Kajetan leniwie rozciąga się na kanapie, wpatrzony w kolejny odcinek serialu, gdy do pokoju wchodzi ojciec. W jego głosie nie ma śladu wątpliwości:
— Synu, musimy porozmawiać.
— No to gadaj — Kajetan nawet nie odrywa wzroku od ekranu.
— Była u mnie twoja żona. Mówi, że ostatnio dziwnie się zachowujesz. Masz jakieś problemy?
— Wszystko gra — macha ręką Kajetan.
— Gra? — Andrzej milcząco sięga po tablet ze stołu, otwiera zdjęcie i przekręca ekran w stronę syna. Kajetan patrzy — i zamiera.
Kiedyś Andrzej i Kinga byli wzorem miłości — razem założyli firmę, razem szli przez życie, ale dopiero w wieku trzydziestu ośmiu lat doczekali się upragnionego syna. Kajetana rozpieszczano, hodowano bez dyscypliny. Wyrosł na egoistę, lenia i utracjusza.
Skończył studia tylko dzięki rodzinnym pieniądzom i od razu ogłosił, że jest zmęczony. Pracować nie chciał, tłumacząc, że „i tak ma z czego żyć”.
Andrzej nalegał na samodzielność, ale Kinga broniła syna:
— Niech odpocznie. Jeszcze się w życiu napracuje.
Mąż tylko machnął ręką, widząc, że z syna nic nie będzie.
Kajetan żył bez celu. Imprezy, zagraniczne wyjazdy, ciągła zmiana dziewczyn. Rozbił drogą brykę podarowaną przez rodziców — sam wyszedł cało, ale matka dostała zawału i po roku zmarła. Jej śmierć oznaczała koniec jakiejkolwiek kontroli nad Kajetanem. Zaczął opróżniać konto matki, nawet się z tym nie kryjąc.
Potem przyprowadził do domu nową partnerkę — Julię. Młoda, krzykliwa, bezczelna. Ojciec od razu wyczuł, że to źle się skończy. Próbował przemówić synowi do rozumu:
— Zosia to dziewczyna dla ciebie. Rozsądna, spokojna, rodzinna. Kocha cię od dzieciństwa.
— Zosia to nuda — odparował Kajetan. — Julia to jazda.
Ale jazda szybko zmieniła się w katastrofę. W domu zorganizowali huczną imprezę, wszystko przewrócone do góry nogami, gosposia w łzach, ojciec wściekły.
— Alberz się ogarniesz, albo wyprowadzacie się.
Kajetan odpowiedział z butą:
— Nie mogę w swoim domu przyjąć gości?
— To mój dom — spokojnie odparł Andrzej. — Ty masz tylko mieszkanie. Idź tam — i hulaj, ile chcesz.
Syn wyszedł, ale dalej wyciągał pieniądze z konta matki. Okazało się, że Julia była z nim nie z miłości. Po kilku latach skończyły się pieniądze, a nawet sprzedali mieszkanie, by spłacić długi. Potem Julia zniknęła z innym mężczyzną, zostawiając Kajetana z niemowlęciem na rękach.
Wrócił więc — z półrocznym Szymonem na rękach, blady, wynędzniały, upokorzony.
— Nie mam gdzie iść — wyszeptał.
Ojciec go przygarnął. Ale postawił trzy warunki: wziąć się w garść, znaleźć pracę i ożenić się… z Zosią.
I Zosia się zgodziła. Przez te lata pozostała wierna swoim uczuciom. Pokochała chłopca jak własne dziecko, a test DNA potwierdził: Szymon to prawdziwy wnuk Andrzeja.
Przez trzy lata w domu panował spokój. Kajetan wydawał się odmieniony. Pracował, nie imprezował, poświęcał się rodzinie. Ale potem znów się zmienił. Zaczynał znikać wieczorami, miał huśtawki nastrojów. W końcu ojciec postanowił sprawdzić, co się dzieje — zlecił ochronie śledzenie syna. I dostał zdjęcia: Kajetan spotykał się z Julią.
— Po co się z nią widywałeś? — zapytał Andrzej, rzucając przed synem tablet.
— To matka mojego syna — odpowiedział Kajetan.
— To źródło twoich nieszczęść. Nie podchodź do niej. I niech ona zapomni drogę do naszego domu. Dopilnuję, by odebrano jej prawa.
Po tygodniu Kajetan zniknął. Ostatni raz widziano go, gdy wsiadał do samochodu z Julią.
Andrzej nie przeżył tej zdrady. Zosia i Szymon byli przy nim w ostatnich dniach. A Kajetan… Pojawił się dopiero po czterech miesiącach — opalony, wypoczęty, z Julią u boku.
— Cześć — powiedział z uśmiechem do Zosi. — A ty taka sama. Przyjechaliśmy w sprawie spadku.
— Niepotrzebnie. Wszystko już dawno załatwione — odparła Zosia. — Szymonie, idź na górę. Muszę porozmawiać z ojcem.
Chłopiec posłusznie wyszedł. A Zosia, nie tracąc zimnej krwi, oznajmiła:
— Wszystkie nieruchomości należą do mnie i Szymona. Prawnie jestem jego matką.
— Co? — Julia i Kajetan oniemieli.
— Wszystko jest uregulowane. Wasze prawa są unieważnione. Nic nie dostaniecie.
— Ale my jesteśmy rodzicami! — wściekła się Julia.
— Nie. Rodzice to ci, którzy są przy dziecku — cicho powiedział Szymon ze schodów. — Zosia to moja mama. A wy jesteście nikim.
Ochrona w milczeniu wyprowadziła nieproszonych gości. Kajetan zrozumiał — przegrał. Jak zawsze.



