Nazywam się Anna Kowalska i mieszkam w Toruniu, gdzie kujawsko-pomorski krajobraz pełen jest gotyckich kościołów i uroczych kamienic. Kiedy znalazłam się w ramionach mojego kolegi z pracy, Krzysztofa, serce moje zatrzepotało z radości. Wtedy marzyłam, by stać się jego jedyną, ukochaną. Z czasem marzenie się spełniło, ale z gorzkim posmakiem – musiałam dzielić go z jego żoną, Martą.
Dopiero zaczęłam pracę w naszej firmie, a już wysłano mnie z Krzysztofem w delegację do Warszawy. Mieliśmy dopiąć ważny kontrakt. Udało się, więc Krzysztof zaproponował: „Napijmy się po lampce wina? Takie umowy nie zdarzają się codziennie”. Z przyjemnością się zgodziłam. Siedzieliśmy w hotelowym barze, zamówiliśmy whisky i alkohol rozwiązał nasze języki. Rozmowa płynęła jak rzeka, aż nagle mnie pocałował. Zaskoczona, ale nie odepchnęłam go. W windzie przyciągnął mnie do siebie z taką pasją, że nie oponowałam – jego oddech był bardziej upajający niż whisky. Noc w jego pokoju była magiczna, niezapomniana i pełna ognia.
Po powrocie do Torunia nie mogłam tego w sobie dusić i podzieliłam się tym z koleżanką Zofią – ufałam jej jak siostrze. „Nie zakochuj się w nim!” – ucięła ostro. „Dlaczego?” – zapytałam zaskoczona. „On ma żonę”. Te słowa uderzyły jak piorun. Krzysztof miał zaledwie 27 lat i nie mogłam uwierzyć, że już założył rodzinę – dziś mężczyźni rzadko żenią się tak młodo. Zapytałam go wprost i nie kluczył: „Tak, jestem żonaty od roku”. Ale to nas nie powstrzymało. Staliśmy się kochankami. Spotkania w mieszkaniu, które odziedziczył po dziadkach, stały się naszym tajnym rytuałem. Z każdym dniem coraz bardziej w niego się zatracałam.
Pewnej niedzieli, leżąc obok niego, odważyłam się: „Krzysztof, rozwiedź się. Ze mną będziesz szczęśliwszy niż z nią”. Spojrzał na mnie z żalem: „Kocham cię, ale nie mogę”. „Dlaczego?” – wyrwało mi się. „Jest poważnie chora”. Zamarłam. „Co jej jest? Dlaczego milczałeś?” – głos mi drżał. „Ma raka piersi, niedawno się dowiedzieliśmy. Teraz nie mogę jej opuścić”. Jego słowa przecięły mnie, ale zrozumiałam: teraz potrzebuje go przy sobie. Współczułam Marcie. Gdy powiedział, że czeka ją operacja w czwartek, modliłam się za nią cały dzień, szczerze, aż do łez. Po jej wyjściu ze szpitala Krzysztof przestał się ze mną widywać – wiedziałam, że jego miejsce jest przy żonie.
Minęły cztery miesiące. Krzysztof ani razu nie zaproponował spotkania. Zapytałam go, o co chodzi. „Marta wciąż jest słaba, możliwe, że potrzebna będzie kolejna operacja” – odpowiedział zmęczonym głosem. „Rozumiem twój ból, ale pomyśl też o mnie,” – powiedziałam cicho. Skinął głową: „Masz rację, coś wymyślimy na weekend”. Spotkaliśmy się w tę samą sobotę w tym mieszkaniu. Noc była gorąca i pełna pasji. Ale przed wyjściem znów zaczęłam rozmowę o rozwodzie. Jego twarz spochmurniała: „Nigdy tego nie zrobię. Ona jest siostrą mojego szefa”. Zaniemówiłam. „Czyli o to chodzi! A rak to wymysł?” Nie odpowiedział i wyszedł, trzaskając drzwiami, żeby nie kłócić się dalej.
Parę dni później w biurze pojawiła się elegancka brunetka. Pytała o Krzysztofa. Zofia zaprowadziła ją do jego gabinetu. „Kto to?” – szepnęłam później do Zofii. „Jego żona,” – odpowiedziała. Wymyśliłam pretekst, weszłam do niego – niby po dokumenty – by ją zobaczyć. Marta wyglądała na nie tylko zdrową, ale i piękną, pewną siebie, elegancką. Poczułam się przy niej jak szara myszka. „Słyszałaś, że jest chora na raka?” – spytałam Zofię. „Nie, to bzdura, wszyscy by wiedzieli,” – ucięła. Wtedy wszystko do mnie dotarło: kłamał od samego początku.
Nie minęło wiele czasu, a zaczęłam czuć się osłabiona, miewałam nudności. Poskarżyłam się Zofii, a ona zasugerowała: „Może jesteś w ciąży?” Zbagatelizowałam to, ale zrobiłam test – dwie kreski. Ginekolog potwierdził: drugi miesiąc. Byłam w szoku. Przypomniałam sobie tamtą noc – nie zabezpieczyliśmy się. Nie wiedziałam, co robić: zatrzymać dziecko czy nie? Zadzwoniłam do Krzysztofa. „Usuń je!” – wykrzyczał chłodno. „Nie, nie zrobię tego,” – odparłam stanowczo. „W takim razie postaram się, żeby cię zwolnili,” – zagroził. „Nie zastraszysz mnie!” – rzuciłam w odpowiedzi. Na złość jemu zdecydowałam się urodzić. Myślałam, że blefuje. Ale nie – wyrzucili mnie z pracy. Przyjaciółka załatwiła mi pracę jako sprzedawczyni w księgarni swojego brata. Ten nie chciał zatrudniać kobiety w ciąży, ale się ulitował.
Córka urodziła się w siódmym miesiącu – słaba, ale żywa. Nazwałam ją Sławomira, na cześć ojca – Krzysztofa. Jemu o tym nie powiedziałam. I pewnie nigdy nie powiem. Zdradził mnie, porzucił w najtrudniejszym momencie, gdy zostałam sama z dzieckiem i bez pracy. W snach widzę jego twarz – piękną, kłamliwą – i serce mi się ściska z bólu. Wybrał żonę, karierę, a mnie wykreślił jak niepotrzebną kartkę. Ale nie złamałam się. Wychowuję córkę, walczę o nią, choć każdy dzień to wojna z losem. Niech on żyje ze swoim kłamstwem, a ja będę żyła dla Sławomiry – mojego światła w tej ciemności.



