Złożone szczęście

Trudne szczęście

– Jak to się rozstajemy? Krzysztof, żartujesz sobie chyba?

Bożena patrzyła na męża i nie mogła pojąć, o co chodzi. Rozwód? Prawie dwadzieścia pięć lat razem! Za dwa tygodnie mieli świętować czy jednak nie będą? Myśli plątały się jej w głowie. A co z przyjęciem, gośćmi? Zaproszenia już dawno wysłane Wszyscy mieli przyjechać. Rodzina się zjednoczy, przyjaciele wypytują, co kupić Julita, jej najlepsza przyjaciółka, już nawet przesłała prezent tym razem nie mogła przyjechać, bo z brzuszkiem, na szóstym miesiącu. Lepiej niech siedzi w domu, potem się spotkają i jeszcze raz uczczą. Julita przecież była tym spoiwem ich historii to ona poznała Bożenę z Krzyśkiem, swoim kolegą ze studiów. Później na weselu wrzeszczała najgłośniej: Gorzko!, chowając się za bukietem. Bożena zresztą bukietu nie rzucała wręczyła go Julicie.

– Co ten twój Tomek tak zwleka? Takiej dziewczyny uciekać mu nie wolno!

– Spokojnie, Bożka mruczała Julita, poprawiając jej fryzurę wszystko w swoim czasie. Przecież nie chcę zielonego męża, który dojrzałością nie grzeszy. Rozwód po dwóch latach i całe to zamieszanie? Rozdział majątku, dzieci, krewni przywiązani do mnie? Nie! Poczekam na właściwy moment.

– Coś za bardzo planujesz śmiała się Bożena, patrząc, jak przyjaciółka zamaszyście maluje sobie brwi.

– Nie umiem na pół gwizdka. Albo wszystko na raz!

– A dzieci, Julita? Od razu dwójka?

– Tak. Chciałabym bliźniaki szybkie przejścia, pełny komplet! Przecież szansa jest, u mnie w rodzinie i u Tomka już były bliźniaki.

– Ale później trzeba je jeszcze wychować…

– Dwoje łatwiej niż jedno.

– Skąd ten pomysł? Bożena lubiła słuchać przyjaciółki. Julita zawsze była bystra i pragmatyczna. Kiedy coś razem przeskrobały, wszystkim po głowie się dostało, ale Julicie nigdy. Organizowała wszystko tak, by wyjść bez szwanku i jeszcze wszystkich ochronić.

– Proste, Bożka, zdrowa konkurencja, zabawa w duecie, podniesiony status matki roku, bo jednocześnie wychowuję dwoje.

– Wystarczy! Bożena śmiała się, przekonana, że Julita zawsze osiągnie swoje.

I rzeczywiście, miała rację. Żart losu Julita zamiast bliźniaków urodziła trojaczki. Niebo chciało ją wystawić na próbę. I zdała ją wyśmienicie. Do tego czasu rodzina Tomka naprawdę ją polubiła. Julita traktowała wszystkich równo, była zawsze gotowa pomóc przeważnie polegając na mężu, którego umiejętnie motywowała do działania.

– Przyjdzie czas, że my będziemy potrzebować pomocy. Co wtedy, Krzysiu? Ty chcesz pieczonych ziemniaczków z grzybami na kolację to jedź popraw mamie szafę, sprawi jej to przyjemność i powiedz, że na okna w następnym tygodniu przyjadę.

I kiedy Julicie potrzebna była pomoc przy dzieciach, dwie babcie i dziadek czuwali cały czas.

Julita po urodzeniu dzieci nie spoczęła na laurach poszła na studia.

– Julita! Oszalałaś! Jak ty dasz radę?

– Komu przyjdzie do głowy stawiać dwóję matce trojaczków? Przynajmniej nie zardzewieje mi mózg na urlopie, a potem będę ekonomistką i prawniczką w jednym!

Zdobyła dyplom i od razu znalazła pracę.

– Ale ta pensja to ledwo na nianię starczy!

– Babcie dają radę, niania w papierach, by przełożony spał spokojnie. Liczy się doświadczenie, Bożka, bo bez praktyki nie jestem nikomu potrzebna. Zacisnę pasa, nabiorę doświadczenia i wybiorę w końcu, co chcę dalej robić.

Bożena patrzyła na to wszystko i zastanawiała się, jak to możliwe. Skąd biorą się kobiety, które wszystko mogą? Sama zawsze miała trudności z podjęciem decyzji, już w dzieciństwie wybór rajstop do przedszkola wydawał jej się problemem.

– Ale jeśli już się na coś zdecydujesz, to na sto procent pocieszała ją Julita. Ty jesteś konserwatorem. Najlepsi ludzie na świecie.

Najlepsi… Tylko co z tego, skoro Krzysztof tę niezawodność właśnie docenił? Jak mógł tak po prostu odejść? Przecież nie mieli źle! Tak, brak dzieci komplikował im życie i po latach pogodzili się, że tak będzie. Bożena próbowała zaangażować się w wolontariat w domach dziecka, ale nie potrafiła podjąć decyzji o adopcji bała się, że nie zdoła pokochać dziecka tak, jak powinna. Czuła, że do tego potrzeba czegoś więcej.

– Jeszcze nie spotkała Pani swojego dziecka powiedziała dyrektorka domu dziecka, pani Stanisława. A jak już spotka, to Pani przepadnie i żadne trudności nie będą przeszkodą.

– A jak nie spotkam? Może nie jest mi dane być matką?

– Może nie. Lepiej tak, niż brać odpowiedzialność i skrzywdzić dziecko. Widziałam historie, gdzie dzieci oddawane były z powrotem. Widzisz Michała? Oddawali go dwukrotnie.

– Jak to? Przecież ma dopiero pięć czy sześć lat

– Raz, bo pojawiło się własne dziecko, a drugi raz nie przeliczyli sił. Michał miał za mało miłości, bo rodzinie zabrakło miejsca miał już dwoje własnych dzieci i trójkę przybranych. Po roku chłopiec przestał jeść, zamknął się w sobie Prosił, by go oddano z powrotem.

– Boże Bożena była wstrząśnięta.

– Lepiej by było, gdyby wcale go nie brali. Ten chłopak nikomu już nie ufa. Trzeba by ogromu miłości, która chyba nie istnieje na tym świecie.

Bożenę ten dialog zdołował do cna jeszcze tego wieczoru powstrzymała się przed działaniem. Na ziemię sprowadziło ją stanowcze:

– Upewnij się, że będziesz miała tę miłość, Bożka. Jeśli to litość tobą kieruje daj sobie spokój. Takich co oddali dziecko, już tu widzieliśmy. A jeśli chcesz spróbować, możesz mi zabrać jedno z moich na próbę zobaczysz, czy chcesz być mamą.

Bożena odmówiła. Przestała jeździć do domu dziecka, pomagając tylko finansowo, ale Michał utkwił jej w pamięci jak sygnał ostrzegawczy żyj tak, żeby nikogo nie skrzywdzić. Tego nauczyła się raz na zawsze.

Bożena objęła ramionami barki. Zimno… Skąd to zimno? Jesień, kaloryfery grzeją, ale ona marznie. Co robić? Może spakować Krzyśkowi rzeczy? Jakie, ciepłe też? Za chwilę zrobi się chłodno lato w Polsce krótkie, jesień ucieka Zupełnie inaczej niż u mamy w Nowym Sączu tam nie brakowało ciepła. Ośnieżone Tatry i zimy z dzieciństwa. Teraz chciała by pobyć z mamą, pójść z nią w góry. Ale mamy już nie ma. Krzyśka też już nie będzie

Bożena uświadomiła sobie, że nie chce tej wolności. Chciała męża obok, porannej kawy, nocnych rozmów, wspólnych spontanicznych wypadów do teatru czy za miasto. Ich najlepsze chwile zawsze były nieplanowane, niespodziewane. Krzysztof potrafił w środku dnia zadzwonić:

– Bożka, co robisz?

– Mam rozmowę rekrutacyjną, potem bank…

– A olej to wszystko i chodź się przejść.

Bożena rzucała wszystko i za godzinę maszerowali razem przez las, czasami rozmawiając o byle czym, ale było dobrze

Teraz to dobrze przeszło do wspomnień. On będzie miał nowy rozdział życia: ta nowa, która jest w ciąży Dziecko! O to chodzi? Czy może całe ich małżeństwo było złudzeniem? To drugie zabolało najbardziej może okazało się, że nie była w stanie uczynić męża naprawdę szczęśliwym przez tyle lat

Bożena stała w kuchni przy grzejniku, niezdolna nic zrobić, słyszała jak Krzysztof chodzi po mieszkaniu, otwiera szuflady, trzaska drzwiami. Trzęsło ją całą, aż doniczka z jedyną rośliną, którą podarowała jej Julita, przesunęła się na krawędź parapetu. Gdy drzwi zamknęły się za mężem, Bożena opuściła ręce na parapet, wciskając w niego palce jakby chciała go złamać, po czym zrzuciła doniczkę na podłogę i wykrzyczała całą rozpacz.

Wcale nie poczuła ulgi. Czarno wszędzie, żadnej jasności. On zostawił ją samą, światło zgasło zostawił pustkę. Musiała teraz iść w ciemno, bez żadnej mapy.

Może niezupełnie bez mapy

W końcu podniosła się i zabrała telefon z ładowarki.

– Juliiitaaa…

To nie był płacz, raczej wycie zranionego zwierzęcia. Ale Julita wszystko zrozumiała bez słów.

– Krzysztof odszedł?

– Taaaak…

– Jutro jestem u ciebie.

– Zwariowałaś?! Nie wolno ci! Julita, błagam, nie mogłabym siebie wybaczyć, gdyby coś się stało Czekaj… Bożena zaczęła podejrzewać: Ty wiedziałaś?!

– Przeczuwałam. Jak ostatnio byliście, Krzysztof unikał wzroku. Teraz wszystko się zgrywa. Bożka, wszystko wyjdzie na dobre.

– Jakie lepsze, Julita? Nie chce mi się żyć! Wszystko przepadło…

– Kup sobie sukienkę!

– Co?!

– Tak, tę, na którą szkoda ci było pieniędzy. Idź teraz i kup. I potem mi pokaż. Nie siedź w domu. Potem przyjedź do mnie do Zakopanego idziemy w góry. Ja czuję się dobrze, nie dramatyzuj, nie jesteśmy już nastolatkami, a ja zwariuję od siedzenia w domu. Felek ma treningi, dziewczyny na obozie narciarskim to najlepszy moment. Czekam na SMS z numerem pociągu albo lotu!

Julita rozłączyła się, a Bożena patrzyła w telefon. I co teraz?

Odpowiedź przyszła sama. Stanęła przed lustrem. No tak już nie dziewczynka, ale i nie babcia. Jeszcze nie wszystko stracone! Julita miała rację. Nie będzie zamykała się w bólu. Ruszy się.

Postanowiła: odwołała wszystkie spotkania, trasę restauracji. Potem zabrała się za porządki, nie myśląc, że ma przecież dwa odkurzacze padło na miotłę i ścierkę. Kupno nowej doniczki zostawiła na potem.

Sukienka była wymarzona czerwona, żywa, inna niż wszystko, co ostatnio. Do tej pory preferowała stonowane ubrania, zostawiając wyraziste kolory Julicie. Teraz jednak w lustrze odbijała się inna Bożena: zmęczona, zasmucona, ale nie złamana. Przecież jeszcze coś z niej zostało! I to jej nikt nie odbierze.

Poczuła złość, ale nie mogła jej wyrzucić z siebie do końca. Może dlatego, że rozumiała, dlaczego Krzysztof odszedł? Im byli starsi, tym bardziej byli przyjaciółmi, a zdrada przyjaciela boli najbardziej.

Podróż z przesiadką wcale jej nie zmartwiła mogła skupić myśli na czymś innym.

Wypad był udany. Przemierzały tatrzańskie szlaki, rozmawiały, milczały, śmiały się. Julita umiała postawić sprawy na nogi to, co wydawało się wczoraj tragedią, dziś stawało się błahostką.

– Wróć tu, Bożka. Po co się męczyć samej? Przecież i tutaj potrzeba centrów dziecięcych, a teraz nie musisz już ściągać taty z Nowego Sącza. Zamieszkaj z nim, albo blisko niego jak chcesz. Ale nad czym się zastanawiać?

Bożena zdecydowała zostaje. Rozwód, sprzedaż mieszkania, samochodu, uporanie się z dokumentami zamknęła wszystko i postanowiła odciąć się od przeszłości wykasowała numer Krzysztofa.

Nowy Sącz powitał ją wiosną miasto w kwiatach, rozświetlone słońce. Od razu poczuła, jak oddycha. Teraz nie mieszkała z tatą, kupiła mieszkanie niedaleko. Przypadkiem spotkała w drzwiach starszą, miłą kobietę, która z czułością patrzyła na ojca. Bożena przyjęła Lubę spokojnie rodzice kochali się całe życie, ale mamie nie wróci tego, co było. A tata miał prawo do jeszcze jednego szczęśliwego rozdziału. Gdy z Lubą parzyła herbatę, a ojciec za oknem obrabiał ogródek, wiedziała, że jest na właściwym miejscu.

Rok minął szybko. Dwa nowe centra dziecięce działały prężnie; do pracy nie brakowało zajęć. Bożena zmieniła niemal wszystko fryzurę, szafę, w końcu zdecydowała się wziąć psa, o którym marzyła od lat. Mimo to, czasem dopadał ją smutek. Zostawała wtedy na kuchni po ciemku z herbatą, myśląc, że oddałaby wszystko, by Krzysztof zapalił światło, objął i spytał:

– Oj, Bożka, co się dzieje? Może herbaty zrobić? Opowiesz mi?

Wiedziała, że nie powinna już tkwić w tej przeszłości a jednak nie mogła wymazać go ze swojego serca.

Sprawa podatkowa zmusiła ją po półtora roku do powrotu do Warszawy. Zajęło to jeden dzień. Został dzień zapasu postanowiła zobaczyć stare kąty. Jedno dziecięce centrum już zamknięte, drugie działało dalej. Bożena patrzyła przez szybę na dzieci i młodego nauczyciela.

Potem nie wiadomo czemu zeszła do parku. Tam, przy fontannie, na ławce, rozpoznała Krzysztofa. Siedział, pchał wózek w tę i z powrotem, zupełnie inny załamany, wyciszony.

– Krzysztofie…

Usłyszawszy jej głos, skulił się i jeszcze niżej spuścił głowę.

– Cześć, Bożka.

– Jak się masz?

– Źle. Po prostu źle, Bożka.

– Dlaczego?

– Bo zostałem sam. Wszystko straciłem. Przez jeden głupi przypadek.

– Nieprawda Bożena prawie się uśmiechnęła masz więcej niż myślisz.

– Córka. Mała Ewa.

– Masz dziecko i żonę, czego chcesz więcej?

– Nie mam żony. Mili nie ma, zmarła przy porodzie.

Bożena zaniemówiła. Zabrakło ale wiedziała, że los już nie odda jej życia. Z Krzysiem długo milczeli, potem nagle zaczęli rozmawiać równocześnie stracili poczucie czasu, Ewa obudziła się, widząc już pierwsze gwiazdy na niebie. Bożena spojrzała na dziewczynkę i wtedy w jej głowie odezwał się głos pani Stanisławy: Gdy zobaczysz własne dziecko, wszystko zrozumiesz.

Pół roku później Stanisława zaprosiła ją do siebie i wprowadziła ciemnowłosego, poważnego chłopca.

– Michał, wiesz, po co tu przyszłam?

– Po mnie.

– Chciałbyś zamieszkać ze mną?

– Nie wiem. Chyba i tak mnie pani odda.

Patrzył na nią obojętnie. Pojaśniał na sekundę, gdy wyciągnęła zdjęcia.

– To pani mąż?

– Tak.

– To pani córka?

– Nie, Michał, nie moja Ale będę jej mamą. I twoją, jeśli zechcesz.

– I tak pani mnie odda.

– Dlaczego?

– Wszystkich mnie oddają.

– Ja nie oddam. Bo wiem, co to znaczy stracić wszystko.

– Wiem

– Wiesz, kto to jest mama, Michał?

– Nie.

– To ta, która już nigdy nie pozwoli zrobić swojemu dziecku krzywdy.

– Lituje się pani nade mną?

Patrzyła mu w oczy i powoli pokręciła głową.

– Nie. Nie współczuję ci. Chcę cię kochać. Chcę, byś był szczęśliwy. I żeby Ewa miała starszego brata. Silnego, odważnego, który jej nie da zrobić krzywdy. Uda nam się?

Michał milczał, patrzył na nią. Była ładna, uśmiechnięta, ale smutna. Zaciekawiony dotknął czerwonej tkaniny sukienki.

– Ładna?

– Bardzo.

– Kupiłam ją, gdy było mi bardzo źle wtedy poczułam, że będzie lepiej.

– I mnie się podoba. Chyba chciałbym spróbować.

– Nie, Michałku, my nie próbujemy my to po prostu zrobimy. Bo tak trzeba. I nigdy cię nie oddam. Ale musisz mi pomóc nigdy jeszcze nie byłam mamą. Chcę się nauczyć dla ciebie i dla Ewy. Pomożesz?

Michał powoli kiwnął głową i Bożena w końcu mogła odetchnąć z ulgą.

Minęły kolejne dwa lata. Po górskiej ścieżce maszerowała rodzina: ciemnowłosy chłopak pilnował żywej, ciekawej świata dziewczynki, która uciekała rodzicom.

– Ewa, w lesie są wilki!

– Nieee!

– Są i głodne niedźwiedzie.

– Mamy nie nauczyła ich kaszy gotować?

– Nie

– A nasza umie.

– To niech matka ugotuje niedźwiedziom kaszę, nie będą głodować.

– Mamusiu! wykrzyknęła Ewa ale ty nie umiesz bez grudek one tego nie lubią!

– Ty masz z tym problem! Niedźwiedzie pewnie by się cieszyły!

– Oddaj im moją jutro! Ewa objęła Bożenę mocno za szyję. I miód oddaj, co wczoraj kupiłaś!

– O nie! Miód zostaje dla mnie. Będziesz szła na rękach czy idziesz już sama?

– Na rękach!

– To do taty! Bożena przekazała Ewę Krzysztofowi, pogłaskała Michała po głowie. To jak, synku, gotujemy kaszę niedźwiedziom?

– Mamo, na razie nie chcę do domu. A jak Ewa zacznie przyzwyczajać zwierzynę, to nie wypuści nas z hotelu. Niech będą głodne więcej zobaczymy.

Bożena roześmiała się, spojrzała do tyłu.

– Ewuś, kasza dla niedźwiedzi będzie później, co? Nauczę się gotować bez grudek.

– Dobrze! Ewa zgodziła się dziwnie łatwo, aż Bożena i Michał wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

– O rety, mamo! Michał przewrócił oczami.

– O rany, synu! Uważaj na nią jeszcze i yeti przyprowadzi, a my wszystkich do domu zabierzemy Trzeba im będzie dać jeść Przecież każdy zasługuje na odrobinę czułości.

Echo ich śmiechu niosło się po polanie i cichło wśród szczytów. Dzień dopiero świtał był jasny i pełen nadziei.

Dziś wiem, że szczęście nie zawsze przychodzi łatwo, czasem trzeba je sobie wywalczyć i nie zawsze jest dokładnie takie, jak sobie wymarzyliśmy. Ale jeśli pojawi się choćby szansa, trzeba chwycić ją mocno i iść przed siebie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzy + siedemnaście =

Złożone szczęście