Zatrute Kłamstwo

**Oszustwo**

Losy ludzkie bywają różne. Jedni mają szczęście odnaleźć miłość życia już w młodości. Inni spotykają ją dopiero po zdradach, rozwodach, gdy już stracili nadzieję na szczęście.

Marcin należał do tych drugich. Poznał swoją przyszłą żonę jeszcze na studiach. Urocza i skromna Kinga przyjechała na uczelnię z małego prowincjonalnego miasteczka. Od razu mu się spodobała. On sam był zwykłym, przeciętnym chłopakiem. Kinga długo nie odwzajemniała jego uczuć.

Ale na ostatnim roku, gdy wielu studentów znalazło swoje drugie połówki, a niektórzy nawet zdążyli założyć rodzinę, Kinga nagle spojrzała na Marcina łaskawszym okiem. Był w siódmym niebie i oczywiście niemal od razu oświadczył się. Ku jego radości, przyjęła jego propozycję.

Matka Marcina rozumiała, że dziewczyna nie chce wracać na prowincję. Małżeństwo z synem dawało jej stałe zameldowanie w dużym mieście niedaleko Warszawy, przestronne mieszkanie w centrum i dobrą pracę. Ale widząc, jak szczęśliwy jest jej syn, postanowiła nie burzyć jego złudzeń.

Wesele odbyło się zaraz po obronie dyplomów. W restauracji pod miastem zebrało się mnóstwo ludzi, głównie znajomi ze studiów. Tylko rodzice Kingi nie przyjechali.

Wyjaśniła, że ojciec jest ciężko chory, leży w łóżku, a matka nie może go zostawić. Na dalsze pytania odpowiadała oszczędnie. Jej twarz robiła się smutna, a w oczach błyszczały łzy. Rodzice Marcina uznali, że nie warto drążyć. Dziewczyna i tak przeżywa z powodu rodziców, niech ma spokój. Od pomocy też się wymigiwała.

— Wszędzie mama go woziła. Nikt nie potrafił pomóc — mówiła Kinga, a jej oczy ciemniały z żalu.

Rodzice Marcina starali się zastąpić jej rodzinę. Żyli więc razem, zgodnie i szczęśliwie. Kinga szybko zaszła w ciążę. Nie szukała pracy, bo pieniędzy starczało, a i tak wkrótce miała iść na urlop macierzyński. A potem, kto wie, może drugie dziecko. Po dziewięciu miesiącach urodził się chłopiec. Dziadkowie nalegali, by nazwać go po ojcu Kingi — Stanisławem.

Drugą ciążę udało się osiągnąć dopiero po ośmiu latach. Do tego czasu oni sami kupili już mieszkanie. Poród był trudny, przedwczesny. Urodziła się malutka, słaba dziewczynka. Nazwano ją Wandą, na cześć matki Marcina.

Ani ojciec, ani matka Kingi nigdy nie zobaczyli wnuków. Rok po narodzinach Stasia zmarł jej tata. Matka odeszła osiem miesięcy później.

Gdy Wanda poszła do szkoły, Kinga zapragnęła wrócić do pracy. Znudziło jej się siedzenie w domu. Oczywiście, w zawodzie już nie miała szans — wiedza się ulotniła, a doświadczenia nigdy nie zdobyła, bo nie pracowała ani dnia.

Rodzice Marcina przypomnieli sobie wszystkich znajomych i udało się załatwić Kingi posadę asystentki dyrektora, a mówiąc wprost — sekretarki.

Teraz spędzała dużo czasu w klubie fitness. Ubierała się modnie, makijaż miała zawsze idealny. Wyglądała na kobietę biznesu, a nie na gospodynię domową. Znajomi i koledzy z pracy wypominali Marcinowi, że trzymał taką piękność w domu, ukrywał przed światem.

Kinga zaniedbała dzieci. Staś kończył szkołę, szykował się na studia, wkrótce miał żyć własnym życiem. Córka Wanda niemal cały czas spędzała u babci i dziadka, którzy rozpieszczali ją bez umiaru, rekompensując brak matki.

Coraz częściej Marcin słyszał od żony pretensje i docinki. Że nie dba o siebie, że brzuch mu urósł, że powinien zapisać się na siłownię, wyrzeźbić mięśnie, zrzucić tłuszcz. I coraz częściej stawiała mu za przykład swojego szefa, który był starszy od Marcina, a wyglądał jak trzydziestolatek.

Marcin od razu zrozumiał, o co chodzi. Pewnego dnia postanowił wpaść do pracy żony. Znalazł nawet pretekst — zbliżały się urodziny ojca, chciał poradzić się Kingi w sprawie prezentu. Nie mógł przecież omawiać tego przy rodzicach.

Wszedł do recepcji, ale nikogo tam nie było. Zapukał do gabinetu dyrektora, a gdy nie usłyszał odpowiedzi, otworzył drzwi. Gabinet był pusty, ale zauważył drugie drzwi, prowadzące gdzieś dalej. Podszedł i usłyszał charakterystyczne odgłosy, które nie pozostawiały wątpliwości, co się tam dzieje.

Bez namysłu otworzył. Jego skromna Kinga, z podwiniętą spódnicą, siedziała okrakiem na rozwalonym na kanapie dyrektorze, który zdążył już opuścić spodnie. Poznał ją od razu, mimo że widział tylko plecy — w końcu żyli razem siedemnaście lat.

Marcin stał jak wryty, patrzył, po czym zamknął drzwi i wyszedł. To było dla niego zbyt szokujące, nierealne. Sam nie wiedział, dlaczego nie rzucił się na dyrektora, nie zdjął z niego żony, nie uderzył go w tę zadowoloną z siebie twarz.

Kinga wróciła do domu, jak gdyby nigdy nic, uśmiechnięta jak kot, który zjadł śmietanę. Teraz wszystko było jasne. Dlatego od miesięcy unikali współżycia. Kinga tłumaczyła się zmęczeniem, bólem głowy, miała zawsze gotową wymówkę. A chodziło o to, że była już zmęczona po zaspokajaniu dyrektora. Taka to skromnica.

Marcin powiedział żonie, że wie wszystko, widział na własne oczy i że nie ma sensu się wypierać. Kinga szybko opanowała strach.

— No dobrze, skoro wiesz… To nawet lepiej — powiedziała lekko. — Odchodzę od ciebie.

— A dzieci?

— Staś jest już dorosły, samodzielny, lada dzień się ożeni. A Wanda niech sama zdecyduje.

I Wanda, nie zastanawiając się długo, uznała, że z nowym mężem matki mieszkać nie chce. Z ojcem też nie zostanie. W końcu on też może ułożyć sobie życie, pojawi się macocha… A babcia i dziadek rozpieszczają, z nimi będzie wygodnie i korzystnie.

Tak też się stało. I został Marcin sam. Nie chłopiec, lecz mężczyzna w pełni sił. Dyrektor miał mieszkanie, ale samochód Kinga zgłosiła jako swój. Przywykła do niego. Marcin nie miał ochoty się kłócić — niech zabiera, jemu samemu niczego nie było trzeba.

A po jakimś czasie poznał Halinę. Jej też mąż odszedł. Tylko że ona nie miała dzieci — przeziębiła się w młodości i nie mogła zajść w ciążę. Po prostu żyli razem.

Staś skończyłStaś skończył studia i ożenił się, a Wanda, gdy w końcu wróciła z zagranicy, przyszła pewnego dnia do ojca z płynącymi po twarzy łzami, szepcząc „Przepraszam”, lecz Marcin tylko westchnął i odwrócił wzrok, bo czas uleczył rany, ale zaufanie odbudować było już trudno.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwanaście + 6 =

Zatrute Kłamstwo