Zobaczyć wszystko na własne oczy – opowieść o Ksenii, która po stracie męża i córeczki w wypadku pod…

Zobaczyć na własne oczy

Po strasznej tragedii, kiedy w wypadku straciłam męża i sześcioletnią córeczkę, długo nie mogłam się pozbierać. Niemal pół roku spędziłam w klinice, nie chcąc nikogo widzieć. Tylko mama była przy mnie cierpliwie rozmawiała, pocieszała, doglądała. Pewnego dnia powiedziała spokojnie:

Kasiu, firma twojego męża jest bliska upadku. Grzegorz ledwo zipie, prosił mnie, by ci przekazać, że nie daje już rady. Dobrze, że Grzegorz to uczciwy facet, ale

Te słowa trochę mnie ocuciły z odrętwienia.

Tak, mamo, chyba czas się czymś zająć. Mój Tomek pewnie cieszyłby się, gdybym kontynuowała jego dzieło. Trochę się znam, przyuczał mnie w biurze, może dam radę.

Wracając do pracy, zdołałam ocalić rodzinny biznes przed upadkiem. Firma stopniowo znów zaczęła prosperować, lecz mimo sukcesów strasznie tęskniłam za zmarłą córeczką.

Kasiu, chcę ci doradzić zaczęła mama. Adopcja dziewczynki z domu dziecka. Takiej, która ma jeszcze ciężej niż ty. Odmieniłabyś komuś los, a może też własny ból byłby lżejszy. Wierz mi, to może być dla ciebie ratunkiem.

Przemyślałam słowa mamy i wiedziałam, że ma rację. Chociaż byłam przekonana, że nikt nie zastąpi mojej własnej córki, udałam się do domu dziecka.

Marysia przyszła na świat prawie całkowicie niewidoma. Rodzice chociaż wykształceni ludzie, z tzw. dobrych domów przerażeni diagnozą, zrezygnowali z córki tuż po jej narodzinach. Strach i tchórzliwość nie omijają nawet osób wykształconych.

Trafiła więc do domu dziecka, gdzie dostała imię Maria. Rosła wśród obcych, tylko niewyraźnie widząc świat bardziej cienie niż ludzi. Mimo to nauczyła się czytać Braillea, kochała baśnie, wierzyła, że kiedyś przyjdzie po nią jej Dobra Wróżka.

Kiedy miała prawie siedem lat, Dobra Wróżka naprawdę przyszła. Piękna, zadbana, zamożna, a w głębi duszy ogromnie samotna. Marysia nie widziała jej dobrze, ale wyczuła, że jest ciepła i dobra. Gdy przyszłam do domu dziecka, dyrektorka była mocno zdziwiona, po co mi dziecko z niepełnosprawnością. Wolałam nie tłumaczyć, rzuciłam tylko kilka zdań o tym, że mam możliwości i chcę pomóc.

Opiekunka przyprowadziła Marysię za rękę. Kiedy ją zobaczyłam, od razu wiedziałam to moje dziecko. Była jak aniołek: złote loczki, wielkie niebieskie oczy czyste i głębokie, choć niewidzące.

Kto to? spytałam z bijącym sercem.

Nasza Marysia, wspaniała, grzeczna, kochana odparła opiekunka.

To moja Marysia, już wiem powiedziałam zdecydowanie.

Szybko pokochałyśmy się nawzajem. Potrzebowałyśmy siebie. Z pojawieniem się Marysi życie nabrało nowego sensu. Zwróciłam się do lekarzy zapalili we mnie iskrę nadziei. Jeśli przeprowadzi się operację, jest szansa na odzyskanie wzroku. Marysia musiałaby potem nosić okulary.

Chwyciłam się tej myśli i przed szkołą zorganizowałam dziewczynce operację, chociaż efekt nie był zadowalający. Była jeszcze nadzieja, ale trzeba było poczekać, aż podrośnie. Lata mijały, ja całym sercem oddałam się opiece nad córką, nie było dla mnie innych spraw. Sprawy firmy przynosiły coraz większe sukcesy, lecz w ogóle nie interesowałam się mężczyznami. Cały mój świat to była Marysia.

Marysia wyrosła na prawdziwą piękność delikatna, subtelna, jak z obrazka. Skończyła studia, nie była rozpieszczona i umiała być wdzięczna. Pracowała już razem ze mną w firmie. Byłam bardzo ostrożna przy doborze jej towarzystwa bałam się, że jakaś łajza wykorzysta jej naiwność i zauroczy się nie nią, a jej sporym posagiem. Starałam się od razu dać do zrozumienia, że nie mają tu czego szukać.

W końcu Marysia się zakochała. Poznałam jej wybranka, Krzysztofa. Chłopak sprawiał dobre wrażenie i nie miałam nic przeciwko ich spotkaniom. Oświadczył się, rozpoczęły się ślubne przygotowania, a jeszcze przed nimi zaplanowaliśmy ostateczną operację oczu Marysi, tuż po połowie roku od ślubu.

Krzysztof był czuły, troskliwy, choć czasem miałam wrażenie sztuczności zwykle jednak ignorowałam te sygnały. Oboje wybrali się do restauracji pod Warszawą dogadać szczegóły sali weselnej. W dzień było tam pusto.

Usiedli, Krzysztof położył telefon na stole. Nagle sygnał alarmowy z auta wyszedł zobaczyć, o co chodzi. Marysia została sama, wtedy właśnie zadzwonił jego telefon uporczywie. Nie chciała odbierać, ale dzwonek nie milkł. Ostatecznie odebrała od razu usłyszała donośny głos przyszłej teściowej, pani Haliny.

Krzysiu, wymyśliłam, jak szybko pozbędziemy się tej ślepej Marysi. Moja znajoma z biura podróży ma dla was dwie wycieczki w góry, poprosiłam, by przetrzymała. Po ślubie zabierzesz tę naiwną gąskę w Tatry, powiesz, że marzysz o widokach. Idźcie we dwoje, zadbaj, żeby twoja żona się poślizgnęła, spadła w przepaść. Ty wracaj, potem zgłoś na policję, że zaginęła, powiedz, że się pokłóciliście, wyszła sama. Płacz, udawaj, żądaj poszukiwań. A jak znajdą, uznają za nieszczęśliwy wypadek. I tak nikt się zagranicą nie przejmie ja wiem, że zagrasz rolę zrozpaczonego męża, przekonasz nawet jej matkę. Jak zrobią jej operację, będzie już za późno! Takie pieniądze nie powinny ci przejść koło nosa, synku. No, wyłączyłam się.

Marysia upuściła telefon, jakby ją sparzył.

A więc oni chcą mnie zabić. Krzysztof i jego matka” myśli kotłowały się w jej głowie. Jeszcze chwilę temu była szczęśliwą narzeczoną, zostały drobne przygotowania, a tymczasem osoby, których z mamą uznałyśmy za najbliższe nie mogła uwierzyć. Krzysztof nie mógł wiedzieć, że słyszała rozmowę. Cała się trzęsła, starała się nie zdradzić po sobie emocji. W tej chwili Krzysztof wrócił.

Nie wiem, czemu alarm się włączył. Może kot, żadnych śladów, chyba nikt auta nie ruszał mruknął. W tym momencie zadzwonił jego telefon, szybko podniósł słuchawkę:

Jasne, tak, Michał, zaraz będę po chwili dodał muszę pilnie jechać do biura.

Jedź, poczekam na mamę, razem omówimy sprawę sali odparła cicho Marysia.

No to lecę…

Gdy wyszedł, Marysia rozpłakała się.

Popatrzyła za oddalającym się Krzysztofem, po czym zadzwoniła do mamy:

Mamo, przyjedź do restauracji próbowała mówić spokojnie, choć łzy dławiły jej głos.

Co się dzieje, córeczko? Twój głos Zaraz będę!

Siedziała sama zapłakana, podeszła znajoma kelnerka, Basia.

Marysia, co się stało? Krzysztof gdzieś pobiegł, mieliście uzgadniać wystrój

Basia, wszystko w porządku, zaraz przyjedzie mama i dogadamy szczegóły. Krzysia wezwali do biura.

Przyniosę ci herbatę, wyglądasz na roztrzęsioną zaproponowała i Marysia kiwnęła głową.

Kasia wiedziała, że córka miała być z Krzysztofem w restauracji, więc telefon ją zaniepokoił:

Co tam się mogło stać, skoro Marysia aż tak się denerwuje? rozmyślała po drodze.

Po dwudziestu minutach była już przy stoliku.

Marysiu, martwiłam się o ciebie powiedziała, siadając obok.

Mamusiu łzy popłynęły po policzkach. Oni chcą mnie zabić!

Kto? spytała z niedowierzaniem.

Krzysztof i pani Halina. Słyszałam na własne uszy. Krzysztof zostawił telefon na stole, a ona zadzwoniła powiedziała mu, żeby pojechał ze mną w góry, tam mnie zepchnął Pośpieszali go, że musimy nie zdążyć z operacją.

Jesteś pewna, córeczko? To zabrzmi strasznie

Wiem co słyszałam, ona nawet nie wiedziała, że to ja, a nie Krzysztof odebrałam. Szybko rozłączyłam się. Krzyś poszedł do pracy.

Kasia była w szoku. Czy naprawdę się myliły co do Krzysztofa? Co zrobić? Siedziały tak, rozważając wszelkie opcje, kiedy Krzysztof zadzwonił.

Marysiu, mama już jest? Ustaliłyście wystrój sali?

Kasia wzięła telefon córki:

Halo, Krzysztofie, witaj. Dowiedziałyśmy się o wszystkim o twoich i mamy planach, tych wycieczkach w góry

Jakich planach, jakich wycieczkach? udawał zaskoczonego lub naprawdę jeszcze nie rozumiał.

O tych, gdzie Marysia miała się przypadkiem zabić. Chyba domyślasz się, że matka się pomyliła i odebrała twoja narzeczona. Jeśli zgłosimy sprawę na policję, wszystko da się odtworzyć, nawet skasowane nagrania rozumiesz?

Po dłuższej chwili milczenia mruknął:

Wiem To nie ja, to mama

Typowy tchórz, chowasz się za matką Żegnaj, Krzysztofie.

Nazajutrz Krzysztof zniknął z Warszawy. Obwinił matkę, że go wystawiła, wybiegł z jej pieniędzmi i wyjechał nie wiadomo gdzie. Bał się, że pójdziemy z Marysią na policję. Pani Halina także niespodziewanie odwiedziła krewnych w Gdańsku.

Doznać szoku, zobaczyć wszystko na własne oczy

W klinice okulistycznej przeprowadzono Marysi wyczekiwaną operację. Byłam z nią, póki nie zdjęto opatrunków. Szłyśmy razem na spacer do parku pod kliniką, siadłyśmy na ławce. Dr Michał Lewandowski, młody okulista, który opiekował się Marysią, był czuły i delikatny. Sam zabieg wykonywał znany specjalista, więc Marysia była pod najlepszą opieką. Michał nie krył zauroczenia. Obserwowałam go z rezerwą, ale dostrzegłam w nim szczerość i uczucia.

W dniu zdjęcia opatrunków przyniósł ogromny bukiet róż. Marysia doznała szoku po raz pierwszy zobaczyła wszystko wyraźnie, barwy kwiatów, przystojnego, wysokiego blondyna o szarych oczach.

Mamo, widzę wszystko! rozpłakała się ze wzruszenia, a Michał ją otulił ramieniem.

Marysia widziała świat na nowo, choć musiała chodzić w okularach, ale to drobiazg wobec tego, co dał jej los.

Minął czas, kiedy była już pewna siebie i szczęśliwa. Ślub Michała i Marysi był przepiękny. Rok później przyszła na świat ich córeczka o szarych oczach po tacie. Marysia była bardzo szczęśliwa miała przy boku czułego, troskliwego męża, który nigdy nie pozwoli jej skrzywdzić.

Dziękuję, że przeczytałeś moją historię. Życzę Ci powodzenia w życiu, dużo zdrowia i dobra!

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

10 − 9 =

Zobaczyć wszystko na własne oczy – opowieść o Ksenii, która po stracie męża i córeczki w wypadku pod…