Czasami w związku przychodzi taki moment, kiedy przestaje ci zależeć. Kiedy nie czujesz już lekkiego dreszczyku między karkiem a łopatkami, a twoje serce nie bije szybciej niż wtedy, gdy ktoś trzyma cię za rękę lub uśmiecha się do ciebie w szczególny sposób.
A potem są dwie drogi: przyjacielski związek lub „zwiędłe motyle”.
Wiele razy zdarzyło mi się być w relacji z dziewczyną i bardzo się z nią zaprzyjaźnić. I nieważne, że mnie już nie podniecała tak bardzo, jak na początku znajomości, ale mimo to każde spotkanie przynosiło jakąś radość i przyjemność. Dobrze się razem bawiliśmy i świetnie spędzaliśmy czas.
Ale z Martą mam zupełnie inną sytuację. Wszystkie emocje zniknęły, nie ma motyli trzepoczących w brzuchu, wszystkie jakby wyschły, obumarły, obróciły się w pył, a na ich miejscu nie pojawiło się żadne uczucie przyjaźni.
Stałem się tak zimny wobec niej, że nasze pocałunki, przytulanie i inne rzeczy wcale nie sprawiają mi przyjemności. Robię to raczej mechanicznie, ponieważ jesteśmy do tego przyzwyczajeni. I jeśli kiedyś dopuszczałem jeszcze myśl o ślubie, to teraz zdaję sobie sprawę, że zdecydowanie nie chcę, by była moją żoną.
Czuję się okropnie, pogrążony w świadomości, że nasz związek jest skazany na nieszczęśliwe zakończenie i aby z niego wyjść, trzeba być po prostu szczerym. Ale nadal jest to w jakiś sposób bolesne i niezręczne. Widzę po Marcie, że lubi ze mną przebywać, że mnie kocha, ale niestety nie mogę jej dać niczego w zamian.
Chcę rozstać się w zgodzie, obwiniając jedynie siebie lub zrzucając winę na jakieś trudności, bo nie chcę złamać jej kruchego serca, mówiąc, że już jej nie kocham. To niesprawiedliwe, bo jeśli się kogoś kocha, to trzeba go kochać do końca. A jednocześnie… serce chce tego, czego chce. Zastanawiałem się jednak, czy sama Marta nie uważa, że się zmieniłem.



