**Dziennik**
Dzisiaj był ciężki dzień. W gabinecie notariusza rozegrała się prawdziwa burza. Krzysztof, mój szwagier, trząsł testamentem przed nosem pani mecenas, krzycząc:
– Jak to rozumieć? Dom dla zięcia, działka dla zięcia, samochód dla zięcia! A ja, rodzony syn, dostaję tylko garaż i narzędzia ogrodowe? To jakaś pomyłka!
Pani notariusz westchnęła, poprawiła okulary i odpowiedziała spokojnie:
– Panie Krzysztofie, proszę się uspokoić. Ojciec miał prawo rozporządzać swoim majątkiem tak, jak uznał za słuszne.
– To niesprawiedliwe! – głos Krzysztofa załamał się. – Wojtek ożenił się z moją siostrą pięć lat temu, a ma więcej niż ja!
Wojtek siedział w kącie, zaciśnięte pięści zdradzały jego napięcie. Był blady, oczy miał zaczerwienione. Milczał, ale widać było, że ta sytuacja boli go tak samo.
– Przestań krzyczeć – odezwała się Weronika, moja żona i siostra Krzysztofa. – Tatuś wiedział, co robi.
– Ty też się zamknij! – warknął Krzysztof. – Twój mąż pewnie namówił go, gdy był słaby.
Wojtek zerwał się z krzesła.
– Powtórz to jeszcze raz – jego głos stał się niebezpiecznie cichy.
– Powtórzę! – Krzysztof odwrócił się do niego. – Wykorzystałeś chorego staruszka! Uwierzył w twoją troskę, a ty tylko czekałeś na spadek!
– Krzysztof! – Weronika stanęła między nimi. – Jak śmiesz? Wojtek opiekował się tatą dzień i noc, gdy leżał w szpitalu. A gdzie byłeś ty?
– Pracowałem! Mam rodzinę, dzieci! Nie mogę rzucić wszystkiego!
– A Wojtek mógł? – Weronika zbliżyła się do brata. – On ma swoją pracę, swoją rodzinę! A jednak brał zwolnienia, przychodził, pomagał!
Notariusz stuknęła długopisem w stół.
– Proszę o spokój. Testament jest ważny, potwierdzony przez lekarzy. Pan Jan był w pełni świadomy swoich decyzji.
Krzysztof chwycił dokument i czytał na głos:
– Mieszkanie w Warszawie – Wojciech Marek Kowalski. Działka w Konstancinie – Wojciech Marek Kowalski. Samochód – Wojciech Marek Kowalski. A dla Krzysztofa Jana Nowaka – garaż i narzędzia! I dwadzieścia tysięcy złotych! To ma być sprawiedliwość?!
Notariusz dodała cicho:
– Pan otrzymał także te dwadzieścia tysięcy.
– Dwadzieścia tysięcy! – Krzysztof zaśmiał się gorzko. – Mieszkanie warte pół miliona, działka drugie tyle, samochód prawie nowy! A ja mam dostać ochłapy?!
Wojtek w końcu się odezwał:
– Krzysztof, ja nigdy nie prosiłem pana Jana o nic. Gdy mówił, że chce zmienić testament, odradzałem mu to. Mówiłem, że wszystko powinno iść do dzieci.
– Tak, na pewno! – Krzysztof prychnął.
– A co odpowiedział tata? – spytała Weronika.
Wojtek westchnął.
– Powiedział: „Wojtku, Krzysztof to moja krew, ale ty stałeś mi się bliższy. On przychodzi tylko wtedy, gdy czegoś potrzebuje. A ty po prostu jesteś.”
Krzysztof zbladł.
– To nieprawda.
– Prawda – potwierdziła Weronika. – Słyszałam to. Tatuś bolał, że tak rzadko go odwiedzasz.
– Mam obowiązki! Nie wszyscy mogą sobie pozwolić na ciągłe wizyty!
– Nikt nie zmuszał Wojtka – odparła Weronika. – Robił to z miłości.
Zapadła cisza. Notariusz zbierała papiery, wyraźnie chcąc jak najszybciej skończyć tę przykrą scenę.
– Zaskarżę testament – oznajmił w końcu Krzysztof. – Udowodnię, że tata nie był przy zdrowych zmysłach.
– Proszę bardzo – Wojtek wzruszył ramionami.
– Krzysztof, opamiętaj się – błagała Weronika. – Czy pieniądze są warte naszej rodziny?
– Łatwo ci mówić! Twój mąż ma wszystko, a ja? Całe życie liczyłem na ten spadek! Chciałem kupić większe mieszkanie, dobI wtedy Weronika ujęła brata za rękę i powiedziała cicho: „Pamiętasz, jak tata zawsze powtarzał, że prawdziwy skarb to nie majątek, ale ludzie, którzy przy tobie zostają, gdy wszystko inne odchodzi”.



