Ola uderzyła głową w poduszkę powietrzną, która otworzyła się w ostatniej chwili. Ledwo trzymała się przytomności, nie mogąc oderwać wzroku od człowieka, którego tydzień temu pochowała. Czy to naprawdę on? A może umiera i przeniosła się do innego świata, gdzie znów są razem? W głowie kotłowały się wspomnienia – tamten dzień, gdy usłyszała straszną wiadomość, jakby się powtórzył, jakby ktoś celowo cofnął ją do bólu, by znów przeszył jej serce.
— Nie! — wyrwał się z jej gardła rozdzierający krzyk, wypełniając całe mieszkanie. — Kłamiecie! To niemożliwe! Mój mąż nie mógł mnie zostawić! On by tak nie zrobił! On po prostu nie mógł odejść!
Powoli osunęła się na podłogę, niemal tracąc przytomność. Nie mogła uwierzyć w rzeczywistość: jak to mogło się stać im, z Krzysztofem? Był przecież taki młody, pełen życia. Jak mógł umrzeć? Jego szef zadzwonił i powiedział, że oderwał się zakrzep, „karetka” nawet nie zdążyła przyjechać.
— Nic nie dało się zrobić — mówił rozmówca. — Kiedy przyjechali lekarze, Krzysztof już nie żył. — Jego słowa dźwięczały w głowie jak kwestie z horroru, których nie da się wymazać.
Co teraz? Jak żyć dalej bez niego? Bez niego nawet oddychać nie mogła. Łzy spływały po policzkach, ale Ola ich nie czuła. Telefon wciąż trzymała przy uchu, sama wpatrzona przed siebie, niezdolna wydusić słowa. Chciała, żeby to był koszmar, który zaraz się skończy, a ona obudzi się, zapominając o tym bólu.
Do kostnicy jej nie wpuszczono, dopiero na pogrzebie zobaczyła na własne oczy, że to naprawdę on. Nawet wtedy do ostatniej chwili miała nadzieję, że Krzysztof wróci z pracy, roześmieje się i powie, że to tylko żart. Przecież to prima aprilis! Ale czy można tak żartować? Dobrze, wybaczy mu… Wybaczy wszystko, byle tylko wrócił. Ale nie wrócił. Leżał w trumnie, jak żywy.
Ola rzucała się ku ciału męża, płakała, błagała, żeby wstał, prosiła, by wrócił. Mdlała, cucono ją amoniakiem. Matka Krzysztofa też ledwo stała na nogach, próbowała uspokoić synową, ale sama była złamana żalem. Tylko jego ojciec ciągle odciągał Olę od trumny, prosił, by wzięła się w garść, przyjęła to, co się stało. A ona wyrywała się, znów biegła do niego, wołała go z powrotem.
Pogrzeb minął jak we mgle. Widziała, jak zamykają wieko trumny, krzyczała, gdy ją odciągano, błagała, by mogła położyć się obok. Bo bez Krzysztofa nie ma życia. Nie da rady. Długo nie mogła rzucić garści ziemi na trumnę — to znaczyło pogodzić się, że go już nie ma. Ale zaakceptować to wydawało się niemożliwe.
W domu, w pustym mieszkaniu, Ola próbowała zebrać myśli, ale starczyło sił na kilka minut. Skulona pod ścianą, przypomniała sobie dzień, gdy się poznali.
— Pani chyba coś zgubiła? — rozległ się przyjemny głos. — Pani! — uśmiechnął się Krzysztof, zmuszając ją, by się odwróciła.
Spacerowała koło uczelni, powtarzając notatki, gdy podał jej jaskrawoczerwoną różę.
— To nie moje — pokręciła głową.
— Teraz jest pani — uśmiechnął się. — Taka pani zamyślona, chciałem panią rozweselić.
Ola zawstydzona przyjęła kwiat. Nawet nie zauważyła, jak łatwo się poznali, jak odprowadził ją na zajęcia, a potem spotkał po wykładach i zaproponował jeszcze spacer. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Jasnowłosy, przystojny, z ciepłym spojrzeniem i miękkim głosem — Krzysztof zdobył ją całkowicie. Opowiadał o rodzinie, planach, marzeniach o wielkiej miłości i dzieciach. Wydawało się, że zszedł z kart romantycznej powieści.
Ale już tego nie będzie…
Ciepły uśmiech przypomnienia szybko zniknął, a Ola znów wybuchnęła płaczem. Nie do zniesienia było wracać do rzeczywistości, która zabrała wszystko, dla czego żyła.
Siedem lat byli razem, trzy lata w małżeństwie. Skromne wesele, bez przesady – nie potrzebowali drogich prezentów, bo sami byli dla siebie najcenniejsi. Teraz Ola została sama, bez ukochanego, bez części siebie.
Nie pamiętała, jak dotarła do łóżka i zasnęła. Obudził ją poranny telefon. Praca. Szef dał jej czas na dojście do siebie, ale zastępca nie radził sobie z papierami – musiała wrócić.
— Ola, cześć! To Wojtek. Mogę na minutkę? Mam pytanie o pracę.
— Mów — odpowiedziała sucho, bez śladu emocji.
— No nie mogę ogarnąć tych raportów z laminatem… Nie wiem, w które pole wpisać numer.
Ola nawet nie czuła złości czy irytacji. Po prostu spokojnie wytłumaczyła, gdzie co wpisać, i zakończyła rozmowę. Rzuciwszy się na poduszkę, wpatrywała się w puste miejsce obok. Łzy chyba już wyschły, ale oczy paliły jak po piasku wrzuconym pod powieki. Pamiętała to uczucie – kiedyś sąsiad chłopak rzucił jej garść piasku w twarz, gdy pokłócili się w piaskownicy.
Z wysiłkiem zebrała się i powlokła do kuchni. Musiała coś zjeść – przez ostatnie trzy dni prawie nic nie jadła. Ale widok jedzenia natychmiast wywołał mdłości. Ledwo przełknęła szklankę wody i wróciła do pokoju.
Bała się otwierać albumy, odtwarzać nagrania. Nie mogła słuchać jego głosu. I tak brzmiał w jej głowie, co chwila wydawało się, że jest gdzieś blisko, woła ją. Ale gdy się odwracała, znów czuła ten ból – go nie ma. I już nie będzie.
Minął tydzień od pogrzebu, i Ola zdecydowała się wrócić do pracy. Tam, między dokumentami i zadaniami, mogła na chwilę zapomnieć o bólu. Stała się mechanizmem, wykonującym obowiązki bez emocji. Tak było łatwiej. Lepiej nie czuć nic, niż znosić ten nieznośny ból.
W piątek postanowiła pojechać do rodziców, spędzić weekend w ich domku za miastem. Długo namawiali ją, ale nie chciała – nie miała siły na współczujące spojrzenia matki i jej westchnienia. Ale teraz może to właśnie pomoże jej zacząć żyć dalej.
Jadąc autostradą, Ola bezmyślnie patrzyła na drogę, pogrążona wGdy obudziła się w szpitalu, zaskoczona obecnością rodziców, lekarz powiedział jej, że jest w ciąży – i wtedy zrozumiała, że Krzysztof zostawił jej najcenniejszy dar, dla którego teraz musiała być silna.



