Zła decyzja. Uciekam do taty.

Byłeś zły. Pójdę do taty.

Każdego dnia mijali się, mijali, a między nimi nie iskrzyło, nie było tęsknoty, ani jednego spojrzenia pełnego tęsknoty. Aż pewnego dnia przypadkiem na niego spojrzała i nagle serce zabuchotało, a w brzuchu załopotały motyle. On poczuł to samo. I tyle. Od tej chwili rozstanie stało się niemożliwe, życie bez siebie straciło sens. Pozostało tylko poddać się losowi i iść razem.

Tak właśnie Zosia pokochała Jacka. Pewnego zimowego niedzielnego popołudnia wybrała się z koleżankami na lodowisko. Nie była zbyt pewna na łyżwach – jechała powoli, ostrożnie, często się zatrzymując. Przyjaciółkom znudziło się pełzać po lodzie jak żółwie, więc odjechały dalej, zostawiając Zosię samą. Zawadzała tym, którzy śmigali po lodzie z gracją. Wciąż musieli ją wymijać.

Zmęczyła się, nogi drżały od napięcia. Postanowiła odjechać do barierki i tam poczekać na koleżanki. Musiała przejść w poprzek toru jazdy innych łyżwiarzy. Gdy do balustrady dzieliły ją już tylko dwa metry, ktoś w nią wpadł.

Zderzenie pozbawiło ją równowagi. Runęła na lód, uderzając boleśnie biodrem i kolanem.

– Przepraszam. Źle się pani potłukła? Może pani wstać? Pomogę – usłyszała nad sobą. W następnej chwili została delikatnie podniesiona i postawiona na nogi.

Kolano natychmiast przypomniało o sobie bólem. Zosia jęknęła i gdyby nie refleks chłopaka, który zdążył ją złapać, pewnie znowu wylądowałaby na lodzie. Przyciągnął ją do siebie, ich twarze znalazły się tak blisko, że w jego oczach zobaczyła własne odbicie. Świat na moment przestał istnieć.

– Wszystko w porządku? – zapytał.

Zosia ocknęła się. Dookoła znów było głośno – skrzypienie łyżew po lodzie, śmiechy, rozmowy. A ona wciąż stała, kurczowo trzymając się jego kurtki.

– Nie przewróci się pani, jeśli ją wypuszczę? – upewnił się.

– Nie wiem – szepnęła, nie odrywając od niego wzroku.

Rozluźnił uścisk, a ona nie upadła.

– Brawo, teraz jedziemy do barierki. Niech się pani nie boi, trzymam.

Z nim naprawdę jechała, nie szurała niepewnie.

– Może zejdziemy z lodu? Przy wyjściu są ławki.

Zosia skinęła głową. Podpierana przez niego dotarła do ławki i opadła na nią z ulgą.

– Bardzo się pani potłukła? – usiadł obok. – Jest pani sama? Może odprowadzić?

– Jestem z koleżankami.

– Lepiej zadzwoń do nich, powiedz, gdzie jesteś. Daj numerki, przyniosę buty.

– Nie trzeba, poczekam na nie – spróbowała się lekko opierać.

– Zmarznie pani.

Rzeczywiście poczuła, jak zimno przenika przez kurtkę. Wyciągnęła z kieszeni numerki i telefon. Gdy chłopak poszedł po jej buty, zadzwoniła do koleżanek.

Szli do domu, rozmawiając. Po śliskim lodzie tak przyjemnie było czuć twardy, pewny asfalt pod stopami, ale Zosia co chwila chwytała Jacka za rękę. Czy to świat wirował, czy ziemia uciekała spod nóg? Chłopak miał na imię Jacek. Pracował już od kilku lat i był od niej starszy o cztery. Opowiedziała mu, że studiuje na czwartym roku, mieszka z mamą. Od pierwszej chwili poczuli do siebie sympatię. Gdy na pożegnanie zaproponował jej wyjście na lodowisko w następny weekend, Zosia zaprzeczyła głową.

– Wolałabym do kina.

– Zgodzę się. Zadzwonię.

Ale Jacek nie czekał do weekendu. Zadzwonił następnego dnia i zaprosił ją na kawę. Na mrozie nie dało się długo spacerować. Jakaś siła zderzyła ich dosłownie, a potem już się nie rozstawali.

Zosia zakochała się. Nie wyobrażała sobie życia bez Jacka. Jak mogła wcześniej bez niego żyć? Wydawało jej się, że znają się od zawsze. Nadeszła wiosna, a rodzice Jacka zaczęli co weekend wyjeżdżać na działkę, zostawiając im mieszkanie na wyłączność.

Po wiośnie przyszło lato, które minęło szybko i niezauważalnie. Znów nadeszła jesień z deszczami i przymrozkami. Rodzice coraz rzadziej wyjeżdżali na działkę, a młodzi nie mieli już gdzie się spotykać.

– Co dalej? – pytała Zosia, tuląc się do Jacka.

– Coś wymyślę – odpowiedział.

Pewnego dnia Jacek przyszedł do Zosi, a jej mama zapytała go wprost, jak długo jeszcze będzie wodził jej córkę za nos?

– Chciałem oświadczyć się w Nowy Rok. Nie mam nawet pierścionka. Ale żeby panią uspokoić, gotów jestem prosić o rękę córki już teraz – odparł.

Zosia poczerwieniała ze wzruszenia i szczęścia.

– To zupełnie co innego. A pierścionek wręczysz w Nowy Rok. Bo tak żyjecie już razem, a ja nie wiem, co o tym myśleć – stwierdziła zadowolona mama.

Ślub wzięli wiosną, gdy stopniały śniegi, słońce stawało się z dnia na dzień cieplejsze, a ptaki śpiewały coraz głośniej. Jacek od dawna marzył o własnym mieszkaniu i oszczędzał. Część pieniędzy dostali w prezencie ślubnym. Wystarczyło na wkład na kredyt. Szczęśliwi młodzi kupili mieszkanie, umawiając się, że z dziećmi poczekają.

Mijały lata. Zosia skończyła studia i zaczęła pracę. Coraz częściej zaczynała rozmowy o dzieciach.

– Jeszcze nie spłaciliśmy kredytu. Po co się spieszyć? Zdążymy. Wiesz, z jakimi problemami będziemy się mierzyć? Tak, damy radę, ale po co samemu stwarzać trudności, a potem tracić siły na ich pokonywanie? Najpierw spłacimy kredyt, potem pomyślimy o dzieciach. Mam rację, prawda? – przekonywał ją Jacek.

Może i miał rację, ale nie chciała przecież rodzić od razu. Przed nią dziewięć miesięcy ciąży, do tego czasu zdążą spłacić kredyt…

– Koniec tematu, nie kłóćmy się – ucinał Jacek.

Ciężko było się z nim spierać, a ona i tak nie miała na to ochoty. Ale jej koleżanki już spacerowały z wózkami, a jedna niedawno urodziła drugie dziecko, chociaż to Zosia jako pierwsza wyszła za mąż. Pewnego dnia znów zaczęła rozmowę o dziecku.

– DobrzeW końcu, gdy Zosia urodziła syna, Jacek spojrzał na malutką córeczkę, która stała obok łóżka z zaciekawieniem, i nagle jego serce zmiękło, a w oczach pojawiły się łzy – zrozumiał, że miłość nie dzieli się, lecz mnoży, i że rodzina to nie obowiązek, ale największy dar.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jeden + dwanaście =

Zła decyzja. Uciekam do taty.