Zjedz moją ból
Najmniej lubiła pracować z dziećmi. Męczące, ryzykowne i w ogóle – po co? Dziecko jest jeszcze jak niezapisana kartka, a wokół niego krąży masa niepotrzebnych możliwości, które łatwo przyciągnąć. Do tego maluchy uwielbiają fantazjować. Kto w dzieciństwie nie marzył o magicznej mocy? Nie wymyślał sobie wyimaginowanego przyjaciela? Każde słowo takiego „klienta” trzeba było weryfikować, a to dodatkowy wysiłek.
Gdy na progu stanęła kobieta w pretensjonalnej czarnej sukni, z krwistoczerwonymi ustami i fioletowymi powiekami, wiedźma nawet nie drgnęła. Egzaltowane typy odwiedzały ją często. Ale dziesięcioletni chłopiec, kurczowo trzymający się matczynej spódnicy, zaniepokoił ją. Ledwie otworzyła usta, by oznajmić, że z dziećmi nie pracuje, dama przerwała jej władczo:
— Mamy umówioną wizytę. Jestem Aldona, pisałam wczoraj. Miałam kotka w zdjęciu profilowym, pamięta pani?
Kotka pamiętała.
— No dobrze, proszę wejść.
„Może problem dotyczy Aldony, a chłopca po prostu nie miała z kim zostawić?” – pomyślała wiedźma, dyskretnie przyglądając się klientce. Aldona była pulchną, ale wciąż urodziwą kobietą koło czterdziestki. W samym sobie. Makijaż miała krzykliwy, niemal teatralny, a na rękach bransolety, które przy każdym ruchu dzwoniły jak dzwonki. Czarna suknia… No dobra, ale po co? Chciała zaintrygować? Noszą żałobę? W każdym razie widać było, że Aldona ubierała się na czarno z wyraźną przyjemnością. „Uwielbia przedstawienia. Zaraz będę musiała w jednym uczestniczyć” – domyśliła się wiedźma.
— Mój mąż nie żyje – zaczęła kobieta patetycznie. Wyciągnęła chusteczkę i otarła zupełnie suche oczy.
— Współczuję – uprzejmie odparła wiedźma – ale nie zajmuję się spirytyzmem. Uważam to za niebezpieczne i bezproduktywne.
Nie uzyskawszy pożądanej reakcji, kobieta spróbowała innego podejścia.
— W naszej rodzinie były czarownice – szepnęła dramatycznie. – Moja praprababka czarowała, a siódma ciotka…
„Niech zgadnę, też czarowała?” – Wiedźma z trudem powstrzymała sarkastyczny uśmiech. Liczba „potomków czarownic” i „dziedzicznych szamanów”, pukających do jej drzwi, osiągnęła w ostatnich latach absurdalne rozmiary. Gdyby dobrze poszukać, w każdej rodzinie znalazłby się ktoś, kto w tajemnicy uprawiał magię. Ale czy ktoś zostaje mistrzem boksu tylko dlatego, że jego dziadek stał na ringu? Z czarowaniem było tak samo.
— W naszej rodzinie jest Dar. Przechodzi z pokolenia na pokolenie. Mnie, na szczęście – kobieta splunęła przez lewe podniesienie, ale wiedźma dostrzegła przelotne rozczarowanie w jej oczach – ominął. A mój syn Kacper… – jej oczy błysnęły dziwną dumą – widzi duchy!
„Widzi duchy, hmm? Kiepska sprawa.” Wiedźma miała kilka teorii. Pierwsza i najbardziej prawdopodobna – debiut schizofrenii. Nie rozumiała, dlaczego rodzice zamiast do psychiatry ciągną takie dzieci do ezoteryków. Druga opcja – faktycznie chodzi o „Dar”. Zwykle tak nazywa się demona, który przechodzi z pokolenia na pokolenie.
— Opowiedz, jak przychodzą do ciebie duchy! – zażądała mama. Chłopiec zaczął mówić niechętnie, tylko dlatego, że go poproszono.
— Nie duchy, tylko duch. Przychodzi do mnie każWiedźma westchnęła cicho, patrząc, jak Aldona ciągnie Kacpra w stronę windy, już planując jego „karierę” w telewizji, podczas gdy chłopiec odwrócił się na moment, by pomachać jej na pożegnanie – i w jego oczach, po raz pierwszy od dawna, było coś więcej niż tylko smutek – było ulga.



