Zdrada

Koniec września był ciepły i suchy. Wkrótce miało się ochłodzić, a powietrze wypełnić się wilgocią jesiennych deszczów. Pogoda bywała kapryśna. „Muszę koniecznie pojechać na działkę, bo jak zaczną padać, droga rozmięknie i nie da się tam dostać aż do mrozów” – westchnęła Weronika i po raz kolejny wybrała numer męża.

– Weroniko Markowo, czy mogłabym wyjść godzinę wcześniej? Mama prosiła, żeby ją zawieźć na działkę – bukhalterka Kinga uniosła brwi w słodkim geście, patrząc błagalnie na szefową.

– Ja też chętnie bym wyszła. Dobrze, ale w poniedziałek masz być na czas. I żadnych zwolnień. Rozumiesz? Bo więcej nie puszczę – powiedziała Weronika, udając surowość.

– Dziękuję pani bardzo, Weroniko Markowo. Przyjdę punktualnie, obiecuję – brwi Kingi natychmiast się wyprostowały, a oczy zabłysły. Podbiegła do szafki, złapała kurtkę i wymknęła się z gabinetu.

„No proszę, przyszła się wymigać, a już komputer wyłączony i torebka przy boku. Spryciula. Wiedziała, że ją puszczę. Ale gdzie jest Jan?” – Weronika znów wykręciła jego numer, znów usłyszała mechaniczny głos: „Abonent czasowo niedostępny”. – Nic, jutro nie wymiga się, jak Boga kocham, pojedzie na działkę. Mama niedługo ma urodziny, trzeba przywieźć ziemniaki, słoiki z przetworami…

Odłożyła telefon, poruszyła myszką, by obudzić uśpiony komputer, i zagłębiła się w tabelę na ekranie.

Gdy zadzwonił telefon, ucieszyła się tak, że odebrała bez spojrzenia na wyświetlacz.

– Janek, czemu wyłączyłeś telefon? Dzwoniłam cały dzień…

– Przepraszam, tu komisarz… Nowak – przerwał jej obcy męski głos.

Było to tak niespodziewane, a nazwisko Nowak tak ją zmyliło, że pomyślała, iż się przesłyszała.

– Janek, gdzie jesteś? – spytała ostrożnie.

– Czy jest pani żoną Jana Witolda Zalewskiego? Jak mam się zwracać? – spytał męski głos.

– Weronika Marko… – zakrztusiła się i zaczęła kaszleć. – Proszę mówić Weronika. A gdzie Jan? – Serce już łomotało w piersi, wyczuwając coś złego.

– Czy mogłaby pani przyjechać do czwartego miejskiego szpitala? Będę czekał w izbie przyjęć – powiedział mężczyzna.

– P-po co do szpitala? Co się stało z Jankiem? – krzyknęła do słuchawki.

– Będę czekał – odpowiedział, a połączenie się urwało.

Weronika wykręciła nieznany numer, z którego właśnie dzwonił, ale był zajęty. Drżącymi palcami wodziła myszką po ekranie, nie trafiając w ikonę, by zamknąć plik. W końcu wyłączyła komputer, złapała torebkę, zerwała z wieszaka płaszcz i wybiegła z gabinetu.

W głowie wirowały obrazy, coraz straszniejsze: mąż miał wypadek, leży w śpiączce po operacji, albo już… „Nie, żyje, bo inaczej wezwaliby mnie nie do szpitala, a do kostnicy. Oczywiście, że żyje” – przekonywała siebie.

Nie mogąc ogarnąć, którym autobusem dojechać, stanęła na krawędzi jezdni, wyciągając rękę. Złapała prywatną taksówkę i w dziesięć minut biegła już po szpitalnych alejkach w stronę głównego budynku, spięta do granic możliwości.

– Jestem żoną Jana Zalewskiego… – krzyknęła, wpadając do izby przyjęć i łapiąc powietrze.

Zza biurka podniósł się wysoki mężczyzna około czterdziestki i podszedł do niej. Przedstawił się ponownie, ale Weronika traciła cierpliwość. Po co jej jego imię? Chciała tylko zobaczyć męża, upewnić się, że żyje, być przy nim.

– Proszę za mną – powiedział w końcu, wskazując drzwi wyjściowe.

Weronika wyszła na zewnątrz, nie rozumiejąc. Czy nie do każdego oddziału szpitala wchodzi się przez izbę przyjęć? Tymczasem mężczyzna obszedł budynek i skierował się ku niskiemu, ceglanemu budynkowi za głównym korpusem szpitala. Zatrzymał się przy drzwiach i odwrócił.

– Przepraszam, że nie powiedziałem od razu. Ludzie różnie reagują…

Wtedy Weronika spojrzała na niebieską tabliczkę przy wejściu: „Zakład Medycyny Sądowej…”. Zachwiała się, ale silna dłoń podtrzymała ją za łokieć, nie pozwalając upaść.

– Nie żyje? – zapytała nagle ochrypłym głosem. – Dzwoniłam cały dzień, chciałam pojechać na działkę, a telefon miał wyłączony.

– Tak, dzięki jego numerowi panią znaleźliśmy. Niech pani usiądzie. – Nowak podszedł z nią do drewnianej ławki, a ona opadła na nią. Nogi odmówiły posłuszeństwa.

– Dzwoniłam, a on już…

– Widzi pani, pani mąż dziś nie był w pracy – delikatnie powiedział komisarz.

– To niemożliwe. Miał kontrolę, sam mi mówił – Weronika nie pytała, rozważała na głos.

– Sąsiad z działki od rana widział samochód na waszej posesji. Zdziwił się, że przyjechaliście w dzień pracy. W południe postanowił wpaść, ale nikt nie otworzył. Na dzwonek pani mąż też nie zareagował. Waszego numeru nie miał. Poczekał chwilę i wezwał policję. Sam pani wie, na działkach zdarzają się włamywacze.

– Został zabity? – Weronika już nic nie rozumiała.

– Nie, nie ma śladów przemocy. Według wstępnej opinii lekarza, pani mąż zatruł się czadem.

– Moment, wujek Wiesiek myślał, że przyjechaliśmy razem. Więc widział z mężem kobietę? – Weronika patrzyła na komisarza zdezorientowana.

– Tak. Była z pani mężem. Agnieszka Anna Rakowska. To nazwisko pani coś mówi?

Weronika zamknęła oczy i potrząsnęła głową.

– To niemożliwe.

Było gorzej, niż myślała. Żyli razem dwadzieścia jeden lat. W listopadzie mieli rocznicę. Gdy znajomi i przyjaciółki rozwodzili się przez zdrady mężów, zazdrościli jej, Weronice. Bo Jan zawsze był wzorowym mężem i ojcem. Ona też tak myślała. Jakie to wstydliwe. Zakryła twarz dłońmi, kołysząc się w przód i w tył.

– Nie ma pani czego się wstydzić. Postaramy się uniknąć rozgłosu. Ale ktoś w jego pracyAle gdy w Nowy Rok, patrząc na uśmiechniętą Polę i Sławka, który z błyskiem w oku wznosił toast, Weronika zrozumiała, że czasem życie pisze najbardziej nieoczekiwane zakończenia, a serce potrafi odrodzić się jak wiosną przebiśniegi spod śniegu.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

osiem − 2 =

Zdrada