Zazdroszczę mojej młodszej siostrze Karolinie do szaleństwa. Jej życie przypomina bajkę, w której jest księżniczką, a jej mąż spełnia wszystkie jej kaprysy niczym wierny rycerz. Ja natomiast czuję się jak znużona Kopciuszek, dźwigając na swoich barkach całą rodzinę, tonąc w zmęczeniu i bezsilności. Czasami wydaje mi się, że jestem najgłupszą i najbardziej nieszczęśliwą kobietą na świecie. Mój mąż, Marcin, jest ze mną od prawie dziesięciu lat. Przez ten czas przeszliśmy wiele: były chwile szczęścia, ale częściej – mroczne dni pełne prób.
Aktualnie przeżywamy jeden z najtrudniejszych okresów w naszym życiu. Rok temu Marcin postanowił zmienić pracę. Obiecywano nam złote góry: stabilny dochód, dobre warunki, świetlaną przyszłość. Ale rzeczywistość okazała się okrutnym żartem z naszych nadziei. Nowa posada okazała się prawdziwym piekłem, gorszym od poprzedniej, a Marcin teraz obwinia mnie, jakbym to ja wciągnęła go w tę przepaść.
— To ty chciałaś, żebym zmienił pracę? No to teraz jesteś zadowolona? — rzuca z sarkastycznym uśmiechem przy każdej okazji.
Ale kto mógł przewidzieć taki obrót spraw? Chciałam tylko, żeby się rozwijał, żeby nasza rodzina wreszcie wyszła z wiecznej biedy. Czy mogłam wiedzieć, że to się obróci przeciwko nam? Teraz toniemy w finansowym dołku. Moja pensja jest jedynym, co trzyma nas na powierzchni, ponieważ Marcinowi już od kilku miesięcy nie wypłacają pieniędzy na czas. Ledwo wiążemy koniec z końcem, a z każdym dniem ten ciężar coraz bardziej mnie przytłacza.
W zeszłą wiosnę zepsuł mi się telefon. Naprawa kosztowałaby prawie tyle co nowy sprzęt, więc postanowiliśmy odłożyć zakup. Przez kilka miesięcy męczyłam się ze starym tabletem, aż musiałam go oddać do lombardu. Złote ozdoby, które przypominały mi o lepszych czasach, także trafiły tam. Pieniądze były pilnie potrzebne, więc oddałam wszystko, co miałam. A rzeczy Marcina? Nie, ich nie ruszyliśmy – tylko moje poświęcenia poszły w ruch.
Karolina, moja młodsza siostra, zlitowała się nade mną i oddała mi swój stary telefon, żebym mogła jakoś pozostać w kontakcie. Starałam się ze wszystkich sił, żeby nasza rodzina nie głodowała. Tak, Marcin też pracuje, czasami łapie dorywcze zlecenia, ale robi to z takim oporem, jakbym go zmuszała do niewolniczej pracy. Każdego razu trzeba go niemal błagać na kolanach.
Niedawno mąż Karoliny, Paweł, wspomniał, że na Dzień Kobiet chciała najnowszy model iPhone’a. Poczułam, jak we mnie buchnęła żrąca zazdrość — uczucie, z którego się wstydzę, ale nie mogę go stłumić. Mieszkają w Gdańsku, tak jak my z Marcinem, ale u nich wszystko wygląda inaczej. Karolina manipuluje mężem, jakby był marionetką: on pracuje wieczorami jako taksówkarz, jeździ na delegacje, oszczędza pieniądze i we wszystkim jej dogadza. Jej pensja to jej osobisty skarbiec, który wydaje tylko na siebie. W zeszłym roku po prostu poszła do butiku i kupiła sobie luksusowe futro, bo tak chciała.
— Za mieszkanie, jedzenie i inne obowiązki odpowiada mężczyzna, — twierdzi z przekonaniem królowej.
Karolina jest prawdziwą pięknością. Inwestuje wszystkie swoje pieniądze w siebie: przedłużanie rzęs, idealny manicure, zadbane brwi, stylowe fryzury, modna odzież i inne kobiece przyjemności. Przy niej czuję się jak szara mysz — zaniedbana, zniszczona, niepamiętana. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam u fryzjera, a o manicure nawet nie wspomnę. Wszystko, co zarabiam, idzie na rodzinę, a Marcin nawet nie myśli o dodatkowej złotówce do domowego budżetu. Każde dodatkowe zlecenie lub zmiana w życiu jest dla niego jak wyciskanie soków z kamienia.
Niedawno dostałam pensję, a Marcin znowu zasugerował, że za mieszkanie i jedzenie trzeba będzie zapłacić z mojej kieszeni. Rozrywa mnie od środka z żalu: on nawet nie próbuje czegoś zmienić, nie stara się dla nas.
— Wiesz, jak jest z pieniędzmi, znów opóźniają wypłatę, — burknął, gdy zapytałam, co mi da na urodziny.
Ale jak tylko nie dostanie prezentu na święta, naburmusza się jak dziecko. Zawsze staram się go uszczęśliwić, znaleźć choćby drobiazg, żeby nie czuł się pominięty. A on? Nie oczekuję od niego drogich telefonów czy luksusowych niespodzianek — szczęście nie leży w pieniądzach. Ale nawet prostego gestu troski z jego strony się nie doczekam. On tego po prostu nie rozumie.
Myślałam, że nasze kłopoty są tymczasowe, że to tylko ciemny okres, który wkrótce minie. Ale teraz widzę, że to nie jest okres, to całe życie. Próbowałam rozmawiać z Marcinem, dochodziło do kłótni, ale on tylko wzrusza ramionami: „Opóźniają wypłatę, co mogę zrobić?”
— A gdybyśmy mieli dzieci, jak byśmy wtedy przeżyli? — zapytałam kiedyś z rozpaczą.
Zamilkł. A ja patrzę na Karolinę i zżera mnie zazdrość. Wstydzę się tych uczuć, ale są silniejsze ode mnie. Jej mąż nosi ją na rękach, obdarowuje prezentami, kupuje wszystko, co sobie zażyczy, a ja nadal używam jej starego telefonu, który oddała jako zbędny. Dlaczego jedne kobiety, jak Karolina, mają wszystko? Czy to kwestia szczęścia? Czy raczej mężczyzn? Dlaczego niektórym życie przypomina nieustanną celebrację, wystarczy tylko pstryknąć palcem, a moje to nieskończona szara monotonia?



