się starałam zrobić dobre wrażenie na tych ludziach, z którymi Marcin pracuje od trzech miesięcy w nowej firmie. Po awansie na zastępcę dyrektora wciąż czułam się niepewnie na oficjalnych spotkaniach.

— Marcin, słuchaj — w końcu wyszedł do przedpokoju, zapinając marynarkę w biegu. — Będzie tam Wojciech Nowak z żoną, pamiętasz, opowiadałem ci o nim? To bardzo wpływowy człowiek. Postaraj się z jego żoną znaleźć wspólny język.

— Jasne, postaram się — kiwnęłam głową. — A czym ona się zajmuje?

— No… nie wiem dokładnie. Domem pewnie. Albo coś tam charytatywnego. Pogadaj z nią, sama się dowiesz.

Mówił pośpiesznie, myślami gdzieś indziej. Zrozumiałam, że więcej nie wyciągnę, więc zamilkłam.

W restauracji przywitał nas stłumiony blask świec i cicha muzyka. Przy długim stole siedziało już kilka par. Marcin od razu podszedł do mężczyzn, zostawiając mnie samą wśród tych wszystkich żon.

— To pewnie Kinga? — odezwała się do mnie dystyngowana kobieta około pięćdziesiątki w drogim kostiumie. — Jestem Joanna Nowak, żona Wojciecha. Marcin nam o tobie opowiadał.

— Miło mi poznać! — wyciągnęłam rękę. — A co dokładnie mówił?

— Och, ogólnie. Że masz wspaniałą żonę, która cię we wszystkim wspiera — uśmiechnęła się, ale w jej oczach przeleciało coś oceniającego.

Usiadłam obok niej, czując lekkie napięcie. Reszta kobiet przy stole była w podobnym wieku jak Joanna, wszystkie ubrane z klasą i drogo.

— A ty, Kinga, czym się zajmujesz? — spytała szczupła brunetka, która przedstawiła się jako Agnieszka.

— Jestem tłumaczką — odpowiedziałam. — Głównie techniczne teksty, na freelansie.

— Ach, jak ciekawie! — zawołała Joanna, ale ton jej głosu sugerował coś zupełnie innego. — A jakie języki?

— Angielski i niemiecki.

— Rozumiem. A dzieci macie?

— Jeszcze nie — poczułam, jak czerwienię się. To pytanie zawsze mnie peszyło.

— Nic nie szkodzi, jeszcze wszystko przed wami! — pobłażliwie zauważyła trzecia kobieta, pulchna blondynka. — Ja mam troje, wszystkie już dorosłe. Najstarszy w Kanadzie, prowadzi firmę.

Rozmowa potoczyła się po wydeptanej ścieżce. Kobiety mówiły o dzieciach, wnukach, wakacjach na luksusowych kurortach, zakupach. Ja słuchałam, od czasu do czasu wtrącając słowo, i z każdą minutą czułam się bardziej obco.

— A u jakiej firmy tłumaczysz? — nagle spytała Agnieszka.

— Pracuję z różnymi klientami. Samodzielnie.

— A, freelans — skinęła głową. — Pewnie wygodnie, pracować z domu. Ale zarobki chyba nieregularne?

— Wystarczające — odpowiedziałam ostrzej, niż zamierzałam.

— No tak, oczywiście — Joanna uśmiechnęła się tym pustym uśmiechem, który nic nie znaczy. — My z dziewczynami założyłyśmy fundację charytatywną. Pomagamy domom dziecka, organizujemy imprezy. Bardzo satysfakcjonujące! Nie chciałabyś do nas dołączyć?

— Pomyślę o tym — odpowiedziałam ostrożnie.

— Tylko trzeba temu poświęcać czas, rozumiesz? Regularnie jeździć na spotkania, być w centrum wydarzeń. My wszystkie mamy wolne ręce, mężowie dobrze zarabiają, więc możemy sobie pozwolić na działalność społeczną.

Skinęłam głową, doskonale łapiąc aluzję. Nie jestem z ich kręgu. Nie mam czasu na charytatywność, bo muszę pracować. A to znaczy, że nie jestem prawdziwą żoną dobrze sytuowanego męża.

— Kinga, jak tam? — Marcin pochylił się nade mną, kładąc dłoń na moim ramieniu. — Zapoznajesz się z paniami?

— Tak, wszystko w porządku — wymusiłam uśmiech.

— Panie Marcinie, ma pan urokliwą żonę! — oznajmiła Joanna. — Właśnie namawiamy ją do naszego funduszu.

— O, świetny pomysł! — ucieszył się Marcin. — Kinga, to doskonała okazja! Przecież mówiłaś, że chciałabyś robić coś pożytecznego.

Spojrzałam na niego zdziwiona. Kiedy ja coś takiego mówiłam? Wręcz narzekałam, że mam coraz więcej pracy i brakuje mi czasu na cokolwiek.

— Powiedziałam, że pomyślę — powtórzyłam spokojnie.

— Oczywiście, niech się zastanowi — przytaknęła Joanna. — Tylko pamiętaj, że są tam składki. Miesięczne. Niewielkie, jak na nasze standardy. Po dwa tysiące złotych.

Omal nie zakrztusiłam się winem. Dwa tysiące? To prawie połowa moich zarobków w lepszym miesiącu!

— To przecież grosze! — machnął ręką Marcin. — Kinga, koniecznie się zapisz. To dla dzieci!

Reszta wieczoru minęła jak we mgle. Uśmiechałam się, udawałam zainteresowanie, ale myślami byłam daleko. Przypomniałam sobie, jak rok temu z Marcinem szukaliśmy mieszkania. Jak cieszyłam się, że w końcu nas na nie stać. Jak byłam dumna, gdy dostał awans.

Ale wtedy wszystko wydawało się prostsze. Myślałam, że jesteśmy drużyną, że idziemy w tym samym kierunku. Teraz zrozumiałam: Marcin nie chce partnerki. Chce ładny dodatek do swojego nowego statusu.

W domu od razu poszłam do sypialni, zdjęłam biżuterię. Marcin wszedł za mną, rozluźniając krawat.

— No i jak wieczór? — zapytał, siadając na łóżku. — Joanna to ciekawa kobieta, co? A ten fundusz — świetna okazja, żeby wejść w ich środowisko. Zdobyć kontakty.

— MarcAle ja już wiedziałam, że moje miejsce jest tam, gdzie mogę być sobą, a nie tylko czyjąś wersją idealnej żony.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

3 × 4 =

Żona bez przynależności