Zawiłe szczęście

Trudne szczęście

Co znaczy, że się rozwodzimy? Daniel, chyba żartujesz?

Agnieszka patrzyła na męża i nie mogła zrozumieć sensu jego słów. Rozwód? Przecież są ze sobą prawie dwadzieścia pięć lat! Za dwa tygodnie będą świętować tę rocznicę albo już jej nie będą? Myśli mieszały się jej w głowie. Co z przyjęciem, gośćmi? Zaproszenia rozesłane, wszyscy przyjadą. Cała rodzina się zbierze. Przyjaciele wręcz wydzwaniają, pytając, co kupić na prezent Ba, niektórzy, tak jak jej przyjaciółka z dzieciństwa Jolanta, już nawet wysłali upominki. Szkoda, że Jola sama nie przyleci za daleko i na siódmym miesiącu ciąży nikt jej nie puści w samolot. Niech siedzi w domu, jeszcze się zobaczą i uczczą kolejny raz. W końcu to Jola przyczyniła się do tego, że Agnieszka poznała Daniela, swojego kolegę ze studiów. I właśnie ona najgłośniej krzyczała Gorzko! na weselu, chowając się za bukietem ślubnym, którego Aga nawet nie rzuciła, tylko wręczyła przyjaciółce.

Nie pojmuję, co twój Kuba zwleka? Taką dziewczynę przegapi?

A gdzie on się wybiera?! Jolka poprawiała fryzurę Agnieszki. Przyjdzie czas, Aga. On jeszcze nie dojrzał. A po co mi niedojrzały mąż? Na siłę brać ślub, po dwóch latach się rozwieść i dzielić dzieci, majątek, rodzinę, którą pewnie wtedy by mnie już ubóstwiali? Nie, podziękuję. Poczekam na właściwy plon. Ty to, Jolka, wszystko masz zaplanowane na dwa lata do przodu! śmiała się Agnieszka, patrząc na przyjaciółkę poprawiającą makijaż.

Jak żyć, to na całego!

A dzieci, Joluś? Od razu całe, czy jedno wystarczy?

Chcę bliźniaki! Od razu mieć całą gromadkę za jednym zamachem! U mnie w rodzinie i u Kuby byli już bliźniacy, więc kto wie Ale potem trzeba ich jeszcze wychować.

Dwójkę lepiej niż jedno konkurencja i pomoc w zabawie. A poza tym, będę matką roku! Mało Ci?

Starczy! śmiała się Aga i w sercu nie miała wątpliwości, że Jolka zawsze dostaje, czego chce.

Tak też się stało, choć los miał jeszcze więcej poczucia humoru i zamiast bliźniaków zjawiły się trojaczki. Widocznie opatrzność uznała, że trzeba Jolkę wystawić na solidną próbę.

Jola dała sobie radę znakomicie, a rodzina jej męża rzeczywiście ją pokochała. Nigdy się nie kłaniając, traktowała wszystkich równo i sprawiedliwie, gotowa była pomóc, szczególnie przez odpowiednio zorganizowane zadania dla Kuby, który wcale nie rwał się do roli bohatera. Ale gdy Jola mówiła: Przyjdzie czas, kiedy my będziemy potrzebować pomocy i co wtedy? Kuba w końcu szedł poskręcać nową szafę u swojej mamy czy naprawić kran, w zamian za co Jola obiecywała ziemniaki smażone z grzybami na kolację, a ona sama myła okna u teściowej w kolejny weekend.

Wypracowana sieć wsparcia działała: w krytycznych momentach obie babcie i dziadek byli zawsze do dyspozycji. Mimo ryzyka zdrowotnego u dzieci, Jola doszła do siebie, a potem, ku zdumieniu Agnieszki, zdała egzamin na uniwersytet.

Joluś, zwariowałaś! Kiedyś to wszystko ogarniesz? dziwiła się Aga.

A kto odważy się postawić złą ocenę matce trojaczków? Przynajmniej mózg mi się nie zlasuje przez urlop macierzyński, a później będę specjalistką i od prawa, i od księgowości! Czego chcieć więcej?

Jola skończyła studia, a potem zdobyła świetną pracę, udowadniając pracodawcy, że pensja w zupełności wystarczy na nianię.

Przesadzasz z tą nianią, Jola, wszystko na styk, co ci zostanie?

Po pierwsze, babcie dają radę, ale nie muszą o tym wiedzieć w firmie. Po drugie, to dla zdobycia doświadczenia. Bez praktyki nikomu nie jestem potrzebna, nieważne, jaki papier mam. Przetrzymam te kilka lat na najniższej krajowej, potem będę mogła wybierać najlepsze oferty.

Agnieszka patrzyła na Jolę z podziwem. Sama ciągle miała problemy z podejmowaniem decyzji. Nawet wybór rajstop do przedszkola czerwone czy niebieskie urastał do problemu.

Ale jak już coś postanowisz, to tak jest i tyle! Ja to wciąż się szarpię, uspokajała ją Jola. Jesteś konserwatywna, Aga, i to fajne! Najsolidniejsi ludzie to właśnie tacy.

Solidność No właśnie! Daniel docenił tę solidność! Dlaczego? Wszystko układało się przecież dobrze! Dzieci się nie pojawiły, ale po latach ich nieobecność przestała już boleć. Agnieszka przez pewien czas pracowała jako wolontariuszka w domu dziecka, by zrozumieć, że nie potrafiłaby przysposobić obcego dziecka. Tu nie chodziło o siły czy możliwości finansowe ale o strach, że nie byłaby dla dziecka prawdziwą matką.

Jeszcze nie spotkała pani swojego dziecka powiedziała cicho dyrektorka domu dziecka, pani Irena Zawadzka, gdy patrzyła na Agnieszkę przyglądającą się dzieciom w czasie choinki.

A jeśli nie spotkam? Jeżeli nie dane mi jest być mamą? szepnęła Agnieszka.

Nie jest pani dana to też droga. Lepiej przyjąć taki stan, niż wziąć odpowiedzialność i jej nie podołać. Tutaj już kilku dzieci wróciło z adopcji. To dramat dla nich i dla opiekunów. Widzi pani tamtego chłopca? To Michałek. Dwa razy wrócił do nas.

O Boże Przecież on jest malutki! Ile ma, pięć lat?

Wkrótce skończy sześć…

Słowa dyrektorki pogrążyły Agnieszkę w rozpaczy, której ledwo się powstrzymała przed natychmiastowym podpisaniem dokumentów adopcyjnych. Przebudził ją dopiero trzeźwy głos Joli:

Na pewno masz w sobie wystarczająco dużo siły do miłości? A jeśli nie? Nie spiesz się, Aga. Tu w grę wchodzi los dziecka, nie pozwól, by kierowała tobą litość. Jeśli to tylko żal porzuć ten pomysł. Nie chcesz być jedną z tych, przez które on znów cierpi. Chcesz? Jeśli chcesz, powiem Kubie, żeby przysłał jedno z naszych dzieci na próbę.

Agnieszka odmówiła. Przestała jeździć do domu dziecka, pomagała tylko zdalnie, ale o Michale często myślała. On był dla niej jak latarnia: żyć tak, by nikomu nie zadawać bólu. Tego nauczyła się raz na zawsze.

Owinęła się ramionami. Zimno Czemu tak zimno, choć to dopiero jesień i kaloryfery już grzeją? Co powinna zrobić? Pomóc Danielowi pakować walizki? Które rzeczy włożyć? Pogoda jeszcze łagodna, ale przecież zaraz się ochłodzi tu lato jest krótkie, jesień przemija na północy tak szybko Co innego u mamy, w Krakowie! Tam śnieg ledwie przykrywał chodniki, całą zimę w lekkiej kurtce i nigdy koc nie był potrzebny. Agnieszka nagle zrozumiała, za czym najbardziej tęskni. Chciałaby do mamy, wyjechać w góry na kilka dni. Tylko one i wolność Ale matki już nie ma. Tak, jak i Daniela za chwilę.

Boże, nie chce jej się tej wolności! Chciałaby znowu mieć męża obok. Wszystko jak dawniej: kawa o świcie i w środku nocy, kiedy nagle się zachce. Noce przegadane do rana, wędrówki do teatru czy poza miasto. Nigdy nie umieli planować. Najlepsze wspólne dni były przypadkowe nieoczekiwane, spontaniczne, nieuporządkowane. Daniel potrafił zadzwonić w ciągu dnia:

Aga, co robisz?

Praca, spotkania, w banku też muszę być!

A zostaw to wszystko. Jedziemy? Na spacer?

A ona rzucała wszystko i po godzinie maszerowali po lesie, rozmawiając albo milcząc i wszystko było dobrze

To dobrze zostało w przeszłości. Ona będzie pamiętać, on raczej nie. On ma przyszłość. Z nową kobietą, która spodziewa się dziecka… Dziecko! O to poszło? Czy może ich małżeństwo od początku było oszustwem? Pierwsze mogłaby zrozumieć, drugiego nie. Bo to znaczyłoby, że jej życie nie miało znaczenia, że nawet jednego człowieka przez te lata nie umiała uczynić szczęśliwym.

Agnieszka stała przy kuchennym oknie, wcisnęła kolana w rozgrzany kaloryfer i zmuszała się, by zareagować, ale nie mogła. Słyszała kroki Daniela, jak otwiera szuflady i trzaska drzwiami. Drżała tak, że nawet doniczka z jedyną rośliną w domu kiedyś podarowaną przez Jolę przesunęła się na skraj parapetu. Gdy drzwi na klatkę w końcu trzasnęły, Agnieszka rozluźniła dłonie i wsparła je na parapecie, ściskając go, jakby chciała go połamać, a potem wyprostowała się, zmiotła na podłogę doniczkę i krzyknęła.

Nie było lżej. Ciemna ziemia, rozsypana z kawałkami ceramiki po kuchni, przywróciła jej świadomość. Tak, właśnie tak wyglądało teraz życie same czarne plamy. Nie było światła i już nie będzie, bo to światło właśnie zamknęło przed chwilą drzwi i zostawiło ją samą. Dalej musiała iść po omacku, bo nie miała już żadnych celów ani punktów odniesienia.

Poza jednym…

Oderwała się od kaloryfera, przeszła przez ostry gruz na podłodze piekący rany na nodze, powlokła się do sypialni i wzięła telefon.

Joooolka

To nie był płacz… to była rozpaczliwa, prawie zwierzęca skarga. Więcej nie potrafiła powiedzieć. Ale Joli nie trzeba było tłumaczyć.

Daniel odszedł?

Taaak…

Dobrze. Przyjeżdżam jutro.

Zwariowałaś! Agnieszka niemal od razu ocknęła się, słysząc stanowczy ton Joli. Nie! Nie możesz! Nie wybaczę sobie, jeśli coś się stanie Tobie lub dzieciom. Zaczekaj… urwała się niespodziewanie, coś rozumiejąc. Ty wiedziałaś?!

Przeczuwałam. Ostatnio, jak byliście, Daniel nie patrzył mi w oczy. Teraz już wszystko jasne. Aga, będzie lepiej!

Co lepiej? Nie mam już nic! Wszystko przepadło! I co ja teraz zrobię?

Kup sobie sukienkę!

Co? Agnieszka o mało nie upuściła telefonu. Co powiedziałaś?

No jak słyszysz: idź, kup sobie tę sukienkę, na którą było ci szkoda. I zaraz mi ją pokaż. Nie siedź w domu, nie zawodź! To nic nie zmieni. Kup sukienkę, a potem pojedź do mnie. W góry pójdziemy.

Jakie góry, Jolka?! Rodzisz niedługo!

I co z tego? Jestem kaleką według ciebie? Bez namiotów, zatrzymamy się w hotelu. Ty też musisz zmienić otoczenie. Ja też, bo wylezę z siebie. W moim domu właśnie trwają zawody, wszystkie dzieci rozjeżdżają się na treningi. To ostatni moment, a potem już nie będzie okazji. Za pół godziny czekam na numer pociągu. Nie denerwuj ciężarnej Joli!

Jola się rozłączyła, a Agnieszka wpatrywała się w ekran telefonu. Co robić?

Odpowiedź przyszła sama. Agnieszka podeszła do lustra. Patrzyła na siebie wiek odmalowany w oczach, dorosłość na ramionach. Ale to nie znaczy, że czas się poddać. Nie doczekają się tego! Jeśli Daniel myśli, że zaszyje się w kącie, to się przeliczy. Jola miała rację. Trzeba działać.

Przeciągnęła palcami po włosach, otarła łzy, wyprostowała się i zabrała za porządki. Telefon poszedł w ruch, kilka wiadomości odwołujących wszelkie plany, dwa telefony, by odwołać restaurację i inne sprawy.

Sukienka leżała znakomicie. Czerwona, wyrazista taka, jak Jolka zwykle wybierała, ale Agnieszka nigdy dotąd. Zawsze była obserwatorką, a teraz… nagle zapragnęła również wyjść na scenę własnego życia. Po raz pierwszy od dawna chciała się pokazać światu.

Nie złamała się. W lustrze widziała kobietę smutną, zawiedzioną, ale nie pokonaną. Jest w niej jeszcze coś. Tego już nikt nie odbierze. Miała ochotę porządnie się zdenerwować, ale nie potrafiła. Może dlatego, że rozumiała Daniela? Bo on też się przyzwyczaił, byli dla siebie kimś więcej, niż tylko mężem i żoną. Zdradzać przyjaciela to boli najbardziej…

Podróż z przesiadką? Trudno. Im więcej zamieszania, tym lepiej nie ma czasu na złe myśli.

Wyjazd z Jolą był strzałem w dziesiątkę. Chodziły ścieżkami wokół hotelu, rozmawiały, czasem milczały, czasem przekrzykiwały się, byle nie uronić żadnej myśli. Agnieszkę powoli opuszczał ciężar. Jola umiała tak argumentować, że sprawy, które dzień wcześniej wydawały się najważniejsze na świecie, nagle traciły sens. Zaproponowała jej, by wracała na południe, bliżej rodziny, gdzie samotnych rodziców, dzieci i miejsc pracy nie brakowało, a tata potrzebował opieki. I Agnieszka zaczęła o tym myśleć.

W końcu podjęła decyzję wraca do Krakowa. Rozwód, sprzedaż mieszkania, przekazanie firmy wszystko to powoli zostawało za nią. Spotkała się z Danielem dwa razy, zachowując dystans, potem usunęła jego numer i postanowiła nie wracać do tego etapu życia.

Kraków przywitał ją jasną wiosną i rozkwitłymi jabłoniami. Od razu odetchnęła. Nie zdecydowała się mieszkać z ojcem, kupiła mieszkanie obok. A kiedy przypadkiem spotkała ciepłą kobietę panią Wandę, która została nową partnerką taty i uśmiechnęła się do niej ciepło, Agnieszka wiedziała, że tak będzie lepiej. Z nikim nie musiała się dzielić, a ojciec odzyskał sens życia.

A tata to jeszcze niczego sobie, co? Wanda patrzyła na niego z czułością, przez którą Agnieszka uwierzyła, że nawet na starość miłość może się objawić.

To dawało jej nadzieję. Może jej drugi człowiek też gdzieś jest?

Minął rok. Otwarła dwa nowe centra dla dzieci na jednym z nowych krakowskich osiedli. Mnóstwo pracy, zmiana fryzury, nowy styl, kupiła psa spełniała dawne marzenia. Ale samotność wracała wieczorami. Siedziała wtedy nad herbatą, turlając kubkiem po stole, i tęskniła za Danielowym: Aga, co się dzieje? Zrobić ci herbaty? Opowiesz mi wszystko.

Wiedziała, że trzeba zamknąć rozdział, puścić Daniela wolno, ale nie umiała zabić tej cząstki duszy.

Kwestia podatków po sprzedaży firmy zaskoczyła ją półtora roku później. Musiała pojechać do Warszawy a to nowe zajęcie, ruch, działania. I dobrze.

Szybko załatwiła sprawę. Do odlotu zostało kilka godzin. Posiadła się dzielnicom, gdzie była szczęśliwa i nieszczęśliwa. Jeden z centrów już nie działał, drugi tętnił życiem. Stała przy szybie, patrząc na dzieci i nauczyciela udającego niedźwiedzia. Dobrze im tu, fajny chłopak!

Przechodząc koło starego bloku, przypomniała sobie, jak marzyła tu wychodzić na plac zabaw ze swoimi dziećmi. Przez park szła znajomą ścieżką. Przy fontannie na ławce siedział ktoś z wózkiem. Daniel. Najpierw go nie poznała siwiały szybko wszyscy mężczyźni w jego rodzinie. Siedział przygarbiony, wyglądał na zmęczonego i przybitego. Agnieszka poczuła nagle falę troski. Znała go, wiedziała, jak odeprzeć ból. Byle tylko chciał ją usłyszeć…

Daniel

Drgnął i spuścił głowę jeszcze niżej.

Cześć, Aga.

Usiadła obok.

Jak ci się wiedzie?

Pytanie zabrzmiało niezręcznie, ale nie chciała uciekać. Patrzyła, jak Daniel zatrzymuje wózek i w końcu podnosi na nią spojrzenie.

Źle, Aga. Jestem sam. Rzuciłem wszystko dobrego przez głupotę. Przypadkiem.

Wcale nie, Daniel. Masz wszystko, czego pragnąłeś. Dziecko, nową rodzinę.

Żony już nie mam. Mila… Nie przeżyła porodu.

Agnieszka aż się wzdrygnęła. Nagle nie było dla niej istotne, czy to Mila rozbiła ich rodzinę. Było jej żal tej młodej kobiety, która próbowała w odpowiedniej chwili sobie zapewnić lepszy los. Daniel nie wiedział, czemu tamtego dnia pozwolił na przypadek. Tak musiało być. Teraz ich córka spała w wózku, a Daniel kołysał ją, żeby jej nie zbudzić.

Długo milczeli. Potem wybuchła lawina słów, każdy chciał powiedzieć wszystko naraz. Ewa, gdy się obudziła, patrzała na zapalające się światła w parku i gwiazdy pojawiające się na niebie.

Agnieszka podeszła do wózka i przypomniała sobie słowa pani Ireny: kiedy zobaczysz własne dziecko, zrozumiesz.

Pół roku później właśnie pani Irena wprowadziła do pokoju poważnego, ciemnowłosego chłopca.

Michał, wiesz, po co tu jestem?

Po mnie.

Chciałbyś zamieszkać ze mną?

Nie wiem. Nikt mnie nie chce tak naprawdę.

Zgaszone oczy, spojrzenie w punkt. Iskierka zapaliła się tylko na moment, kiedy Agnieszka pokazując zdjęcia, wyjaśniła, kim na nich jest.

To twój mąż?

Tak.

To twoja córeczka?

Nie Ale będę jej mamą. Jeśli zechcesz, mogę być też twoją.

I tak mnie oddasz.

Dlaczego?

Wszyscy oddają.

Ja nie. Wiesz dlaczego?

Nie

Bo wiem, co znaczy stracić wszystko. I wiem, jak to boli. Nie pozwolę, by jeszcze raz cię to spotkało. Wiesz, kto to mama, Michałku?

Nie.

To ta, która nie da swojemu dziecku cierpieć.

Żal ci mnie?

Agnieszka długo patrzyła mu w oczy.

Nie. Nie chcę cię żałować. Chcę cię pokochać. Chcę, żebyś miał starszego brata. Byś chronił Ewę. Wierzę, że potrafimy to zrobić.

Michał dotknął rękawa jej czerwonej sukienki, sprawdzając, czy ona i jej miłość są prawdziwe. Skinął głową.

Chcę spróbować.

Nie będziemy próbować. Po prostu zrobimy to. Razem.

Po kilku latach rodzina wędrowała gęsiego górskim szlakiem. Smagły chłopiec pilnował rezolutnej siostry, która biegała wszędzie, gdzie się dało.

Ewa, tam w lesie mogą być wilki!

Nie!

I głodne niedźwiedzie!

Mama nie ugotowała im kaszy?

Nie umie gotować kaszy tak dobrze jak nasza.

Nasza umie! śmiała się dziewczynka.

Mamo, Ewa mówi, żebyś dała niedźwiedziom kaszę!

Mam zrobić manną? dogoniła dzieci zadyszana Agnieszka.

Mamo, ty robisz z grudkami! oburzyła się Ewa.

To tylko tobie przeszkadza, a niedźwiedzie potrafią docenić takie niespodzianki.

To oddaj im moją jutro! Po kaszy i miód, co kupiłaś!

Gdzie tam! Sama lubię miód. A ty, synku, jeszcze nie masz dość chodzenia po górach?

Jeszcze nie chcę wracać. Jak Ewa zacznie karmić zwierzęta, to nie wyjdziemy w ogóle z hotelu.

Agnieszka śmiała się, patrząc na dzieci, jakby odzyskiwała energię z ich radości.

Śmiech rozlegał się na polanie, echo niosło go w dal. Dzień, który dopiero zaczynał się nad górami, obiecywał być jasny i spokojny.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

16 − 7 =

Zawiłe szczęście