„Zatrzymamy się u ciebie na jakiś czas, bo nie mamy pieniędzy na wynajęcie mieszkania!” – usłyszałam…

Zatrzymamy się u ciebie na jakiś czas, bo nie mamy ani grosza na wynajem! rzuciła mi moja kumpela w twarz.

No cóż, nie jestem typową emerytką, która tylko siedzi w fotelu i narzeka na politykę. Chociaż mam już 65 lat, wciąż biegam po świecie, włóczę się po ciekawych zakątkach Polski i nawiązuję szalone znajomości. Lubię powspominać dawne czasy, czasem z uśmiechem, czasem z nostalgią. Pamiętam, że dawno temu można było wyskoczyć nad Bałtyk za kilka złotych, rozbić namiot nad jeziorem z paczką znajomych, przepłynąć kajakiem Wisłę, a w portfelu zostawały jeszcze pieniądze na loda i gofra.

Cóż, te czasy przeszły już do historii. Ale zawsze cieszyło mnie poznawanie ludzi czy to na sopockim molo, czy w zadymionym teatrze w Warszawie. Z wieloma znajomymi trzymałam kontakt przez lata, choć nazwać mnie mistrzem korespondencji raczej nie można.

Kiedyś poznałam Halinę. Poznałyśmy się w pensjonacie w Zakopanem, wracając z górskiego szlaku. Rozstałyśmy się w przyjaźni i od czasu do czasu słałyśmy sobie listy, takie trochę jak z lat osiemdziesiątych znam tylko twój adres, więc lepiej się nie zgub! Aż tu nagle, dostaję telegram. Anonimowy. W treści: O trzeciej w nocy przyjeżdża pociąg. Spotkaj się ze mną!

No, kto o zdrowych zmysłach wysyła telegramy w dzisiejszych czasach?! Oczywiście nie ruszyliśmy z mężem tyłków z łóżka. Ale o czwartej rano dzwonek do drzwi. Otwieram… i osłupiałam. Na progu Halina, dwie pokraczne nastolatki (Agata i Bożena), babcia Zofia i jakiś pan Henryk plus sterta walizek, toreb i plecaków większa niż mój stary tapczan.

Stoimy z mężem jak słupy. W końcu ich wpuszczamy, bo jakoś głupio tak trzymać ludzi na klatce schodowej. Halina od razu z pretensjami:

Czemu nie przyszłaś na dworzec? Przecież wysłałam telegram, to kosztuje!
Przepraszam, nie miałam pojęcia, od kogo te słowa.
Ale podałaś mi swój adres! I co, żałujesz?
Myślałam, że popiszemy sobie listy i na tym koniec!

Po tych wyjaśnieniach okazało się, że jedna z dziewczyn właśnie zdała maturę i wybiera się na uczelnię w Warszawie, a cała ekipa przyjechała ją wspierać duchowo i frytkami. Plan mieli ciekawy:

Zostajemy u Ciebie! Nie mamy za co spać w hotelu, a złotówek na mieszkanie jak na lekarstwo!

Oczy mi wyszły z orbit przecież nie jesteśmy nawet rodziną! I co, mam teraz karmić sześcioro za każdym razem, wyjść z siebie i stanąć obok? Owszem, przywieźli jakieś pieczywo i konserwy, ale sami nie gotowali zajadali się moimi zapasami, a ja biegałam jak kelnerka na weselu.

Po trzech dniach poczułam się jak bohaterka kiepskiego kabaretu, więc powiedziałam Halinie i rodzinie, żeby łaskawie poszukali innego lokum. Nie obchodziło mnie, czy będzie to dworzec, schronisko, czy park Saski. Wywiązała się awantura godna Modrzejewska na scenie. Halina zaczęła rzucać talerzami i krzyczeć jakby odkryła istnienie telewizji.

Nigdy nie widziałam takiej histerii, ale pakować się potrafili sprawnie w kilka minut zwinęli swoje rzeczy, a przy okazji ulotnił się mój szlafrok, dwa ręczniki i, nie pytajcie jak, duży garnek do rosołu. Nie mam pojęcia, gdzie go schowali. Możliwe, że pod pachą, bo ślad po nim zaginął.

Tak skończyła się moja wielka, polska przyjaźń. Dzięki Bogu! Od tamtego dnia nie słyszałam, nie widziałam, ani nie korespondowałam z Haliną. Serio, czy można być aż tak bezczelnym? Teraz trochę wietrzę dom i dużo ostrożniej wybieram sobie znajomości.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

15 + osiem =

„Zatrzymamy się u ciebie na jakiś czas, bo nie mamy pieniędzy na wynajęcie mieszkania!” – usłyszałam…