Zastanowiłem się nad ślubem Arkadiusz godzinami siedział w laboratorium, nieustannie przelewając pł…

Zmienił zdanie o ślubie

Arkadiusz do późna przesiadywał w instytucie chemicznym, nieustannie przelewając jakieś płyny z probówki do probówki i badając sypkie proszki.

Wierzył, że jego żmudna praca wkrótce przyniesie efekty, a on wreszcie będzie mógł zaprezentować społeczeństwu swój produkt, wyizolowany z korzeni rzadkiej rośliny.

W entuzjazmie czterdziestoletniego naukowca nie było miejsca na dostrzeganie cichych, pełnych fascynacji spojrzeń młodziutkiej sprzątaczki, która niedawno pojawiła się w instytucie Stanisławy.

Arkadiusz, pogrążony w marzeniach o przełomie, nie zauważał, jak Stanisława, zapominając o swoich obowiązkach, stała godzinami w jego laboratorium, opierając się o mop i wpatrując się w jego plecy.

W końcu, któregoś wieczoru dziewczyna zebrała się na odwagę i odezwała się:

Panie Arkadiuszu, tak pan siedzi i siedzi od rana w tym samym miejscu. Może byśmy się napili herbaty? Przypadkiem mam ze sobą czajnik elektryczny. I swojską kiełbasę, mama mi dała z domu.

Na dźwięk słowa kiełbasa Arkadiusz oderwał się od pracy i podszedł do niej.

Herbatka dobra rzecz. Mówi pani, że z kiełbasą? Grzechem byłoby nie skorzystać z takiego poczęstunku.

Ucieszona Stanisława roztrzęsionymi rękami wyciągnęła z plecaka najpierw czajnik, potem plastikowy pojemnik z domowymi specjałami.

Wczoraj mama przywiozła mi z wioski świeże mięso, zrobiłam kiełbasę z boczkiem i upiekłam.

Dziewczyna ustawiła jedzenie na stole, promieniejąc dumą.

No, no mruknął Arkadiusz, sięgając po okulary wsunięte dopiero co do kieszeni fartucha.

Kiedy w czajniku bulgotała woda, naukowiec dokładnie obejrzał pojemnik przezroczysty i zapytał:

Powie pani, od kiedy ten pojemnik z jedzeniem leżał w pani plecaku?

Stanisława niepewnie wzruszyła ramionami:

Od rana a co?

A pokrywka była zamknięta tak szczelnie jak teraz?

Tak chyba tak speszyła się dziewczyna. Myśli pan, że już się zepsuło? W szatni było raczej zimno, kaloryfery jeszcze nie grzały

Arkadiusz miał mieszane uczucia:

Rozumiem. W takim razie napijmy się może samej herbaty. Pani zabierze kiełbasę do domu.

Zawiedziona Stanisława ze złością odebrała pojemnik.

Arkadiusz natychmiast przeczytał jej zamiary po ściągniętych brwiach.

Niech pani nie otwiera! krzyknął przerażony, zamykając nos chusteczką i uciekając pod ścianę.

Ale Stanisława już otworzyła pudełko, powąchała i wzruszyła ramionami:

Pachnie normalnie! Ojej, wy mieszczuchy wydziwiacie. Nie chce pan próbować, to nie, sama zjem.

Z impetem postawiła pojemnik na stole i zaczęła nalewać herbatę do filiżanek.

Arkadiusz podszedł z wahaniem.

Gorąca herbata przyjemnie rozgrzewała od środka, poprawiając nastrój. Spojrzał ukradkiem na dziewczynę, która zajadała kiełbasę z apetytem.

Wołowa? zapytał.

Mhm mruknęła z pełnymi ustami.

Wygląda apetycznie. I pachnie! Właściwie pachnie bardzo dobrze

W ustach Arkadiusza zebrała się ślina. Ciało nie rozumiało rozterek rozumu.

Westchnąwszy z rezygnacją, powiedział:

Temperatura w szatni nie powinna przekraczać dwudziestu dwóch stopni, teoretycznie mikroorganizmy wtedy

Co? przerwała mu Stanisława.

Nagłe olśnienie na jej okrągłym podbródku błyszczała kropla tłuszczu, na nosie też pojawiła się plamka. Myśli Arkadiusza plątały się:

Ale pachnie! Aż ślinka cieknie Może przesadzam z ostrożnością. Przecież nie wiadomo jak to przechowywano. Patrząc po niej, raczej się tym nie przejmowała

Mając takie wyrzuty sumienia, mężczyzna pił herbatę, gdy w żołądku zaczynało już… burczeć.

Wtedy wydarzyło się coś niepojętego. Jego ręka sama sięgnęła po plaster kiełbasy. Skórka delikatnie pękła pod zębami.

Mmm Rewelacja Kto to robił?

Ja przecież! zarumieniła się Stanisława.

Arkadiusz jadł i jadł, zamykając oczy z rozkoszy.

Brak mi słów

Stanisława uradowana wytarła usta rękawem fartucha, potem i oczy.

No, w końcu pan spróbował! Mówiłam, że dobre. Gotuję od dziecka!

***

W ramach podziękowania za kolację Arkadiusz uparł się odprowadzić Stanisławę na przystanek.

Zaczęli rozmawiać. Okazało się, że Stanisława ma dopiero dwadzieścia trzy lata.

O wiele, wiele za młoda.

Czekali dobrych dziesięć minut na autobus żaden nie nadjeżdżał.

Chce pan, to jutro przyniosę domowe ciastka zawstydzona uśmiechnęła się dziewczyna. Sama je piekę, nie kupuję w sklepie. Woli pan z marchewką czy z twarogiem?

Każde lubię.

To upiekę oba rodzaje.

Niewiarygodne, ale Arkadiusz już z niecierpliwością czekał na jutro. Zapomniał nawet o swoich obliczeniach, a w nocy śnił mu się wstydliwy sen: Stanisława rozbierała się powoli, ściągając koszulę z ramienia.

Obudził się z rozpalonymi policzkami.

No ładnie Przeżyłem czterdzieści lat i nagle jakby ktoś rzucił urok.

Część 2

Przed spotkaniem z przyszłymi teściami Arkadiusz oczywiście się denerwował. Gdy taksówka trzęsła nimi po dziurach, zdjętą czapkę wygładzał na głowie cienkie już włosy, próbując ukryć przerzedzającą się łysinę.

Jeszcze dzień wcześniej Stanisława, w swoim pokoju, wyciągała mu pęsetą siwe włosy.

Arkadiusz ogolił się na gładko, ubrał elegancki garnitur, założył krawat, spryskał się wodą toaletową.

Stanisława przytuliła się do niego policzkiem i przymknęła oczy jak kotka.

Spodobasz im się! pocieszała. Moja mama to kobieta zrozumienia, a ojczym to już w ogóle złoty człowiek, wszystkim dogadza.

Ile ona ma lat?

Czterdzieści pięć.

A ja już czterdziestka. Myślisz, że mnie zaakceptuje?

No coś ty, tak? A jakby co, powiem, że jestem w ciąży.

Nie warto kłamać na samym początku przeraził się Arkadiusz.

Dojechali. Gdy Arkadiusz wyszedł z samochodu, wiatr wyrwał mu z rąk czapkę, o mało nie rzucając jej w zaspę.

Była zima. W Warszawie takich śniegów nie widział.

Stanisława błyskawicznie zapłaciła kierowcy, chwyciła za torby swoje i Arkadiusza i pomaszerowała pod dom.

Takiego domu Arkadiusz nie widział nigdy na żywo przysadzisty, z krzywym dachem przykrytym popękanym eternitem, z kominem, na którym tkwił stary przypalony garnek.

Stare drzwi obite kocem z trudem się otworzyły, piszczały drewniane klepki kryte szmacianymi chodnikami, ściany ledwo trzymały się pionu, pobielone kilkoma warstwami wapna. Arkadiusz aż nie wierzył, że można tu mieszkać.

Boże święty, co za rudera Jak oni tu mogą żyć? pomyślał z przerażeniem.

Wciąż miał nadzieję, że to tylko domek letniskowy czy rybacka chatka.

Ale gdy Stanisława szepnęła mu, by zdjął buty i wprowadziła do jednej izby, zrozumiał, że nie żartuje.

W środku stała kobieta w grubej flanelowej szlafrokowej sukni.

Mama, to Arkadiusz, mój narzeczony. Opowiadałam ci o nim przez telefon.

Od kobiety bił suchy chłód.

Dzień dobry powiedziała, patrząc go od stóp do głów.

Ton głosu szedł jak ostre szkło.

Żartujesz, dziecko? Ile wy macie lat?

Arkadiusz zaczął się jąkać.

Nazywam się Arkadiusz, razem ze Stanisławą pracujemy

Ile pan ma lat?! podniosła głos matka.

Czterdzieści.

A moja córka dwadzieścia trzy! Starszy pan o przepaść lat!

Ale ja ją kocham Pracuję, mam mieszkanie w Warszawie, mam nawet działkę poza miastem

Ale samochodu brak!

Mam wadę wzroku, nie prowadzę, ale jeśli to takie ważne mogę nauczyć Stanisławę jeździć!

Żeby uczynić z mojej córki służącą?! podniosła się matka. Chyba się panu pomyliły czasy! Dawno pańszczyznę zniesiono!

Słowo daję, to nie tak Chciałbym się z nią ożenić, potem pobrać w kościele, mieć dzieci Obiecuję szczerość.

Zza pieca wyłonił się uśmiechnięty mężczyzna około trzydziestki ojczym Stanisławy. Przystojny, smukły, o śniadej cerze i dziewczęcych ustach.

Czarne loki sterczały w nieładzie; Arkadiusz musiał przyznać, że facet prezentuje się jak rasowy ogier.

Andrzeju, nie musisz się nim zachwycać. Nie wydam córki za tego starego naciągacza! odparowała matka.

Mamo! krzyknęła Stanisława. Jak możesz tak traktować gościa?! Idę z nim.

Nie puszczę!

Kłótnia narastała, Arkadiusz chciał się ulotnić.

Powoli wyplątał palce Stanisławy ze swojej dłoni i podszedł do drzwi.

Przepraszam, Stanisławko. Jeśli twoja mama nie chce Lepiej się pożegnajmy. Nie zamierzam się jej sprzeciwiać.

A ona mnie może upokarzać?! wyrzuciła dziewczyna, łzy w oczach. Ona może przyprowadzać sobie kochanka na oczach wszystkich, a ja mam się temu przyglądać?! Potem wyrzuca mnie z domu, by mogła się swobodnie kochać?!

Nie pyskuj! ryknął Andrzej.

Zamilcz! jeszcze głośniej matka.

Rzuciła się wymiana obelg, a Arkadiusz, skulony, wymknął się za drzwi tylko kątem oka zobaczył lecący w jego stronę taboret.

Ratuj mnie, Panie powtarzał w myślach, biegnąc przez wieś, by znaleźć taksówkę lub przystanek.

Stres dławił mu pierś.

Co mi z tej żony? Siedziałbym teraz spokojnie w laboratorium Niepotrzebnie zgodziłem się na ten cyrk!

Wyciągnął telefon brak zasięgu.

Wykończony, wrócił pod dom poznany po przypalonym garnku na kominie.

Przed drzwiami była już cisza.

Drzwi skrzypnęły wyszła Stanisława z torebkami.

Arkadiuszku, ty tu? Bałam się, że uciekłeś na zawsze!

Musiałem złapać oddech trochę skłamał.

Skoro mama nie dawa mi zgody, uciekam z tobą oznajmiła.

Arkadiusz milczał. Buty miał cienkie, kożuszek nie grzał, nogi mu zamarzały i zaczął podskakiwać, próbując rozgrzać stopy.

Miłość stawała się coraz mniej ważna.

I w ogóle czy on tego chce? Czy potrzebuje Stanisławy z taką rodziną?

***

Na progu pojawiła się matka Stanisławy, narzuciwszy watowany kożuch i w walonkach, jak prawdziwa polska gospodyni.

Nie chcesz mnie szanować, twoja sprawa rzekła z dumą. Teraz on za ciebie odpowiada.

Stanisława skinęła głową:

Wolę już być z nim, niż tu. Arkadiusz to porządny człowiek! Mamo, zamów chociaż taksówkę.

Jeszcze czego. Radźcie sobie sami.

Stanisława bezradnie stuknęła Arkadiusza w bok:

Kochany, zrób coś!

Arkadiusz, zmarznięty tak bardzo, że aż zgrzytał zębami, zdobył się na ostatni wysiłek:

Nie ma tu zasięgu. Może ktoś z sąsiadów pomoże zadzwonić po taksówkę.

Nagle poczuł, jak nogi się pod nim uginają, wpadł w śnieg, łapiąc powietrze.

Co się dzieje?! wrzasnęła Stanisława, w panice. Arkadiusz ledwo szepnął:

Głowa mi wiruje. Nie sądziłem, że tu zdechnę. Chcę do domu

Nieeee! zawyła Stanisława. Arkadiusz był przekonany, że otwarło się przed nim piekło.

***

Kiedy przyjechała wiejska pielęgniarka i zrobiła mu zastrzyk, powoli odzyskiwał świadomość.

Rozejrzał się po pokoju z krzywym sufitem, wapnem na ścianach. Usłyszał głos pielęgniarki:

Proszę się nie ruszać, musi pan poleżeć.

Co mi jest? jęknął.

Kryzys nadciśnieniowy. Nie wolno panu się denerwować.

A ja nigdy się nie denerwowałem aż do dziś

Przed oczami mignęła twarz przyszłej teściowej:

Jeszcze i chory! krzywiło się oblicze.

Mamo, odejdź! wtrąciła się Stanisława.

Dziewczyna podała mu herbatę, pomagała pić z łyżeczki.

Pielęgniarka przymierzała się do wyjścia; Arkadiusz próbował ją zatrzymać:

Może zabierze mnie pani ze sobą?

Dokąd?

Przecież chyba pani przyjechała karetką?

Nie, ja tu mieszkam i pracuję.

Stanisława odsunęła herbatę, patrząc mu w oczy:

Chcesz uciekać? Nie musisz. Z mamą się dogadałyśmy. Wybaczyła nam.

Arkadiusz, który już nie chciał się żenić, bał się spojrzeć jej w oczy.

Dogadałyście się wasza sprawa. Jak wyjdę stąd żywy, uciekam. I żaden kobieta już mnie nie dostanie, nawet jakby prosiła

***

Arkadiusz Glebowicz skończył pracę i wyjął z szafy płaszcz.

Skończyłem. Proszę się zebrać, mówiłem pół godziny temu. Zamykam laboratorium.

Laborantka trzydziestodwuletnia okularnica mocno się zarumieniła.

Przyniosłam dziś ciasto. Może napijemy się herbaty?

Nie! aż wykrzyknął Jaka herbata w pracy? Tu się pracuje, nie popija!

Przecież już po godzinach przypomniała dziewczyna.

Proszę iść do domu! krzyknął.

Uśmiech zgasł na jej twarzy. Spakowała rzeczy i wyszła.

Wariat rzuciła szeptem odchodząc.

Arkadiusz odetchnął i zamknął laboratorium na klucz.

Pośpieszył do mieszkania.

Był na miejscu, gdy zegar wybijał ósmą.

Stanisława otworzyła drzwi na dźwięk zamka.

Dobry wieczór Arkadiuszu Glebowiczu.

Co na kolację? rzucił, nie patrząc na nią.

Rosół z kaczki i pierogi z ziemniakami.

Znakomicie. Jestem głodny. Zanotuj, ile ci jestem winien za zakupy dodam do wypłaty na koniec miesiąca.

Arkadiusz rozebrał się, umył ręce, wszedł do kuchni.

Stanisława dreptała wokół.

Wciąż jesteś zły na moją mamę? Przecież przyznała się, że tylko się przestraszyła, że taki bogaty, szanowany naukowiec po prostu mnie oleje Chciała mi podnieść wartość! Nic wielkiego A ja cię i tak kocham.

Arkadiusz mieszał zupę łyżką, nie mogąc cieszyć się jedzeniem.

Boisz się tej domowej awantury? Przecież nie jest nudno! Tak zawsze kłótnie, a potem zgoda No, trochę przesadziłyśmy, ale co z tego?

Arkadiusz wstał, objął Stanisławę za ramiona i wyrzucił ją do korytarza, potem na klatkę, wciskając jej rzeczy do rąk.

Już późno, idź do domu. Jutro nie musisz przychodzić, pierogi zjem sam, pojutrze zawitasz.

Gdy zamknął przed płaczącą dziewczyną drzwi, wrócił do kuchni i spokojnie dokończył kolację.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

osiemnaście + dziewiętnaście =

Zastanowiłem się nad ślubem Arkadiusz godzinami siedział w laboratorium, nieustannie przelewając pł…