Znika między pracą a matką, a ja tonę w samotności…”

Mój mąż znika gdzieś między pracą a swoją matką, a ja tonę w samotności…

Od ponad roku żyję właściwie sama. No dobra, formalnie jestem mężatką, mam dziecko, dom, ale mój mąż… go po prostu nie ma. Albo siedzi w biurze do nocy, albo ląduje u swojej mamy. I najgorsze jest to, że on w ogóle nie widzi w tym problemu. Zero współczucia, ani odrobiny zrozumienia. Dla niego wszystko jest w porządku – pracuje, pomaga mamie, a do domu wpada tylko się przespać.

Znajomi mówią: *„Poczekaj, jak wyjdziesz z urlopu macierzyńskiego, to się poprawi”*. A ja myślę – nie w urlopie rzecz. Po prostu w końcu przestałam udawać. Otworzyłam oczy. Wcześniej go tłumaczyłam, broniłam: *„Zmęczony jest, trudną pracę ma”*, ale teraz… teraz widzę, jak moje małżeństwo powoli się rozpada.

Mieszkamy w Poznaniu, w zwykłej dwupokojowej kawalerce. Ja jestem na macierzyńskim z małym Stasiem. Mąż, Kamil, pracuje w dużej firmie logistycznej – niedawno dostał awans. I od tego momentu właściwie zniknął z domu. Wraca koło północy, rano wstaje i znika. A jak nie pracuje, to ma „drugi dom” – mieszkanie swojej mamy.

Elżbieta, jego mama, od kiedy urodziłam Staśka, zaczęła go regularnie „wciągać” do siebie pod pięknymi pretekstami: *„Kamilku, gniazdko trzeba naprawić”, „Rura kapie”, „Drzwi się zacięły”*. Spoko, gdyby to były jednorazowe sprawy, ale taki plan ma co tydzień. A parę miesięcy temu nagle wpadła na pomysł remontu. Akurat teraz, gdy syn ma nowe stanowisko i jest zawalony robotą. I, o dziwo, to mój mąż płaci za ten remont. My? Ledwo wiążemy koniec z końcem. 500 plus? Śmiech na sali – nie starczy nawet na połowę pieluch.

Jak Kamil miał urlop, to proponował, żeby wtedy zrobiła ten remont. Ale ona: *„Nie, nie, mnie tu wszystko pasuje”*. A teraz – nagle pilne! *„Ściany się sypią, tapety odchodzą, sufit krzywy”*. I tak mój mąż spędza u niej każdy wolny weekend. Zawsze to samo: *„Tylko na chwilę zajrzę”*. A wraca o pierwszej w nocy. Nie wiem już, kto jest najważniejszą kobietą w jego życiu – ja czy mama.

A o wnuka Elżbieta dopytywała się… przez syna. Ani razu nie zapytała mnie, nie zaproponowała pomocy, nie przyszła, żeby pobawić się z dzieckiem, żebym ja mogła choć chwilę odsapnąć. Ale za to wydaje polecenia: *„Kamil, przynieś mi te płytki, pomóż z szafą”*.

Jestem zmęczona. Zmęczona byciem samą przy żyjącym mężu. Zmęczona patrzeniem, jak Staś wyciąga rączki do taty, a ten nawet butów nie zdjął, idzie pod prysznic, je w milczeniu i pada do łóżka. Próbowałam rozmawiać, tłumaczyć, że potrzebujemy rodziny, nie wiecznej gonitwy za aprobatą matki. A on tylko macha ręką:

— *Przecież nie łazię po babach, pieniądze do domu przynoszę, czego jeszcze chcesz? Mam rzucić robotę?*

No dobra, przynosi pieniądze. Tylko że pieniądze mogę zarobić sama. Ale taty swojemu dziecku nie dam, jeśli on ciągle jest „zajęty” u babci. Nie potrzebuję bankomatu. Potrzebuję męża. Partnera. Przyjaciela. Ojca dla Stasia.

A tymczasem siedzę w tej kawalerce, wśród zabawek, pieluch i wiecznego zmęczenia. I czuję się porzucona. Zapomniana. Samotna. Choć na palcu mam obrączkę…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć + trzynaście =

Znika między pracą a matką, a ja tonę w samotności…”