Zdrada własnych dzieci Daszka po raz kolejny patrzyła z zachwytem na swojego brata i siostrę. Jacy…

Zdrada rodzonego rodzeństwa

Dziunia znowu z podziwem patrzyła na brata i siostrę. Jacy oni byli piękni! Wysocy, ciemnowłosi, o śnieżnobłękitnych oczach. Znowu zdobywali nagrody tym razem w kolejnych zawodach. Dziunia zerwała się, by być pierwsza, przyklęknęła lekko na prawą nogę i pognała w ich stronę. Uplotła dla braciszka i siostry dwa zajączki w spódniczce i w kraciastych portkach. Chciała im je wręczyć.

Dziunia była niezdarna, bardzo pulchna, z rzadkimi włosami uczesanymi trochę byle jak, a na ustach miała rozbrajający uśmiech. Jadwiga i Michał nawet nie spojrzeli w jej stronę, udając, że jej nie widzą. Dziunia z całych sił przedzierała się przez tłum.

Przepraszam, przepuśćcie mnie, to mój brat i siostra! Proszę! wołała radośnie.

Jadwiga, patrz! Jakaś gruba dziewczyna krzyczy, że jest waszą siostrą. To serio? zapytała zdziwiona blond dziewczyna, Ela.

Jadwiga ledwo zerknęła za siebie i zobaczyła Dziunię.

O matko Ta gruba się przylazła. Pewnie mama jej kazała. Co za wstyd! pomyślała.

Na głos powiedziała:

Nie, co ty! Ja mam tylko jednego brata, Michała.

No przecież, myślałam! Chciała się dosiąść do sławy. Darowała wam jakieś zabawki zachichotała Ela.

Może to nasza miejscowa fanka. Weź od niej te zające, Ela, i zaraz nas dogoń. My z Michałem idziemy na scenę powiedziała Jadwiga, posyłając całusa i chwytając brata za rękę, przedzierała się przez tłum.

Ela wzięła od Dziuni zajączki, obiecując, że przekaże.

Dobrze, będę czekać na was w domu! Upiekę drożdżówki! powiedziała dziewczynka, niezgrabnie człapiąc w swoją stronę.

Masz, przekazałam. Powiedziała, że będzie czekać w domu, drożdżówki upiecze. Sama jak drożdżówka. Jadwiga, jesteś pewna, że to nie wasza rodzina? Po co ona się do was ładuje? dopytywała Ela.

Nie! Nie znam jej. Wiesz, tu wszyscy się pchają, może do sławy blisko chcą. No już, idziemy! rzuciła wyrzucając zajączki do kosza i popędziła na scenę.

Okłamała przyjaciółkę. Dziunia rzeczywiście była jej siostrą. Przyrodnią. Mama Jadwigi i Michała, Teresa Wojciechowska, przygarnęła Dziunię do domu po śmierci dalekiej kuzynki. Wracali z urlopu całą rodziną i została tylko Dziunia. Mała, z kontuzją.

Tak naprawdę Teresa była bardzo daleką krewną siódma woda po kisielu. Nazwiska nawet mieli inne. Bliższa rodzina się wypięła. A ona przyjęła Dziunię po awanturze w domu, bo mąż i dzieci darli się wniebogłosy na wieść o nowej siostrze.

Mamo, nie bierz jej do nas! Jest gruba, utyka, głupiutka. Nawet iść z nią obciach!

Dzieci, szkoda mi dziewczynki. Sama została. Zwierzaki się bierze do domu, nie mówiąc o człowieku, a co dopiero o dziecku! Przecież nie będzie nam zawadzała, mamy duży dom przekonywała Teresa.

Po wielu protestach się zgodzili. Teresa była kierowniczką sklepu i to ona przynosiła do domu pieniądze. Ojciec był jej zastępcą i generalnie nie przemęczał się za bardzo, a na boku miał zawsze jakieś romanse. Teresa chyba wiedziała, ale milczała jej Marian był przystojny jak z żurnala, dzieci w niego się wdały.

Dziunia rosła, taka trochę śmieszna jasne włosy, niebieskawe oczy jak u rodzeństwa, ale jakby całkiem przejrzyste.

Ma oczy jak mleko z atramentem. Grubaska! śmiała się Jadwiga.

Dziunia była jak pączek. Pulchniutka, urocza, z dołeczkami w policzkach. Bardzo dobra.

Tylko, że zawsze bawiła się sama. Brat i siostra nie wpuszczali jej do swojego świata. Zresztą, często dostawało się jej za cudze winy. Michał rozwalił kryształowy wazon biegnąc, Jadwiga zerwała mamie modny sweterek i wszystko zwalili na Dziunię.

A ona nigdy się nie buntowała. Tylko kiwała głową i przepraszała. Wiedziała kto zbroił, nie chciała jednak, żeby mama gniewała się na rodzeństwo. Bo oni byli tacy piękni.

Nawiasem mówiąc, Teresa, matka Jadwigi, nie krzyczała na Dziunię. Ale ojciec owszem.

Po coś ty przygarnęła do domu to straszydło! Gości mi wstyd. Nawet normalnie chodzić nie potrafi, waży jak cielak. Syn i córka uroda sama, a ty na kontrast wzięłaś jakiegoś dziwoląga. Inni by się dwa razy zastanowili, a ty Opiekujesz się dziwactwem, komu ona potem będzie potrzebna, jak podrośnie? Straszydło! krzyczał Marian.

Dziunia podsłuchiwała za drzwiami. Potem patrzyła w lustro. Nie lubiła swojego odbicia. Chciałaby być jak Jadwiga i Michał. Ale

Do szkoły poszła gdzie indziej rodzeństwo wymusiło, zapowiadając, że inaczej będą uciekać z lekcji i przestaną dobrze się uczyć. Teresa musiała się zgodzić. Widziała, że ten delikatny most, który próbowała zbudować między dziećmi, ledwo się trzymał i nie potrafiła tego zmienić.

Czas płynął. Michał i Jadwiga wyjechali na studia. Dziunia poprosiła, by mogła zostać w domu.

Córeczko, możesz studiować gdzie chcesz, wszystko zapłacę! Chcesz być projektantką, tłumaczką, kim tylko zapragniesz, Dzuniu? pytała ją Teresa, tuliła do siebie.

Dziunia jak kotek przytuliła się do policzka mamy i objęła ją. Od razu Teresa poczuła się lepiej. Rodzone dzieci czasem rzuciły całusa matce byle jak. Jakoś z nimi brakowało tej ciepłej bliskości, którą odczuwała przy Dziuni.

To ona zawsze czekała na nią z pracy. Gdy wracała Teresa, nawet późno, Dziunia czekała na podwórzu albo na pufie w korytarzu. Mąż i dzieci pochłonięci swoimi sprawami, nawet nie schodzili, „cześć” nie powiedzieli. Gdy Teresa spróbowała coś powiedzieć, Jadwiga zarzuciła jej:

Mamo, mamy swoje zajęcia. Ta głupia czeka jak psiak pod drzwiami, bo nie ma nic lepszego do roboty! I o niczym nawet nie marzy.

Dziunia podniosła na matkę te swoje przezroczyste oczy.

Mamusiu, czy mogę leczyć zwierzęta? Psy, koty, chomiki, prosiaczki Chcę być weterynarzem. Tu mogę się uczyć.

W sumie to było logiczne Dziunia zawsze przynosiła do domu jakieś znajdy, wyciągała kociaki, psiaki z tarapatów. Leczyła, szukała im domów. Jednego psa dużego, kudłatego, wszyscy nazywali „Burek” zostawili na stałe. Jadwiga protestowała, bo chciała rasowca, ale Teresa stanęła za Dziunią.

Tak sobie żyli. Wkrótce Teresa przez zdrowie musiała przestać pracować. Gdy Marian zobaczył, że kasa w rodzinie się kończy, zwiał do przyjaciółki żony, właścicielki salonu fryzjerskiego.

Dzieci, gdy przyjeżdżały, najbardziej interesowały się pieniędzmi mamy. Szczęście, że trochę oszczędności się nazbierało. Przy Dziuni została już tylko ona, codziennie szykująca jej smakołyki, masaże, ziołowe napary. Wieczorami obie siedziały pod jabłonią i piły herbatę. Nikt wtedy na świecie nie był szczęśliwszy od Dziuni.

Jadwiga i Michał założyli rodziny. Matka obojgu pomogła przy zakupie mieszkań. I nagle spadł grom z jasnego nieba. Syn przyjechał nad ranem, prawie zapłakany: jest zadłużony po uszy. Trzeba spłacić bardzo dużą sumę.

I co teraz? Skąd tyle wziąć?! Pytałam ojca? Nie ma nic, zresztą skąd miałby mieć. Synku, nawet oddając wszystko, nie zbiorę nawet dziesiątej części. Co teraz?! Teresa złapała się za głowę.

No to już, mamusiu, koniec ze mną uśmiechnął się Michał.

Jak to? Co ty wygadujesz? matka tuliła go rozpaczliwie.

Michał podsunął rozwiązanie: sprzedać dom. Wtedy wystarczy na spłatę.

Ale synku A ja i Dziunia? Gdzie my się podziejemy? zapytała zszokowana matka.

Co mnie obchodzi ta gruba głupia? Dorośleje, niech zarabia na siebie. Mama zamieszka ze mną! Agatka się ucieszy! Michał szeroko się uśmiechnął.

Agatka była jego żoną. Teresa miała jednak silne podejrzenia, że z radością jej nie przyjmie. Ale nie protestowała długo. Synuś do ratowania! Postawiła tylko warunek: idzie z nią Dziunia. Michał niechętnie się zgodził. Ale Dziunia potem podeszła do mamy:

Mamo Ty jedź sama. Ja zamieszkam z kimś, kogo znam. Spotykamy się, zapraszał mnie już dawno. Naprawdę, nic się nie martw!

Jak to Kto to? Muszę cię poznać! Dziunia, czemu milczałaś? ucieszyła się Teresa.

Potem się poznacie. Mamusi, nie martw się! przytuliła ją mocno.

Michał aż odetchnął nie musiał konsultować się z Jadwigą, jak pozbyć się Dziuni.

Oszukała wszystkich. Nikogo nie miała. Po prostu wyczuła duszą, że nikt jej tam nie chce. Mama by się denerwowała, a i tak już słaba. Dziunia nie chciała jej martwić. Bo kochała ją jak nikogo na świecie.

Znalazła sobie pokój na wynajem, przez ogłoszenie, w domu pana Stefana. Starszy pan był sam, ze zwierzyńcem: kury, kozy, prosiaki. Z Dziunią od razu się dogadali. Dowiedział się, że jest weterynarzem, ucieszył się jak dziecko, postanowił nawet nie brać opłaty. Dziunia nalegała, więc chociaż od czasu do czasu wpychał jej pieniądze do torebki.

Wszystko się układało. Miała dach, pracę, szacunek ludzi. Zwierzęta ją kochały! Nie bały się, nie wyrywały. Na każdego miała dobre słowo, po zabiegu częstowała przysmakami kupionymi za własną pensję.

Masz, Burku, kochany. Zobacz, co Dziunia przyniosła! Nie bój się, malutki. Kropelki już podane. Zadzwońcie, jakby coś! mówiła klientom.

Oj, złocista z ciebie dziewczyna! Tak dobrze się tu czujemy! kiwała głową pani Anna, właścicielka pięknego kota Filemona.

Dziunia kwitła, tylko serce się trwożyło. Jak tam mama? Dzwoniła często, coraz trudniej jednak było rozmawiać. W końcu to Michał podnosił słuchawkę i szorstko oświadczał, że mama odpoczywa.

Nie wiemTęsknię strasznie. Pół roku jej nie widziałam westchnęła Dziunia, popijając herbatę z panem Stefanem.

A czemu nie pojedziesz? Chodź, pojadę z tobą! Mam choć starego Poloneza, ale jeździ! Prawo jazdy mam! zachęcił ją pan Stefan.

Ucieszyła się. Znała adres Michała. Pojechali, długo stukali. W końcu otworzyła im wysoka blondyna w szlafroku, przeciągnęła się ziewając.

Czego?! Sprzedajecie coś? Nie kupujemy! i próbowała zatrzasnąć drzwi.

Pani pewnie Agata? Żona Michała? domyśliła się Dziunia.

Tak A wy kto? zapytała z niezadowoleniem.

Jestem Dziunia! Siostra jego! Dziunia próbowała przejść, ale Agata stanęła w przejściu.

Aha I po co ci tu? Idę na zabieg kosmetyczny, nie mam czasu podniosła brew Agata.

Tylko na moment. To pan Stefan, jest ze mną. Gdzie mama? Chciałam ją odwiedzić, zaraz wyjdę, nie będę przeszkadzać.

Już jej tutaj nie ma. Michał odesłał ją. Do domu opieki. Bo całkiem się położyła. Kto miał się nią zajmować? On pracuje, ja mam swoje sprawy. Gdzie? Nie wiem, nie byłam tam. Zaczekaj, zadzwonię Halo, Michał? Przyszła ta Dziunia, z takim dziadziem. Potrzebują adres Dobrze. To zapiszę na kartce. I już więcej tutaj nie przyjeżdżajcie! rzuciła i zatrzasnęła drzwi, zostawiając im karteczkę.

Dziunia tego nie słuchała. Złapała kartkę i z panem Stefanem pobiegli na dół.

Jak to możliwe czemu mi nie powiedzieli? PrzecieżCo za los. No tak, mieszkania własnego nie mam, może dlatego Ale bym coś wymyśliła szeptała.

A co! Mamusia mogła do nas! Ja mam wielki dom, pokój pusty! Obowiązkiem było zadzwonić! oburzał się pan Stefan.

Pojechali. Czy to naprawdę przy tej wychudzonej starszej pani z zapadniętymi oczami jest jej mama? Zawsze była krzepka, pogodna, wszystko ogarniała. Teraz bez sił leżała, patrząc w sufit.

Mamo! To ja, Dziunia! Mamciu, wybacz, że nie przyjeżdżałam! Myślałam Mamusiu, nie ma dla mnie usprawiedliwienia! Słyszysz mnie, zabieram Cię! Pojedziemy do domu, do pana Stefana! Ma kury, będę robiła Ci jajecznicę! Kozie mleko, zaraz wstaniesz! Mamusiu, nie milcz, ja Ciebie kocham!

Pojedziemy do domu, mamusiu! płakała trzymając dłoń Teresy.

Udało się ją zabrać. Po dokumentach Dziunia była córką, a pan Stefan zagrał kartą frontowca i straszył generałem, jak nie oddadzą im Teresy. Bo Michał postarał się, by mamę tam umieścić na stałe

Teresa dziesiątego dnia wstała, podeszła do okna. Na podwórku Fela tuczka godnie przechadzała się, kogut pieł. Pachniało świeżą trawą, mlekiem, a w kuchni drożdżówką, którą Dziunia piekła. Dziewczyna wbiegła do pokoju, wciąż utykając, i zobaczyła płaczącą mamę. Nieporadnie do niej podeszła, objęła i przepraszała, że tak długo nie przyjeżdżała. Prosiła o wybaczenie, że teraz będzie musiała z nią mieszkać, a nie z pięknymi, popularnymi dziećmi.

Teresa milczała, mocno tuląc Dziunię do siebie. Jakby znowu widziała tą śmieszną, małą dziewczynkę. Nie z krwi, ale z serca. Tą jedyną, która została przy niej u schyłku życia, gdy uroda i sukces rodzonego rodzeństwa wyparowały razem z ich wdzięcznością.

Nic, Dziunia. Teraz już wszystko będzie dobrze. To nic, córeczko szeptała Teresa.

Dziewczyny! No, co z herbatką? wszedł pan Stefan.

Śmiejąc się, poszli wszyscy razem do kuchni. Po nową, lepszą codziennośćW kuchni słońce wpadało przez niedomknięte okno i tańczyło złotymi plamami po okruszkach ciepłej drożdżówki. Dziunia rozłożyła obrus w niebieskie kropy, poodstawiała kubki i nalała wszystkim mleka, które jeszcze parowało słodkawym zapachem. Pan Stefan opowiadał swoje wojenne przygody, czasem zmyślając, żeby rozśmieszyć Teresę. Po raz pierwszy od dawna kobieta nie płakała już z bezsilności, lecz ze wzruszenia, przyglądając się dziewczynie, która była jej wszystkim.

Dziunia patrzyła na matkę i czuła, że nie musi być piękna jak Jadwiga ani przebojowa jak Michał. Miała swoją wartość czułość, miłość i ręce, które potrafiły otoczyć troską nie tylko ludzi, ale i każde stworzenie na tym świecie.

Kiedy ogród lipami rozbrzmiewał już popołudniowym śpiewem ptaków, Teresa ścisnęła dłoń córki i powiedziała, z tym swoim dawnym, ciepłym uśmiechem:

Dziecko, tyle lat żyłam patrząc na tych, którzy świecili w blasku. A teraz widzę światło najbardziej potrzebne jest tam, gdzie cicho, w środku, przy sercu.

Dziunia usiadła tuż obok niej, oparła głowę na jej ramieniu. Pan Stefan mruknął coś pod nosem i wyszedł na ganku zagwizdać na kozy. A Dziunia, z zamkniętymi oczami, poczuła, jak cichy dom i ogród wypełnia się sensem. Znów, jak za dawnych lat, wiedziała, że to właśnie tu, w tej prostocie, jest jej miejsce. W kuchni zostały dwie szczęśliwe kobiety zwyczajne, choć dla siebie najpiękniejsze na świecie.

A gdy wieczorem zapach drożdżówek zmieszał się z lipowym wiatrem, Dziunia po raz pierwszy pomyślała z nadzieją: Może już zawsze będziemy razem. I w tym domu od tej pory zawsze ktoś czekał z otwartym oknem i gorącym ciastem. Bo prawdziwe szczęście czasem przychodzi cicho, niepozornie, w zwykłym uścisku dłoni.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

4 × dwa =

Zdrada własnych dzieci Daszka po raz kolejny patrzyła z zachwytem na swojego brata i siostrę. Jacy…