**Dziennik, 15 maja**
Halina Nowak wiedziała, że nigdy nie stanie się złą teściową. Była dobrą i wrażliwą osobą, a syna, Jacka, wychowała w duchu poszanowania dla jego przyszłej rodziny. Jacek nie był jej nic winien.
Gdy więc przyprowadził do domu narzeczoną, miłą i sympatyczną dziewczynę o imieniu Kinga, Halina przyjęła ją z otwartymi ramionami. Kinga również starała się przypodobać przyszłej teściowej – chwaliła jej kuchnię, komplementowała mieszkanie, uśmiechała się słodko. Halina była pewna, że między nimi nie będzie konfliktów.
Jacek i Kinga postanowili zamieszkać razem. Syn wspomniał nawet o wspólnym życiu z matką, ale Halinie ten pomysł nie przypadł do gustu.
— Oczywiście, nie wyrzucę was — powiedziała. — Ale, synku, to kiepski pomysł. Młodzi powinni żyć osobno. Każdy ma swój rytm dnia, każdy potrzebuje czasem spokoju. Dwie panie domu w jednej kuchni to zawsze zły pomysł.
Jacek posłuchał matki, ale wynajęcie mieszkania okazało się zbyt drogie. Wtedy Halina zaproponowała, że pomoże im finansowo, dopóki nie staną na własnych nogach.
— Mogę płacić jedną trzecią czynszu na początek, a później radźcie sobie sami.
Jacek ucieszył się, a Halina była gotowa tę sumę przeznaczać, bo przecież płaciła za spokój i dobre relacje.
Doskonale pamiętała, jak pierwsze trzy lata małżeństwa mieszkała z rodzicami męża. To był koszmar. Choć jej teściowa była w gruncie rzeczy dobrą kobietą, i tak dochodziło między nimi do sporów i nieporozumień. A z jedzeniem było najgorzej – gotowała rzeczy, których Halina nie mogła przełknąć, ale jadła, by nie urazić gospodyni.
Jacek i Kinga wynajęli mieszkanie niedaleko Haliny. Była zadowolona – nie chciała wspólnego życia, ale utrzymywać kontakt z synem – tak.
Kinga pracowała jako przedszkolanka i zarabiała niewiele. Jacek też nie pałał ambicjami, satysfakcjonowała go praca w fabryce.
Gdy młodzi się wprowadzili, Halina zaproponowała pomoc w urządzeniu mieszkania.
— Och, dziękuję! — zawołała Kinga. — Wszędzie kurz, nie wiem, od czego zacząć.
Halina zabrała ścierki, środki czystości i ruszyła na pomoc. Tylko wzdychała, patrząc, jak Kinga sprząta. Widać było, że nie jest przyzwyczajona do takich obowiązków. W efekcie Halina zrobiła wszystko sama, a Kinga obsypała ją komplementami, mówiąc, że musi się od niej uczyć. Następnego dnia Jacek zadzwonił i zaprosił matkę na weekendową kolację.
— Przyjdziemy do ciebie, dobrze?
— Oczywiście, bardzo się ucieszę — odparła.
Przygotowała obfity posiłek – gorące danie, sałatkę, przystawki. A gdy przyszli… z pustymi rękami. Nawet ciastek na herbatę nie przynieśli. Nie żeby Halina czegoś oczekiwała, ale to było po prostu nietaktowne.
— Mamo, możemy zabrać resztki? Żeby nie musieć gotować — poprosił Jacek po kolacji.
Halina westchnęła. W zasadzie sama nie miałaby nic przeciwko gotowaniu raz na kilka dni, ale dla syna nie żałowała.
— Jasne, zabierzcie — powiedziała.
Nie było to przyjemne, ale starała się nie myśleć o tym za dużo. Młodzi chcą żyć dla siebie, a nie stać przy garach. Cóż, ona może gotować.
Pracowała zdalnie, rzadko jeździła do biura, więc gdy Jacek zadzwonił następnego tygodnia z prośbą o obiad, nawet się nie spodziewała.
— Mamo, mogę wpadać na obiad? Oszczędzam, nie chce mi się chodzić do stołówki.
Halina była zaskoczona. Miała dzień bez gotowania, ale jak miała odmówić własnemu dziecku?
— Dobrze, przyjdź — zgodziła się i ruszyła do kuchni.
Myślała, że to jednorazowa sytuacja, ale Jacek zaczął przychodzić regularnie. Nie dość, że zapasy znikały w ekspresowym tempie, to jeszcze odrywał ją od pracy.
Milczała jednak. Jak matka mogła odmówić obiadu synowi? Aż w końcu zapytała:
— Dlaczego nie bierzesz jedzenia z domu?
— Kinga nie gotuje zbyt często. A może w weekend wpadniemy na kolację? Ty gotujesz tak pysznie!
— Niestety, idę do przyjaciółki — skłamała Halina.
Coś trzeba było z tym zrobić, ale nie potrafiła powiedzieć wprost, że ma dość. Nie chciała wyjść na skąpą w oczach syna i jego narzeczonej.
Tymczasem koszty rosły – płaciła część czynszu, wydawała na jedzenie.
Postanowiła gotować więcej w weekendy, żeby Jacek mógł tylko odgrzać. Może delikatnie zasugerować, żeby czasem kupił jakieś produkty? Ale nie potrafiła.
Tak minęły trzy tygodnie. Jacek jadał u matki, a wkrótce dołączyła Kinga. Halina niemal oswoiła się z rolą kucharki.
Aż w końcu młodzi całkiem przesadzili.
Jacek zadzwonił i oznajmił, że Kinga ma niedługo urodziny.
— Ciebie też zapraszamy!
— Dziękuję, ale po co ja wam? Będą pewnie znajomi.
— Ale my chcemy, żebyś była! Jesteś dla nas ważna!
Halina rozczuliła się. Za takie słowa można wiele wybaczyć. Ale nie wszystko.
— Słuchaj — ciągnął Jacek — możesz przyjść rano? Pomogłabyś Kingi posprzątać i ugotować.
Halina osłupiała.
— Ona sama nie da rady? — spytała sucho.
— Nie no, co ty! — zaśmiał się Jacek. — Ona nie umie tak gotować jak ty. Możesz nawet przygotować jedzenie u siebie i przynieść. Tylko wcześniej, żeby zdążyć posprzątać. A, i nakryjesz do stołu? Kinga idzie do fryzjera.
Halina wHalina westchnęła ciężko i powiedziała: „Nie, synku, to wy musicie w końcu nauczyć się samodzielności – zaczynając od ugotowania obiadu na własne urodziny.”



