Zła macocha

**8 kwietnia**
Dzisiaj znów krzyknęła: „Nie jadę!” i trzasnęła drzwiami. Stoję w kuchni, poprawiam szlafrok, a w głowie kotłuje mi się myśl: „Taka królowa się znalazła! U mnie na karku siedzi, a jeszcze warunki stawia”. Alicja ma piętnaście lat. Jej ojciec zginął w wypadku dwa lata temu. Choć rodzice byli rozwiedzeni, jej matka, Danuta nie udźwignęła żalu. Najpierw łzy, potem butelka, w końcu karetka. I cisza. Serce stanęło.

Dziewczyny nie zabrano do domu dziecka. Wzięła ją ciotka, siostra ojca Helena Piotrowska, surowa, małomówna kobieta z siwym kokiem. To ona dostała opiekę nad Alicją. Lecz po pół roku pozbyła się jej jak niepotrzebnego bagażu: „Alicja nie do ogarnięcia, nie słucha, mieszkać u nas nie chce, a i mąż przeciw. U Basi miejsce jest”.

Tak Alicja trafiła do domu macochy. Barbara była drugą żoną jej ojca. Tą samą, przez którą matka płakała nocami. Wcześniej Alicja nienawidziła jej z daleka. Teraz musiały dzielić dach dokońca.

„Zjesz co?” warknęła Barbara, stukając łyżką w garnek.
„Nie” odcięła się dziewczyna.
„To nie. Tylko czipsów nie szukaj po szafkach. Nie kupowałam”.

Dom Basi był stary, lecz przestronny i zadbany. Ojciec zdążył z remontem: kuchnia w kolorze kawy, salon w beżowej tapecie, nawet nowy kocioł. Ale mimo tego ciepła Alicji ciągle było tu zimno.

„Pogadajmy szczerze” rzuciła pewnego dnia macocha. „Wiesz, nie lubię ciebie. Ty nie lubisz mnie. To wzajemne. Ale dałam słowo twojemu ojcu: nie wyrzucę cię. Będziesz się uczyć, ja ugotuję, dom będzie czysty żyj. Tylko nie rządź tu i nie udaj sieroty po bandycku. Ja też w życiu łyknęłam gorzkiego”. Alicja zacisnęłała pięści, lecz milczała.

„Moja matka dodała Barbara zmarła, gdy miałam siedem lat. Ojciec pił. Od piętnastu lat harowałam na trzech posadach. Twój tata, nawiasem, sam za mną latał. Więc złości na niego nie miej”.

Na tym stanęło. Rozmowy stawały się krótsze, spojrzenia ostrzejsze. Nie kłóciły się jawnie, ale w domu wisiała groźba burzy.

Pewnego dnia Alicja wróciła ze szkoły. Na stole leżała kartka:
> „Jadę do siostry do Opola. Wrócę za tydzień. Pieniądze na stole. Kup ziemniaki, gotuj sobie. Nie zapomnij o kocie je o 18:00. B.”

Żadnego „całuję”, „uważaj na siebie”. Tylko kot, kartofle i godzina. Alicji zrobiło się przykro. Nagle poczuła pustkę. Telewizor zgaszony, czajnik zimny, kurz jeszcze osiadł na parapecie. Po raz pierwszy ogarnął ją strach. „A jeśli nie wróci? Co ja wtedy zrobię?” szepnęła w ciszę.

Weszła do pokoju Basi, zajrzała do szafy, do szuflady… Znalazła zdjęcia. Oto mała Basia w warkoczykach. Tu nastolatka w białym kitlu. A tu z jej ojcem. I z nią, Alicją, trzyletnią malutką na rękach. A uśmiech Basi… prawdziwy. Alicja usiadła na łóżku i zapłakała. Wszystko się w niej pomieszało: ból, żal, strach.


Dni bez Barbary płynęły wolno, ale jakoś… swobodnie. Alicja puszczała muzykę, jadła z garnka, wylegiwała się z kotem. Lecz nawet w tym lenistwie zrodziło się dziwne uczucie jakby czegoś jej brakowało. Albo kogoś.

Czwartego dnia zrobiło się nudno. Piątego niespokojnie.
Szóstego Barbara wróciła.

Alicja odrabiała lekcje w kuchni, gdy trzasnęły drzwi.
„Ten twój kot oszalał krzyknęła Basia z progu. Miałczał, jakby operę śpiewał. Karmiłaś go?”
„Tak, o 18:00” burknęła Alicja, wstając.
Lecz spojrzawszy na macochę, zastygła. Wyglądała na zgoniona. Torby ciężkie, twarz blada, a w rękach… koperta.

„Patrz, co ci przywiozłam” powiedziała niespodziewanie łagodnie. „Coś o twojej matce”.
Alicja podskoczyła:
„O mamie?”
„Twoja matka miała siostrę. Wyszła za Łotysza, wyjechała. Szukała cię, ale… W Opolu ją znalazłam. Zostawiła ci list i fotkę. Mówi, że możesz do niej napisać”.

Alicji zadrżały ręce. Rozerwała kopertę. W środku zdjęcie kobieta nieco podobna do matki, z córką i mężem. Na odwrocie stało równym pismem:
> „Alicjo, kochana. Nie wiedziałyśmy o waszej biedzie. Jeśli chcesz, przyjeżdżaj czekam. Pamiętaj: nie jesteś sama”.

„Po co mi to przywiozłaś?” spytała Alicja, zdezorientowana.
„Bo powinnaś mieć rodzinę. Wybór należy do ciebie. Wiesz, nie jestem ja twoją matką. Choć próbuję”.

To wyznanie zabrzmiało nieoczekiwanie. Coś między nimi pękło.
„Próbujesz?” powtórzyła Alicja z lekką
A właśnie Łucja miała taką dziwną minę, gdy tylko sąsiedzi wyszli, a ona znów podniosła tego rozbrykanego wnuczka do góry, szepcząc coś o tym, że rączka ją boli, ale jakoś tak zupełnie niewyraźnie, pewnie dlatego, że mocno tuliła głowę Maćka do ramienia..

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwa × 2 =

Zła macocha