Ziemię wyrównał, Marcie klomby z kwiatami założył, altanę zbudował. W domu również czuć było mocną, …

Wiesz co, aż mi się łza w oku zakręciła, jak sobie przypominam tę historię o Marcie. No, to jest taka kobieta, której los nie szczędził wyzwań, a jednak jakoś zawsze szła z podniesioną głową, chociaż wcale nie wyglądała jak gwiazda z okładki. Ale słuchaj ona miała w sobie coś takiego, że nawet w liceum, jeszcze w Pabianicach, prawie każdy chłopak biegał za nią. A jej mama, ciocia Zosia, to się zawsze dziwiła:

Ty, Marta! Co oni w tobie widzą? Przecież nie masz tych wszystkich walorów żartowała.

A Marta, z tym swoim filuternym uśmieszkiem, machała tylko ręką i odpowiadała:

Mamo, kobieta musi być jakaś mieć to coś, a nie tylko ładną buźkę.

No i od zawsze miała jakieś powodzenie nawet kiedy już była po czterdziestce, kiedy inne kobiety narzekały, że nie ma porządnych facetów, ona miała dwie propozycje w tym samym czasie i obu całkiem niezłych.

Ale zanim to wszystko Zaczęło się od tego, że Marta wyszła za Tadka. Facet był trochę trudny raz cud-miód, a raz potrafił człowieka wyprowadzić z równowagi na amen. Ale kochał, starał się, dom razem budowali w łódzkiej dzielnicy. To on jej ogród wykarczował, rabaty założył, nawet altanę postawił taką solidną, wiesz? A w domu od razu było widać, że męska ręka trzyma wszystko w ryzach.

No i ten Tadek zarabiał. Marta nigdy nie narzekała, prezentami ją rozpieszczał, i do końca był dla niej podporą. Chociaż zawsze się zastanawiał, czy ona naprawdę go kocha.

Przecież ty mnie nie kochałaś, Marto. Bez miłości za mnie wyszłaś mówił. A teraz mnie zostawisz, jak się rozchoruję

A ona przytulała go mocno i szeptała:

Nigdy cię nie zostawię, Tadek. Jesteś najlepszym facetem pod słońcem.

Spędzili razem 25 lat, wychowali córkę, Justynę, na porządną dziouchę, wydali ją za mąż. Zięć wywiózł Justynę do Włoch, wysyłali potem zdjęcia z Rzymu i Florencji, zapraszali do siebie. Ale Marta z Tadziem jakoś nie mogli się zebrać. Tadek już nie zdążył.

Zginął w idiotycznym wypadku samochodowym. Pewnie zasłabł za kierownicą, bo lekarze potem stwierdzili, że podejrzenie zawału. Szkoła taka, wzruszenia że nie po ludzku… O wszystkim pomogła Marcie dowiedzieć się jej przyjaciółka Ewa, która była lekarką. Z Ewy to prawdziwa przyjaciółka, wszystkich formalności dopilnowała.

I tak Marta została sama w tym ich dużym domu pod Łodzią jeszcze niedawno wydawał się w sam raz, a teraz w jednej osobie, to aż strach taki metraż ogarnąć. Dom to dom zawsze się męska ręka przydaje

Córka przyjechała na pogrzeb i zaraz próbowała mamę przekonać, żeby sprzedać dom i przenieść się do nich do Włoch, może jakąś kawalerkę w Krakowie kupić.

Mamo, po co ci taki duży dom? I tak jesteś sama, chodź do nas, do słonecznej Italii!
O nie! zaśmiała się Marta przez łzy. Nie po to budowałam ten dom przez pół życia, żeby go teraz sprzedać. No i ta wasza Italia widziałam ją, to nie dla mnie.
Ty to masz poczucie humoru, mamo! parskała Justyna.
Dziecko, w Polsce najlepiej uśmiechnęła się Marta pokrzepiająco.

Prawda była taka, że Marta wcale nie zamierzała zostawać sama długo. Ledwo pół roku żałoby minęło, a już wokół niej kręciła się ekipa absztyfikantów. Nawet mama kiedyś podsumowała:

Słuchaj, oni się tu do ciebie aż na wyścigi ustawiają! Co ty masz w sobie, dzieciak?

Charyzmę, mamo! Kobieta z charyzmą i już śmiała się Marta, poprawiając szminkę.

No i wyobraź sobie, trzydzieści lat zleciało od tamtych rozmów, a Marta dalej miała powodzenie, chociaż inne narzekały, że po czterdziestce nie ma z czego wybierać. Przecież ona, mając czterdzieści sześć lat, wybierała między dwoma świetnymi facetami.

Serce bardziej ją ciągnęło do Michała. Ten to był taki typ: przystojny, elokwentny, inteligentny wiesz, taki, z którym zawsze pogadasz i nie wstyd się pokazać na mieście. Ale co z tego do życia, do roboty koło domu, chłopina był raczej marzyciel, nie majster.

Drugi adorator, Janek, to taka złota rączka. Chłop silny, wszystko w domu ogarnie, jak trzeba drzewo ściąć, stawia się do roboty, a w święta potrafi popić z sąsiadami jak należy. Może nie mówił zbyt wiele, ale zawsze swoje robił. Miał swoje wady czasem przesadził z piwem, ale wiedział, że się spiąć trzeba.

I wyobraź sobie, Marta wybrała Janka. Michał się obraził, odszedł. Marta wyszła za Janka, jego radość, aż się nie mieściła w głowie! Na weselu Janek się trochę za bardzo wyluzował tańczył i śpiewał aż do upadłego, wiesz jak to jest.

Ewa ją wtedy podkpiwała:

Ty to masz szczęście! Ledwo minął rok od śmierci Tadka, a już pod pantoflem nowego faceta.

Jeszcze powiedz, że nie jestem nawet ładna! żartowała Marta.

Ale zawsze cię lubili, to się zgadza, przyznam śmiała się Ewa.

No i poszło! Janek po paru miesiącach zamienił ogród Marty w prawdziwy raj. Stare drzewa wyrżnął, ziemię wyrównał, klomby zrobił, altanę wymurował. W domu? Aż było miło popatrzeć. I jeszcze przez cały czas zarabiał, starał się sprawiać Marcie przyjemność, przynosił różne drobiazgi, nawet kwiaty kupował.

Po czasie Marta zaczęła porównywać swoje poprzednie życie z Tadeuszem do tych kilku miesięcy z Jankiem i pomyślała szczerze szkoda, że takiego faceta nie spotkała prędzej.

Latem wieczorami robili razem grilla, siadali przy pięknym stole w altanie, Marta uśmiechała się szeroko, wsuwając szaszłyki, a Janek tylko patrzył na nią z czułością.

Co się tak gapię, Janku? pytała w końcu.
A cieszę się po prostu.

A jego pierwsza żona była wiecznie niezadowolona, więc Janek nawet nie wierzył, że jeszcze trafi mu się taka fajna kobieta.

Przez cztery lata żyli szczęśliwie, a potem zaczęło się coś dziać Janek zrobił się jakiś słabszy. Szybko się męczył, schudł, a po piwie zwłaszcza, że czasem lubił wypić robiło mu się wyraźnie gorzej.

Idź do lekarza, Janku! nalegała Marta, coraz bardziej zaniepokojona.
Daj spokój, Martusiu, samo przejdzie! odpowiadał, robiąc z siebie bohatera.
To nie czasy wojenne, żebyś udawał twardziela! denerwowała się już całkiem.

Ale wiesz, czego się bał że jak się okaże, że naprawdę coś poważnego, to Marta go zostawi. Przecież, jak sam myślał, ona wyszła za niego raczej z rozsądku niż z wielkiej miłości. A on kochał ją na zabój.

W końcu Ewa, która znów była w gościach u Marty, próbowała przekonać Janka, żeby poszedł do lekarza sama zauważyła, że skóra mu pożółkła i jakoś tak marnie wygląda.

A potem Janek przy stole zemdlał i już nie było wyboru wezwali karetkę, Marta pojechała z nim do szpitala, trzymała go za rękę, jak się tylko dało, modliła się za niego.

Lekarze szybko zrobili operację.

Guz na wątrobie powiedzieli jej, a Marta prawie zemdlała z przerażenia.

Ale potem okazało się, że guz jest łagodny, choć duży. Janek właściwie miał szczęście wyciągnęli go z tego, ale rekonwalescencja ciągnęła się długo. Lekarze ostrzegali regeneracja będzie powolna i nie ma gwarancji pełnego powrotu do sił.

Janek zaczął się załamywać. W szpitalu odwiedziła go matka, pani Helena. Przyniosła mu jakieś parowane kotleciki i warzywa, listę miał krótką prawie nic mu nie wolno było jeść.

Synku, nie poznaję cię. Ocaleliśmy, a ty leżysz jak kłoda. Marcie choćby zależało, przychodzi do ciebie?

Przychodzi jeszcze odburknął.

Ty głupi jesteś. Kto by cię zostawił? Przestań się mazać! Żyjesz, to RADOŚCI się ciesz!

Marta weszła wtedy do sali, uśmiechnęła się ciepło do teściowej, a potem podeszła do łóżka Janka:

No już, panie inwalido. Przestań się roztkliwiać, wszystko się odbuduje, wątroba ma regenerację jak u smoka. Lekarz mi mówił, wystarczy pięćdziesiąt-pięć procent, a u ciebie jest jeszcze dobrze, więc się nie przejmuj.

Janek nie był przekonany, długo nie mógł się z tym pogodzić. Po wyjściu ze szpitala, nawet lekka robota go męczyła, a wielkimi krokami zbliżały się jego pięćdziesiąte urodziny, z których zupełnie nie miał ochoty się cieszyć nie mógł zjeść nic fajnego, o kielichu nie wspominając.

Marta jednak robiła wszystko, żeby mu dodać otuchy, gotowała dietetyczne potrawy, żartowała, zajmowała go różnymi głupotami.

Martusiu a powiedz mi, co teraz dalej będzie z nami? Przecież ja już chyba nie dojdę do siebie naprawdę nie boisz się, że zostaniesz z wrakiem?

Głupoty gadasz, Janku. Ja cię nie zostawię nigdy! Kocham cię, stary dziadzie. I choćbyś miał być już słabszy, to trudno będziemy się wspierać. Dasz sobie czas na powrót do zdrowia, a ja ci będę dopingować.

I tak robili. Na urodziny Marcin urządziła mu imprezkę bez procentów, przyszli najbliżsi, pograli w planszówki, posiedzieli, pośmiali się szczerze.

Wieczorem Marta z Jankiem usiedli sobie na werandzie, popatrzyli na gwiazdy, ona się do niego przytuliła i wtedy pierwszy raz od miesięcy poczuł, że jednak życie wraca do normy, że się jeszcze podniesie.

Co się tak usmiechasz, Janku? mruknęła Marta.
Bo jestem szczęśliwy powiedział prawie szeptem.

A ona pocałowała go w policzek i wyszeptała:

No, w końcu.

I byli szczęśliwiJanek zamknął oczy, słuchając świerszczy za płotem i śmiechu dzieci sąsiadki. Powietrze pachniało mirtem, który zakwitł w ogródku, i rozgrzaną ziemią. Przez chwilę wszytko było proste nie czuł bólu w boku ani strachu o to, co będzie. Była Marta, jej dłonie ciepłe, miękka chusta otulająca ramiona i dom, który znowu miał sens.

Za chwilę dołączyła do nich Ewa przyniosła kompot wiśniowy i zawołała:

No, wy staruszkowie! Tyle razem przeszliście, a ciągle śpicie na tej swojej werandzie!

Zdarza się, że życie niknie na chwilę za mgłą codziennych trosk, ale potem przychodzi taki wieczór i człowiek wie, po co to wszystko. Janek chwycił Martę za rękę i tylko skinął głową tyle mu wystarczyło.

W końcu Marta spojrzała w gwiazdy i wyszeptała:

Wiesz co? Ja już nie muszę mieć wszystkiego Wystarczy, że jesteśmy my. Dom, ogród, trochę śmiechu, trochę cienia. To szczęście.

A Janek odpowiedział cicho, z uśmiechem:

To chyba jest właśnie to coś, Martusiu. Tylko trzeba to dostrzec, zanim przeminie.

I tak siedzieli, wtuleni w siebie pod letnim niebem, pewni, że czas choćby chciał ich rozdzielić tego wieczoru był po ich stronie. A Marta po raz pierwszy od lat poczuła, że życie jest jednak sprawiedliwe. Przynajmniej dziś.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwadzieścia − siedemnaście =

Ziemię wyrównał, Marcie klomby z kwiatami założył, altanę zbudował. W domu również czuć było mocną, …