Znowu się liże! Michał, zabierz go!
Basia patrzyła zirytowana na Staszka, który bez sensu podskakiwał jej pod nogami. Jakim cudem dali się namówić na takiego łobuza? Tyle rozmyślania, tyle się naradzali, nawet z hodowcami rozmawiali. Wiedzieli, że to spora odpowiedzialność. W końcu zdecydowali się na owczarka niemieckiego miała być wiernym przyjacielem, stróżem i obrońcą. Wszystko w jednym, jak te polskie szampony. Tylko, że tego obrońcę sami muszą chronić przed kotami…
Daj spokój, przecież to jeszcze szczeniak. Poczekaj, urośnie, sama zobaczysz.
Taak… nie mogę się doczekać, aż ten pies urośnie jak źrebak. Zauważyłeś, że je więcej niż my oboje razem wzięci? Jak my go wykarmimy? No i nie stukaj tak, baranie, bo nam małą obudzisz! mamrotała Basia, zbierając pantofle, które Staszek powyciągał.
Mieszkali na Powiślu, na parterze w dużej kamienicy z czasów PRL-u, z oknami nisko tuż przy chodniku. Lokalizacja super, gdyby nie jedno ale. Okna wychodziły na ślepy zaułek podwórka, gdzie wieczorami snuły się cienie, schodzili się panowie z sąsiedztwa na pogaduchy, a czasem i na mordobicie.
Prawie cały dzień Basia siedziała sama w domu z nowonarodzoną Marysią. Michał rano wychodził do pracy był kustoszem w Muzeum Narodowym, a resztę czasu spędzał na targach staroci i w antykwariatach. Miał wprawne oko zawsze potrafił wyłowić arcydzieło czy rzadką książkę. Był typowym kolekcjonerem z pasją. Nim się obejrzeli, a już pół mieszkania zawalone było obrazami, na kredensie dumnie stały porcelanowe talerze z Ćmielowa, figurki z czasów PRL-u i przedwojenne srebra… Basia bała się zostawać sama córeczka malutka, w domu tyle precjozów, a w kamienicy kradzieże nie były rzadkością.
Basia, kiedy z tym Staszkiem najlepiej na spacer? Teraz czy po obiedzie?
Nie wiem i w ogóle, to nie mój psi problem!
Na słowo spacer Staszek wyleciał jak z procy do przedpokoju, aż poślizgnął się na zakręcie, chwycił smycz, przyniósł i skakał pod sufit. No normalnie koń, nie pies. Każdego kochał, każdemu pchał się z piłką do zabawy, tylko goście na próg i już ogon merda. Serca na dłoni, przytulas, ale wybrali go na obrońcę! A on? Nawet za kotami nie pogoni. Wbiega z piłką, cały w skowronkach, liczy na zabawę to taki naiwniak, że już dwa razy dostał od kotów po nosie. Tutejsze dachowce nadają się bardziej na ochronę… Jutro znów cały dzień sama Michał jedzie do Kazimierza na Festiwal Sztuki, a ona co? Pilnuj porcelany, wyprowadzaj uszatego. Życie kobiety…
Nad ranem Michał wstał cicho, żeby Basię nie obudzić. No ale jak? Słyszała gwizd garnka z wodą w kuchni, szczęk smyczy, szept Michała, żeby Staszek nie stękał i nie tupał. Przy tych swojskich odgłosach przysnęła, a jak ją Marysia obudziła, męża już nie było. Dzień jak co dzień. Spokojny, zwyczajny dzień. Czy to nie szczęście? Koleżanki użalały się: Oj Basia, taka młoda, już uziemiona przy dziecku i mężu, dzień cały w garach, żadnego życia… Ale czy w codzienności nie ma uroku? Może nie wszystko układało się tak, jak marzyła. Brakowało często męża, było ciasno, zawsze tych pieniędzy za mało. I ta jego pasja, na którą szło pół wypłaty… A teraz jeszcze ten uszaty przyjaciel, którym głównie ona się zajmowała. Ale wiedziała, że kochać, to z całym pakietem zalet i wad. Nikt nie obiecywał jej ideału… Odkąd to pojęła, zrobiło jej się lżej i zaczęła się cieszyć tym, co miała, zamiast narzekać na brakujący luksus.
Siedziała w pokoiku i karmiła Marysię, która zwykle zasypiała przy piersi, więc Basia musiała poczekać aż się znowu obudzi do jedzenia. Ktoś zadzwonił do drzwi, ale nie otwierała nikogo się nie spodziewała, a przez całą Warszawę nikt bez uprzedzenia nie przemierzał. Te poranne godziny były dla niej święte! Dom cichy, tylko tykający zegar po dziadku w przedpokoju i przez uchylone okno znajome odgłosy miasta: stukot tramwajów, szum samochodów, trzask miotły o chodnik, dzieciarni wrzask gdzieś na podwórku… A gdzie Staszek? Dawno się nie pojawiał, trochę to niepokojące. Jasne, żadnych alokatorów, uszy stoją jak trzeba, charakter tylko taki. Łobuz, co tu gadać. I po co im taki, tylko jeść, wyprowadzać, a pożytku zero. Pewnie powinni byli brać jamniczka.
Basia zapatrzyła się na córeczkę, która najadłszy się, puściła pierś jak pijawka i zasnęła słodko. Ale cudowna im się dziewczynka trafiła! Moje złotko, szeptała Basia, odkładając ją do kołyski. Rośnij zdrowo, co nam więcej trzeba?
W tym momencie z salonu dobiegł dziwny dźwięk. Taki jakby trzask, jakby pisk. Basia się wyprostowała. Znowu trzask. Nie oddychając, zdjęła kapcie i wsunęła się cicho do salonu. Pierwsze, co ją zaniepokoiło, to sylwetka Staszka jakby krył się za zasłoną oddzielającą przedpokój od dużego pokoju. Schylony, sztywny, skupiony, z jęzorem wywalonym i ślepiami wlepionymi w głąb pokoju. Basia podążyła wzrokiem i aż ją zmroziło: w oknie, a raczej w lufciku, tkwiła połowa faceta. Typowa bandycka łysina, ręce i ramiona już w środku, a koleś stękał, wciskając się dalej jakby się urodził ze sprężyną w zadku. Basia nie wierzyła to się naprawdę dzieje!? Co robić?! Krzyczeć? Bandzior już prawie w mieszkaniu! Za sekundę
Z krzykiem aż podskoczyła. Ciemny cień pomknął w stronę okna w pierwszej chwili nie poznała Staszka. Wyskoczył na parapet i pochwycił złodzieja za kark! Aaaaa! ryknął facet ochrypłym głosem i oczy wyszły mu z orbit. Basia wypadła na klatkę, wołając sąsiadów, a potem już wszystko potoczyło się szybciej i mniej strasznie. Przyleciały ludzie, wezwali policję. Każdy chciał pomóc, choć tak naprawdę samo ich towarzystwo stanowiło największą pomoc. Co by zrobiła sama? Otrząsnęła się, podeszła do bandyty żeby tylko Staszek mu gardła nie przegryzł! Ale pies, cwaniak, złapał za kołnierz z boku, trzymał mocno, ale nie szarpał. Nawet kropli krwi nie upuścił! Jak złodziej próbował się ruszyć, Staszek przyciskał mocniej. Gdy bandzior zastygał pies luzował uścisk. Skąd on to wiedział?! Ten głupek z piłką zachował się jak zawodowiec. Zamiast szczekać zrobił zasadzkę za zasłoną i poczekał, aż typ utknie po pas, żeby nie mógł już czmychnąć, i dopiero wtedy zaatakował precyzyjnie, z głową, nikogo nie raniąc. Dosłownie, zatrzymać, a ocenę zostawić wymiarowi sprawiedliwości.
Nawet stare wygi z komendy nie pamiętały, żeby złodziej tak się cieszył z aresztowania. Facet przez Staszka przeżył więcej strachu niż przez pół życia i do radiowozu sam pchał się jak dziecko. Za to Staszek jeszcze nie chciał puścić musieli go przekonywać, aż przyjechał policjant z psem, który jednym słowem kazał puścić i natychmiast Staszek odskoczył! Usadowił się pod oknem, z miną: Jestem do usług, panie mundurowy! Jeszcze tylko brakowało, żeby z salutem stał.
Macie szczęście do psa, powiedział z uznaniem funkcjonariusz, poklepał go po karku i westchnął: przydałby się taki u nas w zespole…
Michał wrócił późnym wieczorem. Cicho otworzył drzwi, po czym stanął jak wryty. Bo był powód do zdziwienia. Po pierwsze: Staszek wlazł na kanapę co było surowo zabronione. Po drugie: wyciągnął się jak król, rozłożony na cztery łapy, a Basia głaskała go i drapała po brzuchu, mówiła do niego czule: Moja radości, maleńki źrebaczku. Rosnij zdrowo! Na szczęście tatusia i mamusi! I jaka ja niesprawiedliwa dla ciebie byłam, już się nie gniewaj…
Usłyszałam tę historię na jednym z Festiwali Sztuki w Kazimierzu, od samego kustosza. Sam Staszek opowiedziałby pewnie z większą pompą jak tropił, jak łapał, jak przekazał policjantom. To było dawno temu. Ale ta opowieść żyła, czułam nieraz, jak Staszek drapie łapą, prosząc, żebym ją przekazała dalej Więc dzielę się z tobą, żebyś wiedział, że nawet największy łobuz może się kiedyś okazać bohaterem.


