**Dziennik osobisty**
Dziś znów wybuchłam.
— Więc ta bestia jest dla ciebie ważniejsza niż dzieci?! — warknęłam, wycierając piątą dziś kałużę z kafelków.
Dywan w kuchni już dawno trafił do śmieci. Kiedy stało się jasne, że nawet najlepsze środki nie poradzą sobie z upartym nawykiem znaczenia terenu, po prostu go zwinęłam i wyniosłam.
Ale problem nie kończył się na dywanie. Wojtek otworzył puszkę kukurydzy, wysypał zawartość do miski i rzucił wszystko do zlewu. Na stole – okruszki, kubek z resztkami kawy i otwarty słoik dżemu z wbitym w środek nożem. Na podłodze – kawałki pluszowego dinozaura i porwane poduszki.
A posprzątać to wszystko, oczywiście, musiałam ja.
— Nie krzycz tak — mruknął Wojtek, grzebiąc w lodówce. — To tylko pies. Jeszcze się nie przyzwyczaił.
Wyprostowałam się. W moich oczach odbijało się podrażnienie, które kipiało od tygodni. Wręczyłam mu mokrą ścierkę.
— Świetnie. Więc sam po nim sprzątaj. Przypomnę, że to tylko pies, a ja to tylko twoja żona. Tylko matka twoich dzieci. I my, tylko twoja rodzina, już dusimy się od jego zapachów i znaków!
Kopnęłam kłębek waty i wyszłam do sypialni, omijając „bohatera” całego zamieszania. Pies, Burek – wielki, szary, ze smutnymi oczami – siedział w przejściu i patrzył. Nie skomlał, nie chował się. Jakby nie widział w tym swojej winy.
Przypomniałam sobie, jak to się zaczęło…
…Dwa miesiące temu Wojtek wrócił do domu z tą kudłatą kupą kłopotów.
— Krzysiek wyjeżdża. Na długo — zaczął mąż. — Mówi, że psa zabrać nie może, za dużo problemów. A ja pomyślałem… Burek potrzebuje rodziny. Dzieci nauczą się odpowiedzialności. Będzie super.
Wojtek uśmiechał się wtedy, jakby właśnie uratował świat. Moje odczucia były dokładnie odwrotne. Jakby bez pytania adoptował kogoś obcego.
— Dobrze. Niech zostanie. Ale kto go będzie wyprowadzał, karmił, sprzątał? — wiedziałam, co usłyszę.
— Razem. Jesteśmy rodziną. Tylko z spacerami problem… Ty wracasz wcześniej z pracy. Możesz brać to na siebie?
Ciężko westchnęłam, ale skinęłam głową. Przeczuwałam, że nic z tego nie wyjdzie, ale wyjścia nie było. Może intuicja mnie zawodzi?
Niestety, obawy się potwierdziły…
Starałam się. Kupiłam zabawki, miski na podstawce, oglądałam filmy o szkoleniu psów. Burek w odpowiedzi odwracał się tyłem. Dosłownie i w pełni. Jego panem był Wojtek. Resztę traktował jako niechciany dodatek.
W pierwszym miesiącu Burek zdarł tapetę w przedpokoju, pogryzł podłokietnik fotela, rozszarpał wszystkie poduszkI gdy w końcu zamknęłam drzwi za Wojtkiem i Burkiem, w domu zapanowała cisza, w której po raz pierwszy od dawna mogłam w pełni odetchnąć.



