Zielona Góra, rok 1983. Krzysztof Kowalczyk dorastał jako spokojny i rozważny chłopiec. Rodzice nie szczędzili niczego dla swojego jedynaka, płacąc za liczne zajęcia dodatkowe, by wyrósł na wszechstronnie wykształconego człowieka. Chłopak trenował judo, grał w szachy, a talent plastyczny rozwijał w szkolnym kółku malowania. Gdy podrósł, zaczął uczyć się gry na gitarze.
Koledzy z klasy zabierali dziewczyzny do kina, popijali tanie wino i ćpali papierosy za garażami, podczas gdy Krzysztof w swoim pokoju przerzucał chwyty gitarowe, nagle zachrypiając w trakcie śpiewu.
Rodzice marzyli o świetlanej przyszłości syna. W małym miasteczku na Ziemi Lubuskiej, gdzie mieszkało ledwie piętnastu tysięcy ludzi, nie było dla niego perspektyw. Po maturze, dzięki znakomitym wynikom, dostał się bez problemu na wymarzone studia informatyczne na Politechnice Wrocławskiej.
Na dzień przed rozpoczęciem roku był już w drodze do ciotki. Ojciec odwiózł go nowiuteńkim Polonezem, z drogim jak na owe czasy komputerem w bagażu. Ciotka mieszkała we Wrocławiu od śmierci męża – dzieci się zresztą dawno wyprowadziły, mają własne rodziny. W akademiku za dużo zamętu i pokus, które mogłyby ograniczyć pilność w nauce. Matki nie zabrali, by nie urządzała długich pożegnań ze łzami. Ojciec zostawił synowi trochę złotówek na pierwsze tygodnie i odjechał.
Po raz pierwszy w życiu Krzysztof był zdany tylko na siebie. Ciotka mało interesowała się jego sprawami – pilnowała jedynie, by chłopak miał co jeść i nie wracał zbyt późno do domu.
Koledzy z roku, gdy tylko wyrwali się spod kurateli rodziców, rzucili się w wir imprez i często opuszczali wykłady. Krzysztof trzymał się na uboczu – nigdy nie miał przyjaciół, a na słabo zorganizowane melanże też nie był stworzony. Od pierwszego dnia jego uwagę przykuła jednak Weronika, piękna blondynka.
Chłopaki szeptali, że Weronika wybrała studia zdominowane przez mężczyzn tylko po to, by dobrze wyjść za mąż. Uczyła się słabo, ale wykładowcy rzadko stawiali jej niedostateczne. Takiej dziewczynie nauka nie była potrzebna – wystarczyło, że miło było na nią patrzeć, tłumaczyć jej zagadnienia, pochylać się nad jej błędami, muskając przy okazji ramię.
Ale Weronika nie miała braku adoratorów. Krzysztofa nazywała kujonem i ignorowała. O czym z nim gadać? O gitarze, szachach czy nudnej informatycznej paplaninie? Chłopak w każdej mierze nie pasował do jej światPo latach, gdy już spotkali się przypadkiem na starówce we Wrocławiu, Krzysztof zrozumiał, że zemsta nigdy nie była warta tych wszystkich lat goryczy, a Weronika w końcu dostrzegła w jego oczach to, czego nie widziała jako młoda, niedojrzała dziewczyna.



