– Mamo, czyś ty zupełnie zwariowała?
Słowa córki uderzyły Lidię boleśnie, jak cios w splot słoneczny.
Ból.
Milcząco kontynuowała obieranie ziemniaków.
– Ludzie już palcami wytykają, że matka się zabawia, no dobrze, gdyby ojciec, on jest mężczyzną, ale tu matka! Kobieta! Strażniczka domowego ogniska! Wstyd ci nie?
Łza stoczyła się po policzku Lidii, zawisła na chwilę, by spaść na dłoń, za nią druga… wkrótce łzy płynęły już nieprzerwanie, a córka wciąż szalała.
Konrad, mąż Lidii, siedział na krześle z opuszczonymi ramionami i nadąsaną miną.
– Tata jest chory, co ty wyrabiasz? Potrzebuje opieki! – Konrad łkał. – Tak się postępuje? Mamo? On ci oddał całą młodość, razem go wychowaliście dziecko, a teraz co? Zachorował, a ty postanowiłaś mu dokręcić śrubę? Nie, moja droga, tak się nie robi…
– A jak się robi? – spytała Lidia.
– Co? Żartujesz sobie? Popatrz na tatę… ona sobie żartuje!
– Tylkona, Weroniko, traktujesz mnie jak wroga, nie jak matkę… A taty to się nagle uczepiłaś…
– Mamo! Co ty wygadujesz, czemu udajesz pokrzywdzoną? Nie mam już sił… zaraz zadzwonię do babci, niech ona się z tobą rozprawi, co za wstyd!
– Wyobraź sobie – zwróciła się do ojca Weronika – idę z uczelni, a oni… spacerują alejką, pod rękę… on jej wiersze recytuje, pewnie własne, co, mamo? O miłości, prawda?
– Jesteś zła, Weroniko, zła i głupia. Młoda, dlatego…
– Patrzcie ją! Ani odrobiny skruchy. Dobrze, dzwonię do babć, niech przyjdą i się z tobą rozmówią, my z tatą nie mamy już sił.
Lidia milcząco wyprostowała się, wygładziła fałdy na domowej sukience, strzepnęła niewidzialne pyłki. Wstała.
– Dobrze, kochani, idę.
– Gdzie, Lidko?
– Odchodzę od ciebie, Konradzie…
– Jak to „odchodzisz”, gdzie… A ja? Co ze mną?
Córka w tym momencie, rzucając matce złowrogie spojrzenia, emocjonalnie coś mówiła przez telefon.
– Wero! Weronika! – zawodził Konrad, jakby nad trumną.
– Co? Co z tatą? Plecy? Gdzie go boli?
– Oj, oj… Wero… ona… matka… odchodzi.
– Jak to „odchodzi”? Dokąd? Mamo, co ty znowu wymyśliłaś? Na starość?
Lidia uśmiechnęła się gorzko.
Spokojnie pakowała rzeczy do walizki. Już wcześniej chciała odejść, ale Konrad zachorował, nasiliła się rwa kulszowa, jak ten biedak cierpiał, jak jęczał…
– Liduś… chyba mam przepuklinę…
– Na rezonansie nic nie wyszło.
– E, tam, co ci lekarze wiedzą… Oni, słuchaj, specjalnie od razu nie mówią.
– Tak? A po co?
– No… żeby później więcej pieniędzy wyciągnąć. U nas w pracy u Kowalskiego tak samo… rwa kulszowa, maści, tabletki, a tu nagle… przepuklina, i to jakaś straszna, nazwa skomplikowana…
Wtedy Lidia nie odeszła, nie potrafiła zostawić biedaka.
Ale teraz…
– Ile jeszcze tego życia, Lidko? – usłyszała głos przyjaciółki Elżbiety. – Ty pracujesz dla nich jak niewolnik. Co dobrego dostałaś od Konrada? Nic! – Elżbieta uderzyła dłonią w stół. – Całą młodość się włóczył, jak pies… nawet tę… jak ją… fryzjerkę, cholera…
– Milenę.
– O, tak, Milenę, jak krowę na pastwisku, przypominasz sobie? Ty na dwóch etatach, jeszcze dorabiasz, a Konrad na kanapie. Konrad potrzebuje sanatorium, bo plecy go bolą, Konradek leci nad morze, a Lidia najpierw do teściowej, potem do mamy, czy odwrotnie? A to, że Lidia w wieku czterdziestu lat nogę wlecze, to nic, norma, tak?
– Elu – broniła wtedy Lidia – Konrad to…
– Co on? Z innej gliny? Aha… no tak, przecież to mężczyzna, święte zwierzę. Spójrz na innych facetów, oni się rozpadają, żeby rodzinie niczego nie brakowało. A u was odwrotnie – ty się zarzynasz, a ten… pasożyt.
– Elu – nieśmiało spojrzała na przyjaciółkę Lidia – zawsze chciałam cię zapytać… jakbyś nie lubiła Konrada… jakby ci coś zrobił. Całe życie unikasz go, na święta nie spotykamy się…
Lidia zadała pytanie, ale bała się odpowiedzi. A nuż wyzna, że coś kiedyś między nimi było…
– Dobrze, powiem…
Lidia zesztywniała.
– Nie mam powodu lubić twojego miernoty, rozumiesz? Całe życie pamiętam i nie zmyję tego z siebie, jak jego lepkimi łapskami po mnie łaził.
Pamiętasz, w młodości spałam jak zabita.
Obchodziliśmy jego urodziny na działce, więc zasnęłam, jeszcze z Michałem się spotykaliśmy.
Kazałaś mi się położyć w pokoju, trochę się wtedy napiłam. Obudziłam się, ciężko mi oddychać, a ten… swoim śmierdzącym łapskiem usta mi przygniótł, a drugą ręką po mnie łaził, do stanika wlazł, świntuch.
Jak ja się wtedy wyrwałam, dzięki temu mu pysk podrapałam. Wmawiał potem, że to kot obcy…
Wiesz, co najgorsze?
Jego matka leżała na sąsiednim łóżku i wszystko widziała, a potem mnie oskarżyła, że to ja go prowokowałam. Groziłam, że powiem tobie, a ona się śmiała, że i tak nigdzie nie pójdziesz…
A jak się poskarżę, ona tobie powie, że to ja do niego się rzucałam…
Więc wtedy wyjechałam. Bałam się, że nie wytrzymam, nie chciałam niszczyć twojej rodziny. Byłaś wtedy w ciąży z Weroniką.
Dlatego całe życie wychodzę, gdy on wchodzi, nie zostaję z nim sam na sam. Boję się o Michała, bo wiem – jak mu się poskarżę, rozjedzie twojego Konrada.
Bałam się stracić twoją przyjaźń, stanęłabyś po stronie męża…
W końcu się wygadała.
Lidia milczała…
Jak to? Przyjaciółka tyle lat znosiła… Lidii od dawna opadła zasłona z oczu, widziała, jak traktują swoje żony inni mężczyźni. Oni naprawdę byli mężami.
„Muszę się z Jankiem, Piotrkiem, Grzesiem, Staszkiem poradzić” – mówiły znajome kobiety.
Chwaliły się prezentami od mężów, wspólnymi zdjęOna spojrzała w lustro, uśmiechnęła się do siebie i pomyślała, że w końcu jest wolna.



