Złapała się za dłonie, jęknęła z bólu i podreptała otworzyć drzwi, ocierając wilgotne palce o spodnicę.

Maria Wójcik wycierała mokre dłonie, wzdychając z bólu w krzyżu, i ruszyła otworzyć drzwi. Dzwonili już po raz trzeci, choć cichutko. Akurat myła okno, więc nie od razu zareagowała. Za drzwiami stała młoda dziewczyna śliczna, ale blada i wyraźnie zmęczona.

„Pani Mario, słyszałam, że może wynajmuje pani pokój?”
„Oj, te nasze plotkareczki z osiedla! Nigdy nie wynajmowałam pokoju, po co mi to?”
„Mówili mi, że ma pani trzy pokoje…”
„I co z tego? Przyzwyczaiłam się do samotności.”
„Przepraszam… Powiedziano mi, że jest pani osobą wierzącą, więc pomyślałam…”

Dziewczyna odwróciła się, ledwo się powstrzymując od płaczu, i zaczęła schodzić po schodach. Jej ramiona drżały.

„Dziewczyno, wracaj! Przecież cię nie wyganiam! Dzisiejsza młodzież wrażliwa jak płatki róży. Chodź do środka, pogadamy. Jak ci na imię? Możemy przejść na 'ty’?”
„Anastazja.”
„Po… 'zmartwychwstaniu’? Ojciec ksiądz?”
„Nie mam ojca. Wychowałam się w domu dziecka. Matki też nie znałam. Znaleźli mnie w klatce schodowej i oddali na policję. Miałam może miesiąc…”
„Nie martw się. Chodź, zrobimy herbatę. Głodna jesteś?”
„Nie, kupiłam drożdżówkę.”
„Drożdżówkę! Patrzcie ją w twoim wieku żołądek to nie śmietnik. Siadaj, mam jeszcze ciepłą zupę pomidorową. I herbatę z sokiem z malin. Od śmierci męża gotuję za dużo nie mogę się odzwyczaić. Zjemy, a potem pomożesz mi wytrzeć okna.”
„Pani Mario, może coś innego? Boję się wysokości jestem w ciąży.”
„No proszę! Tylko tego mi brakowało. Powiedzmy sobie szczerze to dziecko z nieprawego łoża?”
„Dlaczego od razu z nieprawego? Jestem mężatką. Mój mąż, Patryk, też z domu dziecka. Wzięli go do wojska, ale niedawno był na przepustce. A nasza gospodyni, jak się dowiedziała, że jestem w ciąży, od razu nas wyrzuciła. Dała tydzień na wynoszę się. Mieszkaliśmy niedaleko… Ale widzi pani, jak to wygląda.”
„Ech… No i co ja z tobą zrobię? Może przeniesiemy twoje łóżko do pokoju po Wojtku? Dobra, zostaniesz ze mną. Pieniędzy nie chcę, nawet nie próbuj mi płacić. Idź po swoje rzeczy.”
„Nie mam daleko. Wszystko, co mamy z Patrykiem, jest w jednej torbie pod klatką. Tydzień minął, więc chodzę od domu do domu…”

I tak zostały razem… Anastazja kończyła szkołę krawiecką. Maria Wójcik od kilku lat była na rencie po wypadku w kopalni szydełkowała serwetki, śliniaczki i buciki dla dzieci, sprzedając je na targu. Jej wyroby były misternie wykonane i cieszyły się popularnością. Dodatkowy dochód dawała sprzedaż warzyw z działki. W soboty pracowały tam razem. W niedziele Maria szła do kościoła, a Anastazja zostawała w domu, czytając listy od Patryka i pisząc odpowiedzi. Do kościoła chodziła rzadko nie było to dla niej naturalne. Narzekała często na bóle pleców i zawroty głowy.

Pewnej soboty, kończąc jesienne porządki na działce, Maria wysłała Anastazję do domku odpocząć przy starych płytach, które zbierała z mężem. Sama paliła suche gałęzie, wpatrzona w ogień, gdy nagle usłyszała krzyk: „Mamo! Mamusiu! Biegnijcie szybko!” Zapominając o bolących stawach, Maria pobiegła do domku. Anastazja trzymała się za brzuch, jęcząc z bólu. Sąsiad zawiózł ją starym „Syrenką” do szpitala. W drodze dziewczyna płakała: „Mamusiu, to za wcześnie! Powinnam rodzić dopiero w styczniu! Mamo, módlcie się za mnie!” Maria płakała i szeptała modlitwy.

Po przyjęciu do szpitala Anastazję zabrano na salę, a sąsiad odwiózł Marię do domu. Całą noc modliła się do Matki Boskiej Częstochowskiej. Rano zadzwoniła do szpitala.

„Wszystko w porządku z waszą córką. Na początku wołała was i Patryka, potem się uspokoiła. Lekarz mówi, że zagrożenie minęło, ale musi poleżeć. Ma też za niską hemoglobinę. Niech dużo odpoczywa.”

Gdy Anastazja wróciła do domu, siedziały do późna, rozmawiając. Dziewczyna ciągle wspominała Patryka.

„Nie jest taki niedojrzały jak ja. Też sierota. Zawsze byliśmy razem w domu dziecka. Najpierw przyjaźność, potem miłość. On zawsze się o mnie troszczy. To coś więcej niż zwykłe uczucie. Widzicie, jak często pisze? Chcecie zobaczyć jego zdjęcie? O, tu jest drugi od prawej. Taki się zawsze uśmiecha…”

„Przystojny…” Maria skłamała. Od dawna potrzebowała nowych okularów. Na małej fotografii stało kilku żołnierzy, wszystko rozmazane. Nie widziała ani drugiego, ani trzeciego tylko niewyraźne kształty…

„Anastazjo, dlaczego w ogrodzie nazwałaś mnie mamą?”

„Tak wyszło… Ze strachu. W domu dziecka wszystkich dorosłych nazywało się 'mama’ i 'tata’. Potem się oduczyłam, ale gdy się boję wracam do tego. Przepraszam.”

„Rozumiem…” Maria westchnęła z rozczarowaniem.

„Ciociu Marysiu, opowiedzcie o sobie. Dlaczego nie ma u was zdjęć męża? Nie mieliście dzieci?”

„Był synek, ale umarł, zanim skończył rok. Po wypadku nie mogłam już mieć dzieci. Mój mąż był dla mnie jak dziecko rozpieszczałam go. Był całym moim światem. Gdy go pochowałam, schowałam wszystkie zdjęcia. Choć jestem wierząca, to bez niego było mi ciężko. Jak patrzyłam na fotografie, zaraz płakałam. Więc schowałam je, żeby nie kusić losu. Teraz ważniejsza jest modlitwa za niego niż łzy. Nastka, pokaż to zdjęcie Patryka powiększymy je i postawimy w ramce. Muszę gdzieś mieć zapasowe…”

W Wigilię stroiły mieszkanie, rozmawiając o Bożym Narodzeniu. Anastazja ciągle się wierciła, trąc plecy.

„Coś ci jest, Nastko? Nie słuchasz, co mówię. Kręcisz się jak fryga.”

„Ciociu Marysiu, dzwońcie po karetkę. Chyba rodzę.”

„Co za bzdury? Miałaś rodzić dopiero za tydzień!”

„Widocznie się pomyliłam. Dzwońcie szybko, już nie wytrzymuję.”

Po pół

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwa + 17 =

Złapała się za dłonie, jęknęła z bólu i podreptała otworzyć drzwi, ocierając wilgotne palce o spodnicę.