Złośliwa staruszka

**Dziennik wewnętrzny**

Wyszłam z taksówki i czekałam, aż z auta wydostanie się mała Zosia.

— Dziękuję — powiedziałam kierowcy, wzięłam córeczkę za rękę i ruszyłyśmy powoli w stronę klatki. Na niskim ganku siedziały dwie starsze panie.

— Dzień dobry — przywitałam się.

— Dzień dobry — odpowiedziała jedna. — Do kogo idą takie piękności?

Tylko się uśmiechnęłam. Otworzyłam zamek kodem i weszłyśmy z Zosią do środka. Ledwie drzwi się zamknęły, jedna z kobiet powiedziała dosyć głośno, że pół godziny temu widziała dwóch młodych mężczyzn, którzy wnosili do klatki jakieś pudła i worki.

— Nowi lokatorzy wprowadzają się do mieszkania nad tobą, to co Frondowie wynajmują. Więc trzymaj się, Marysiu, bezsenne noce masz zapewnione — odparła druga.

— Nie na tę trafiłam. Niech tylko spróbują hałasować. Zaraz zadzwonię do opieki społecznej, niech się tym zajmą…

Nie słuchałam dalej. Podeszłam do windy, akurat stała na parterze, i wjechałyśmy z Zosią na piąte piętro.

Drzwi do mieszkania były uchylone. Mężczyźni siedzieli w kuchni i pili herbatę.

— O, Ania przyjechała. A myśmy tymczasem herbatę zaparzyli. Przepraszam, trochę się rozgościliśmy.

Siegnęłam do torby po portfel.

— Ania, obrażasz. Pomogłem ci jak przyjaciel. Może na próżno odeszłaś od Jacka? Pogodzilibyście się. Nie pracujesz, z czego będziecie żyć z córką? — Mrugnął do Zosi, a ona się rozpromieniła.

— Jakoś sobie poradzimy. Złożę pozew o rozwód, będą alimenty, zasiłek macierzyński. Nie wrócę do Jacka. Możesz mu tak powiedzieć.

— No dobrze. Ale jeśli coś, dzwoń, pomogę, jak będę mógł. No, urządzaj się, a my idziemy — powiedział Krzysiek.

Wyszli. Spojrzałam na pudła na środku pokoju i westchnęłam.

— No co, pomożesz mamie rozpakować rzeczy?

— Nie. Pobawię się — odparła Zosia.

— Dobrze. Tylko nie krzycz i nie hałasuj, bo nas stąd wyrzucą — uprzedziłam córkę.

Dziewczynka skinęła głową zrozumieniem.

Otworzyłam pudełko z zabawkami, a Zosia natychmiast wyciągnęła z niego pluszowego misia. Ja zaś otworzyłam szafę i zaczęłam układać na półkach ubrania z worków.

Mieszkanie było kawalerką, niewielkie. A gdzie im więcej? Meble przyzwoite, remont zrobiony, czysto. Nic specjalnego. Jeśli nie kupować zbędnych rzeczy, oszczędzać, dadzą radę.

Potem ugotowałam makaron i parówki przywiezione ze sobą. Umyłam podłogę i ułożyłam Zosię spać, rozkładając kanapę. Oczy mi się zamykały, ale Zosia nie chciała zasnąć bez bajki. Musiałam czytać. Gdy w końcu usnęła, opadłam na poduszkę i zamknęłam oczy. I od razu przypomniały mi się słowa męża:

„Przypełziesz jeszcze do mnie na kolanach, będziesz błagała, żebym cię przyjął z powrotem…“ Łzy napłynęły mi do oczu, a sen odleciał.

Wstałam i poszłam do kuchni. Nie włączałam światła, stałam przy oknie i patrzyłam na nieznany widok za szybą, na gęstniejące zmierzchy…

***

Poznaliśmy się z Jackiem na przystanku. Podszedł i zapytał, którym autobusem dojechać na ulicę Słowackiego.

Zastanowiłam się i wymieniłam numery. A on spytał, dokąd jadę ja.

Właśnie podjechał mój autobus, więc szybko wsiadłam.

— Przepraszam, po prostu nie wiedziałem, jak się z panią zapoznać — usłyszałam. Stał obok i się uśmiechał. Ja też mu się uśmiechnęłam.

Tak się poznaliśmy. Moje serce było wolne, a wesoły i sympatyczny Jacek szybko je zdobył. Mieszkałam na wynajmowanym z koleżanką. Zaprzyjaźniłyśmy się jeszcze na studiach, po skończeniu razem dostałyśmy pracę. Wynajmowanie mieszkania we dwójkę było tańsze.

A Jacek miał własną kawalerkę. Namówił mnie, żebym się do niego wprowadziła. Mama była surowa, uczyła, że powinna być rodzina, że dzieci trzeba mieć w małżeństwie. Dlatego, gdy dzwoniła, kłamałam, że wciąż mieszkam z koleżanką.

Minął drugi rok wspólnego życia, a Jacek wciąż nie oświadczył się. O dzieciach nie rozmawiał. Nie wiedziałam, jak mu powiedzieć, że spodziewam się dziecka.

— Trzeba pomyśleć o większym mieszkaniu — powiedziałam kiedyś.

— Po co? — nie zrozumiał.

— Bo niedługo będziemy we troje.

— Co, jesteś w ciąży? I kiedy zamierzałaś mi o tym powiedzieć? — zapytał ze złością.

— Właśnie mówię. Przepraszam, że wcześniej nie powiedziałam, nie byłam pewna. Starałam się nie rozpłakać, widząc jego reakcję.

— Myślałem, że się zabezpieczasz.

— Żeby pożyć dla siebie i urodzić gdzieś tam kiedyś później? Nigdy nie pozbędę się dziecka. Z tobą czy bez ciebie, ale je urodzę — odparłam zapalczywie.

— No dobra. To takie niespodziewane…

Pogodziliśmy się i postanowiliśmy oszczędzać na wkład do kredytu. Kiedyś stałam na balkonie i czekałam na męża. Spóźniał się z pracy. Pod klatkę podjechał samochód. Wyszedł z niego Jacek.

— Widziałam cię z balkonu. Czyj to samochód? — spytałam, wychodząc mu na spotkanie.

— Mój. Nasz. Piękny, prawda? — Jacek promieniał radością.

— Jak to twój? Skąd?

— Kupiłem. I tak nie starczy na wkład. Mieszkanie może poczekać, a ja będę woził ciebie i nasze dziecko. Nie trzeba się tłuc w zatłoczonym autobusie.

— To też moje pieniądze, a ty nawet ze mną nie porozmawiałeś, wziąłeś je i kupiłeś sobie auto — wpadłam w złość.

— Ale ty też ze mną nie rozmawiałaś, kiedy postanowiłaś urodzić — odparł.

— Nie postanowiłam sama, ty też w tym uczestniczyłeś…

I po raz pierwszy pokłóciliśmy się na serio. Później, oczywiście, pogodziliśmy się, nawet poszliśmy do urzędu i wzięliśmy ślub, ku mojej radości.

Po kupnie auta Jacek zaczął się spóźniać po pracy. Mówił, że kolega poprosił o podOd tamtej pory staruszka Maria stała się nie tylko naszą sąsiadką, ale i prawdziwą babcią dla Zosi, a ja zrozumiałam, że czasem największe wsparcie przychodzi z najmniej oczekiwanej strony.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

5 × 5 =

Złośliwa staruszka