**Dziś miałem dość.**
Gdy moja teściowa, Halina Nowak, oznajmiła, że przeprowadza się do swojej mamy, babci Bronisławy, na wieś, a swój dom oddaje mnie i Krzysiowi, o mało nie podskoczyłem z radości. Własny dom! Przestronny, z ogrodem, werandą, gdzie moglibyśmy wychowywać dzieci i urządzać grillowanie w weekendy – marzenie! Z Krzysiem już planowaliśmy, jak urządzimy pokoje, pomalujemy ściany i zaprosimy znajomych na nowe lokum. Okazało się jednak, że Halina nigdzie nie umie usiedzieć spokojnie. Co chwilę wraca, wywraca nasz dom do góry nogami, i już nie wiem, jak sobie z tym poradzić. Energii jej nie brakuje, ale te ciągłe wizyty zamieniają nasze życie w cyrk.
Zaczęło się pół roku temu. Halina, która ma już ponad sześćdziesiąt lat, nagle uznała, że chce być bliżej swojej mamy, babci Broni – a ta, proszę bardzo, ma lat osiemdziesiąt pięć. „Muszę pomagać mamie – oświadczyła. – A wam, młodym, dom się przyda.” Byliśmy zachwyceni. Dom solidny, z działką i starą jabłonką w ogrodzie. Od razu zaczęliśmy myśleć o remoncie, o pokoju dla naszego synka i gabinecie dla Krzysia. Halina spakowała swoje rzeczy, zostawiając połowę mebli, i wyjechała do wsi trzy godziny stąd. Myślałem wtedy: „No, teraz zacznie się życie!” Gdybym wiedział…
Dwa tygodnie później stanęła w progu. „Stęskniłam się za miastem!” – oznajmiła, ciągnąc ogromną walizkę. Naiwny, myślałem, że przyjechała na weekend. Ale nie – została na miesiąc. Przez ten czas przemeblowała cały salon („żeby energia lepiej płynęła”), przesadziła moje kwiatki („bo je źle podlewasz”), a nawet zaczęła gotować obiady, przed którymi Krzysztof się chowa. Jej specjalność – zupa z taką ilością cebuli, że łzy lecą, zanim wejdziesz do kuchni. Próbowałem delikatnie napomknąć, że mamy swoje zwyczaje, ale machnęła ręką: „Wojtek, jeszcze się nauczysz prowadzić dom!”
W końcu straciłem cierpliwość. „Halina – powiedziałem – dom jest już nasz, daj nam żyć po swojemu.” A ona: „Oj, Wojtku, nie marudź, przecież dla was się staram!” I wyjechała z powrotem na wieś. Odetchnąłem, myśląc, że to jednorazowa wizyta. Ale skąd!
Od tamtej pory teściowa wraca regularnie. Zjawia się bez zapowiedzi – czasem na kilka dni, czasem na tygodnie. I za każdym razem to istna burza. Raz uznała, że nasz ogród jest „zaniedbany” i zaczęła kopać grządki, wyrywając moje róże („bo tylko miejsce zajmują”). Innym razem zrobiła wielkie sprzątanie, wyrzucając moje stare gazety, które kolekcjonowałem. A raz przywiozła z wsi starą komodę („to rodzinna pamiątka!”) i ustawiła ją na środku salonu. Krzysio tylko się śmieje: „Mamo, ty to masz gust!” Ja już się nie śmieję. Jestem na krawędzi.
Najzabawniejsze, że na wsi Halinie chyba nic nie brakuje. Babcia Bronia, mimo wieku, trzyma się mocno – sama plewi ogródek, doi krowy, a nawet plotkuje z sąsiadkami na ławce. Ale teściowa twierdzi, że jej tam „nudno” i musi „sprawdzać, jak sobie radzimy”. Sprawdzać! Nie wspomnę już o tym, jak poucza mnie o wychowaniu syna. „Wojtek, jesteś za miękki, powinien pomagać w domu!” – mówi, a sama zasypuje go cukierkami i pozwala oglądać bajki do północy. Nie wiem już, jak przekonać ją, że to nasz dom, a nie jej plac zabaw.
W zeszłym tygodniu miałem dość i porozmawiałem z Krzysiem. „Słuchaj – powiedziałem – twoja matka nas wykańcza. Może poprosisz, żeby rzadziej przyjeżdżała?” A on na to: „Przecież chce dobrze. Daj jej czas, oswoi się z wsią.” Dać czas? Ja już nie mogę! Halina niedawno oznajmiła, że chce spędzić u nas całe lato, żeby „pomóc w ogrodzie”. Gdy pomyślałem o trzech miesiącach jej „pomocy”, mało nie dostałem zawału. A wczoraj zadzwoniła, że znalazła nam „wymarzonego psa” – jakiegoś kudłatego kundla, którego znalazła na wsi. „Każdy dom potrzebuje przyjaciela!” – oświadczyła. Krzysio zachwycony, a ja przerażony. Mamy już wystarczająco dużo „przyjaciół”, zwłaszcza jednego w osobie teściowej.
Zastanawiam się, jak to rozwiązać. Może zaproponować Halinie jakieś zajęcia w mieście? Hafciarstwo, taniec – byleby miała zajęcie. Albo wykupić jej wycieczkę nad morze? Bo niedługo sam zacznę myśleć o emigracji. Żartuję, ale sytuacja wymyka się spod kontroli. Krzysio obiecał pogadać z matką, ale wiem, że jej nie przegada. A ja mam dość.
Ciekawe, czy inni też mają takie teściowe? I jak sobie radzą? Bo już myślę o napisaniu poradnika: „Jak przetrwać z niesforną teściową”. Na razie trzymam nerwy na wodzy i przypominam sobie, że to nasz dom, a Halina tylko gościem. Ale jeśli naprawdę przywiezie tego psa, chyba spakuję walizki. Albo zaszyję się w piwnicy do końca wakacji.
**Dzisiaj zrozumiałem jedno:** czasem nawet najlepsze intencje mogą przyprawić o ból głowy. I że granice trzeba stawiać wcześniej, niż nam się wydaje.



