Kasia gwałtownie uderzyła się o poduszki powietrzne, które w ostatniej chwili się otworzyły. Z trudem łapała oddech, nie mogąc oderwać wzroku od człowieka, którego pochowała tydzień temu. Czy to naprawdę on? A może umiera i przeniosła się do innego świata, gdzie znów są razem? W głowie wirowały wspomnienia – tamten dzień, gdy usłyszała straszną wiadomość, jakby się powtórzył, jakby ktoś celowo cofnął ją do bólu, by jeszcze raz rozciąć serce.
— Nie! — wydarł się z jej gardła rozdzierający krzyk, wypełniający całe mieszkanie. — Kłamiecie! To niemożliwe! Mój mąż nie zostawiłby mnie samą! On by tak nie postąpił! Nie mógł odejść!
Powoli osunęła się na podłogę, prawie tracąc przytomność. Nie mogła uwierzyć w rzeczywistość: jak to się stało im, z Marcinem? Przecież był taki młody, pełen życia. Jak mógł umrzeć? Zadzwonił do niej jego szef, mówiąc, że oderwał się zakrzep, „karetka nawet nie zdążyła przyjechać”.
— Nic nie dało się zrobić — powiedział. — Gdy przyjechali lekarze, Marcin już nie żył. — Jego słowa dzwoniły w głowie jak frazy z horroru, których nie da się wymazać.
Co teraz? Jak żyć bez niego? Bez niego nawet oddychać nie potrafiła. Łzy spływały po policzkach, ale Kasia ich nie czuła. Telefon wciąż trzymała przy uchu, a sama wpatrywała się przed siebie, nie mogąc wydusić słowa. Chciała, żeby to był koszmar, który zaraz się skończy, a ona obudzi się, zapominając o tej męce.
Do kostnicy jej nie wpuszczono, dopiero na pogrzebie zobaczyła na własne oczy, że to naprawdę jej mąż. Nawet wtedy do ostatniej chwili miała nadzieję, że Marcin wróci z pracy, roześmieje się i powie, że to żart. No przecież był prima aprilis! Ale czy można tak żartować? Dobrze, nic nie szkodzi, wybaczy… wybaczy wszystko, byleby wrócił. Ale nie wrócił. Leżał w trumnie, jakby tylko spał.
Kasia rzucała się do jego ciała, płakała, błagała, żeby wstał, by wrócił. Padała zemdlona, cucono ją amoniakiem. Matka Marcina też ledwo się trzymała na nogach, próbowała uspokajać synową, ale sama była złamana żałobą. Tylko jego ojciec ciągle odciągał Kasię od trumny, prosił, by się pozbierała, pogodziła z tym, co się stało. A ona wyrywała się, biegła z powrotem, wołała go.
Pogrzeb przeszedł jak we mgle. Widziała, jak zamykają wieko trumny, krzyczała, gdy ją odciągano, prosiła, by położyli ją obok. Bo bez Marcina nie umie żyć. Nie potrafi. Długo nie mogła rzucić garści ziemi na trumnę – to znaczyłoby, że go wypuszcza, że zgadza się, że go już nie ma. Ale pogodzić się z tym wydawało się niemożliwe.
W domu, w pustym mieszkaniu, Kasia próbowała zebrać myśli, ale starczyło jej sił tylko na kilka minut. Skulona przy ścianie, przypomniała sobie dzień, w którym się poznali.
— Dziewczyno, chyba coś pani upuściła? — rozległ się miły głos. — Dziewczyno! — uśmiechnął się Marcin, zmuszając ją, by się odwróciła.
Spacerowała koło uniwersytetu, powtarzając wykłady, gdy podał jej intensywnie czerwoną różę.
— To nie moje — zaprzeczyła, kręcąc głową.
— Teraz jest pani — odparł z uśmiechem. — Taka pani zamyślona, że aż chciałem panią rozweselić.
Kasia zawstydzona przyjęła kwiat. Nawet nie zauważyła, jak łatwo się poznali, jak odprowadził ją na zajęcia, a potem czekał po wykładzie i zaproponował kolejny spacer. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Jasnowłosy, przystojny, z dobrymi oczami i miękkim głosem – Marcin całkowicie ją zdobył. Opowiadał o swojej rodzinie, planach, o marzeniach o wielkiej miłości i dzieciach. Wydawało się, że zszedł z kart romantycznej powieści.
Ale teraz tego już nie będzie…
Ciepły uśmiech wywołany wspomnieniami szybko zniknął, a Kasia znów wybuchnęła płaczem. Niesamowicie bolało wracać do rzeczywistości, która zabrała wszystko, dla czego żyła.
Siedem lat byli razem, trzy w małżeństwie. Skromne wesele, bez przesady – nie potrzebowali drogich prezentów, bo sami byli dla siebie największym darem. A teraz Kasia została sama, bez uśmiechu Marcina, bez części siebie.
Nie pamiętała, jak dotarła do łóżka i zasnęła. Obudził ją poranny telefon. Praca. Szef dał jej czas na żałobę, ale zastępca nie radził sobie z papierami – musiała wrócić.
— Kasia, cześć! To Tomek. Masz minutkę? Mam pytanie o pracę.
— Mów — odpowiedziała sucho, bez śladu emocji.
— No nie ogarniam tych raportów z nową laminacją… Nie wiem, gdzie wpisać kod produktu.
Kasia nawet nie poczuła złości czy irytacji. Po prostu spokojnie wytłumaczyła, co gdzie wpisać, i skończyła rozmowę. Padła na poduszkę, wpatrując się w puste miejsce obok. Łzy zdawały się już wyschły, ale oczy piekły, jakby ktoś nasypał do nich piasku. Pamiętała to uczucie z dzieciństwa – gdy sąsiad rzucił jej garść piasku w twarz, gdy pokłócili się w piaskownicy.
Z wysiłkiem zebrała się, wstała i powlokła do kuchni. Musiała coś zjeść – przez ostatnie trzy dni prawie nic nie brała do ust. Ale na widok jedzenia zrobiło się jej niedobrze. Nawet patrzeć nie mogła. Wypiła tylko szklankę wody i wróciła do pokoju.
Bała się dotykać albumów, otwierać filmów w telefonie. Nie zniosłaby jego głosu. I tak brzmiał w jej głowie, co chwilę wydawało się, że gdzieś jest blisko, woła ją. Ale gdy się odwracała, zawsze czuła ten sam ból – jego tam nie było. I już nigdy nie będzie.
Minął tydzień od pogrzebu, i Kasia postanowiła wrócić do pracy. Tam, wśród dokumentów i zadań, mogła choć na chwilę zapomnieć. Stała się maszyną wykonującą obowiązki, bez uczuć. Tak było łatwiej. Lepiej nie czuć nic, niż cierpieć ten nieznośny ból.
W piątek postanowiła pojechać do rodziców na weekend, do ich domu za miastem. Od dawna namawiali, ale Kasia odmawiała – nie chciała nikogo widzieć w „ich” mieszkaniu, nie zniosła współczujących spojrzeń matki i westchnień. Ale teraz może to właśnie pomoże jej zacząć żyć.
Ale gdy stanęła przed lustrem w łazience rodziców, zauważyła, że w jej oczach znów pojawił się blask – ten sam, którym patrzyła na Marcina, i wiedziała, że choć ból nigdy nie zniknie całkiem, to teraz ma powód, by znów się uśmiechać.



