Znowu do niej
Znowu do niej idziesz?
Mariola zapytała, choć odpowiedź była jej już znana. Dariusz skinął głową, nie patrząc w oczy. Wciągnął kurtkę, sprawdził kieszenie klucze, telefon, portfel. Wszystko na miejscu. Można wychodzić.
Mariola czekała. Na choćby jedno słowo. „Przepraszam” albo „zaraz wrócę”. Dariusz jednak po prostu otworzył drzwi i wyszedł. Zamek kliknął cicho, prawie dyskretnie, jakby przepraszał za swego pana.
Mariola podeszła do okna. Podwórze niżej tonęło w poświacie ulicznych latarni, i bez trudu wypatrzyła znajomą sylwetkę. Dariusz szedł szybkim, zdecydowanym krokiem jak ktoś, kto wie dokładnie, dokąd zmierza. Do niej. Do Anety. Do ich siedmioletniej Zosi.
Mariola przyłożyła czoło do zimnej szyby.
Wiedziała przecież. Od początku była świadoma, na co się decyduje. Gdy się poznali, Dariusz był jeszcze żonaty. Formalnie: ślub, wspólne mieszkanie, dziecko. Ale już nie mieszkał z Anetą wynajmował pokój, zaglądał do dawnego domu tylko dla córki.
„Zdradziła mnie,” przyznał wtedy Dariusz. „Nie mogłem wybaczyć. Złożyłem papiery rozwodowe”.
I Mariola uwierzyła. Bo chciała. Bo zakochała się głupio, rozpaczliwie, choć miała już swoje lata. Spotkania w kawiarni, rozmowy nocą przez telefon, pierwszy pocałunek w deszczu pod jej blokiem. Spojrzenie Dariusza takie, jakby była jedyną kobietą na świecie.
Rozwód. Ich wesele. Nowe mieszkanie, wspólne plany i rozmowy o przyszłości. A potem wszystko się zaczęło.
Najpierw telefony. „Darek, przywieź Zosi lekarstwo, szybko, bo gorączkuje”. „Darek, cieknie kran, nie umiem naprawić”. „Darek, córka płacze, chce cię widzieć, przyjedź natychmiast”.
Dariusz rzucał wszystko i jechał. Zawsze.
Mariola próbowała rozumieć. Dziecko to rzecz święta. Córka nie jest winna rozstania rodziców. Było jasne, że powinien być blisko, pomagać, uczestniczyć w jej życiu.
Czasem Dariusz słuchał, próbował stawiać granice byłej żonie. Ale Aneta zmieniała wtedy sposób działania.
„Nie przyjeżdżaj w weekend. Zosia nie chce cię widzieć”. „Nie dzwoń, bo się denerwuje”. „Pytała, dlaczego tata nas zostawił. Nie umiałam wyjaśnić”. Dariusz łamał się za każdym razem. Gdy odmawiał „nagłej” prośbie Aneta uderzała w najczulszy punkt. Po tygodniu Zosia zaczynała powtarzać słowa matki: „Już nas nie kochasz”. „Wybrałeś inną panią”. „Nie chcę cię widzieć”.
Siedmioletnie dziecko nie mówi takich rzeczy samo od siebie.
Dariusz wracał po tych rozmowach rozbity, obarczony winą, z gasnącym spojrzeniem. I znów pędził do byłej przy najmniejszym sygnale byle tylko córka nie traktowała go jak obcego, by jej oczy nie stały się chłodne i dalekie.
Mariola rozumiała. Naprawdę.
Ale miała już dość.
Postać Dariusza zniknęła za rogiem domu. Mariola odsunęła się od okna, odruchowo przetarła czoło na skórze pozostał czerwony ślad po szybie.
Samotne mieszkanie dociskało do ziemi.
Zegar wskazywał niemal północ, gdy w zamku zgrzytnął klucz.
Mariola siedziała w kuchni, przed dawno wystygłą filiżanką herbaty. Nawet jej nie spróbowała tylko patrzyła, jak na powierzchni zbiera się ciemna warstwa. Trzy godziny. Trzy godziny czekała, wsłuchując się w każdy odgłos w klatce schodowej.
Dariusz wszedł cicho, zdjął kurtkę i powiesił na haczyk. Ruszał się ostrożnie, jakby liczył, że przemknie niezauważony.
Co tym razem się stało?
Mariola była zaskoczona spokojem swojego głosu. Trzy godziny powtarzała to pytanie, a tuż przed północą wszelkie emocje wyblakły.
Dariusz zamilkł na chwilę.
Piecyk się zepsuł. Trzeba było naprawić.
Mariola podniosła powoli wzrok. Stał w progu kuchni, nie śmiał wejść. Patrzył gdzieś daleko, za jej plecami na ciemne okno.
Przecież nie potrafisz naprawiać piecyków.
Wezwałem fachowca.
Musiałeś czekać? Mariola odsunęła filiżankę. Nie można było zamówić go stąd, telefonicznie?
Dariusz zmarszczył brwi, skrzyżował ręce. Milczenie stało się ciężkie, wręcz duszące.
Może ciągle ją kochasz?
Teraz zerknął na Mariolę ostro, wściekle, z urazą.
Co ty wygadujesz? Wszystko robię dla córki! Dla Zosi! Co ci do Anety?
Wszedł do kuchni, a Mariola instynktownie odsunęła się, wraz ze stołem.
Przecież wiedziałaś, z kim się wiążesz. Wiedziałaś, że muszę bywać tam. Że mam dziecko. Czego teraz oczekujesz? Za każdym razem będziesz robiła aferę, gdy jadę do córki?
Gardło ścisnęło. Mariola chciała odpowiedzieć godnie, ostro, lecz zamiast tego w oczach poczuła pieczenie, a po policzku spłynęła pierwsza łza.
Myślałam… zająknęła się, przełknęła ślinę. Myślałam, że chociaż będziesz udawał, że mnie kochasz. Choćby udawał.
Mariolko, już dosyć…
Mam już dosyć! wykrzyknęła, aż sama się przestraszyła brzmienia własnego głosu. Dosyć bycia nawet nie na drugim, ale na trzecim miejscu! Za twoją byłą, jej humorkami, za piecykiem psującym się o północy!
Dariusz uderzył dłonią w framugę drzwi.
Czego właściwie chcesz?! Żebym zapomniał o córce? Żebym przestał do niej jeździć?!
Chcę, żebyś choć raz wybrał mnie! Mariola wstała gwałtownie, filiżanka się chwiejnęła, herbata zalała stół. Żebyś choć raz powiedział „nie”! Nie mnie jej! Anecie!
Mam dość twoich histerii!
Dariusz odwrócił się, złapał kurtkę z haczyka.
Gdzie idziesz?
Zamiast odpowiedzi trzasnęły drzwi.
Mariola stała pośrodku kuchni, herbata ściekała na linoleum, a w uszach wciąż brzęczał krzyk. Chwyciła telefon, wybrała jego numer. Jeden sygnał, drugi, trzeci. „Abonent jest poza zasięgiem”.
Jeszcze raz. I znów.
Cisza.
Mariola usiadła powoli na krześle, przycisnęła telefon do piersi. Dokąd poszedł? Do niej? Znowu do niej? Czy po prostu krąży po śpiącym mieście, rozgniewany i zraniony?
Nie wiedziała. I to było jeszcze gorsze niż wszystko inne.
Noc dłużyła się w nieskończoność.
Mariola siedziała na łóżku, trzymając telefon ekran gasł i znów rozświetlał się. Wybrać numer, posłuchać sygnału, rozłączyć. Napisać wiadomość: „Gdzie jesteś?” Kolejną: „Odpowiedz, proszę”. Następną: „Boję się”. Wysłać i patrzeć, jak pojawia się obok każdej samotna, szara ptaszek. Niedostarczone. Albo dostarczone, ale nieczytane. Jaka to różnica.
O czwartej nad ranem Mariola przestała płakać. Łzy się skończyły, wyschły wewnątrz, pozostawiając pustkę, która dźwięczała w głowie. Wstała, zapaliła światło w sypialni, otworzyła szafę.
Wystarczy.
Już dość.
Walizka kryła się wysoko na pawlaczu, zakurzona, ze starą, podartą metką z dawnego wyjazdu. Mariola rzuciła ją na łóżko i zaczęła pakować rzeczy. Swetry, spodnie, bieliznę. Bez porządkowania, bez zastanowienia wszystko, co wskoczyło pod rękę. Skoro jemu obojętne jej też. Niech wraca do pustego mieszkania. Niech szuka, dzwoni, pisze wiadomości, których nie przeczyta.
Niech poczuje, jak to jest.
O szóstej rano Mariola stała w przedpokoju. Dwa bagaże, torba przewieszona przez ramię, kurtka zapięta byle jak. Spojrzała na pęk kluczy w dłoni. Trzeba zdjąć swój, zostawić na szafce.
Palce drżały.
Mariola szarpała kółeczko, próbowała podważyć paznokciem, ale klucz się wyślizgiwał, a ręce trzęsły się coraz mocniej, i w oczach znów zapiekło chociaż skąd, skąd miały się pojawić kolejne łzy…
A niech to!
Klucze spadły na kafle, zabrzęczały. Patrzyła na nie przez moment, potem osunęła się na walizkę, objęła ramionami i rozpłakała się, głośno, nieładnie, z chrapaniem i szlochem, jak wtedy, gdy rozbiła ukochaną wazon mamie i myślała, że świat się skończył.
Nawet nie usłyszała, jak otworzyły się drzwi.
Mariolka…
Dariusz uklęknął przed nią na zimnej podłodze w przedpokoju. Pachniał papierosami i nocnym miastem.
Mariolka, przepraszam. Proszę, wybacz mi.
Podniosła głowę. Twarz mokra, opuchnięta, tusz rozmazany w czarne smugi. Dariusz ostrożnie objął jej dłonie własnymi.
Byłem u mamy. Całą noc. Dopiero mi przemówiła do rozsądku… uśmiechnął się krzywo. Poukładała mi w głowie trochę.
Mariola milczała. Patrzyła na niego i nie wiedziała, czy można wierzyć.
Podam Anetę do sądu. Zażądam jasnych zasad widzenia Zosi oficjalnie, przez kuratora, jak trzeba. I już nie będzie mogła… Tak manipulować, nastawiać córki przeciwko mnie.
Jego palce mocniej zacisnęły dłonie Marioli.
Wybieram ciebie, Mariolko. Słyszysz? Ciebie. Ty jesteś moją rodziną.
Coś drgnęło w jej sercu. Mała iskierka nadziei, uparta i głupia, której przez całą noc próbowała się pozbyć.
Naprawdę?
Naprawdę.
Mariola zamknęła oczy. Wierzyła Dariuszowi. Uwierzy mu po raz ostatni. A potem los zdecyduje.



