Zamierzając postawić wiosenną szopę w ogrodzie przy moim domu w Warszawie, postanowiłem nie załatwiać tego przez wielkie firmy budowlane. Wystarczyło mi jednego fachowca, który ogarnie podstawy konstrukcji.
Sąsiad skierował mnie do kolegi, który od lat zajmuje się wznoszeniem domów i pewnie poradziłby sobie z prostą szopą. Szczęście dopisało mężczyzna był wolny. Nie był zachwycony zamówieniem, ale jakoś udało mi się go przekonać.
Powiedział, że da radę skończyć w tydzień, co mi pasowało. W sobotę miał przyjść, obejrzeć teren, a w niedzielę kupić wszystkie potrzebne materiały. Rozmawialiśmy też o ciężkiej pracy od razu potrzebował pomocnika, ale obiecał, że znajdzie kogoś z grona znajomych.
Najważniejsze było to, że cały tydzień będę w Krakowie pracować, więc nie będę mógł być na miejscu podczas budowy. Dlatego zostawiłem mu klucz do domu do weekendu.
Piotr zapewnił, że wszystko ogarnie, bo jest solidnym fachowcem. Za swoje usługi zażądał wynagrodzenia, które nieco przewyższało moje początkowe założenia, ale zgodziłem się.
W sobotę wieczorem szopa stała gotowa dokładnie tak, jak sobie wymarzyłem, nie miałem żadnych zastrzeżeń. Piotrowi nie przytrafiły się żadne problemy, przynajmniej na tym etapie.
Jedyny haczyk: Piotr pożarł wszystko, co miałem w lodówce. Dwa kilogramy polędwiczek wieprzowych, dwadzieścia jaj, kilka kartonów mleka, sos i butelkę wina. Dla mnie to było nie do przyjęcia. Nie chodziło o współczucie dla jedzenia, po prostu nikt nie zapytał mnie, czy może sobie coś zachłapać. Czuli się, jakby to było ich prawo.
Policzyłem koszty wszystkich tych produktów i odciąłem je od jego pensji. To była tylko kropla w morzu, ale przynajmniej coś dało mi satysfakcję.
Piotr nie był zadowolony. Zapoczątkował kłótnię, twierdząc, że budowlańcy zawsze muszą być najedzeni i że to normalka w fachu. Dodał, że w trakcie pracy zdarzyły się chwile, kiedy musiał się bardziej wytężyć, ale ostateczna kwota się nie zmieniła.
Z jednej strony chciałem mu przyznać rację, z drugiej wciąż czułem, że dotrzymałem wszystkich warunków, które uzgodniliśmy, i że powinienem był być uprzedzony o takie budowlane przyzwyczajenia.
W rezultacie, szopa stoi, a ja mam lekcję następnym razem lepiej doprecyzować, kto i co może jeść, zanim zacznie się budować.



