Zaprosiłam do swojego życia… na własną zgubę — Tato, skąd te nowe nabytki? Okradłeś sklep z antyk…

Zgotowałem sobie na własne życzenie

Tato, co to za nowinki? Okradłeś sklep z antykami? zapytała Martyna, unosząc brwi z niedowierzaniem i przyglądając się białej, szydełkowanej serwetce na swojej komodzie. Nie miałam pojęcia, że masz słabość do staroci. Gust masz jak babcia Zofia…

Martynko? A czemu bez telefonu? Zbigniew wyszedł z kuchni niepewnym krokiem. My… To znaczy, ja, się ciebie nie spodziewałem…

Ojciec starał się wyglądać na pogodnego, ale miał niepewny, niemal winny wzrok.

Już widzę, że się nie spodziewałeś burknęła Martyna i skierowała się do salonu, gdzie czekały ją następne niespodzianki. Tato… Skąd to wszystko? Co się tu dzieje?

Martyna nie poznawała swojego mieszkania.

…Gdy odziedziczyła je po babci, wszystko wyglądało ponuro. Stare meble z PRL-u, wypukły telewizor na obdrapanej szafce, zardzewiałe kaloryfery, miejscami odłażąca tapeta… Ale to było jej własne M.

Do tego czasu Martyna zdążyła zaoszczędzić parę groszy. Wszystko wpakowała w remont, ale nie byle jaki. Wybrała styl skandynawski: jasne kolory, minimalizm, wszystko, by dwupokojowe mieszkanie wydawało się większe. Z miłością rozstawiała akcenty, dobierała zasłony pod kolor, rozkładała puszyste dywany…

Ale teraz jej gęste, nieprzepuszczające światła zasłony zastąpił zwykły kapronowy tiul. Włoska kanapa zniknęła pod syntetycznym pledem w tygrysie paszcze. Na stoliku stała różowa plastikowa waza, wypełniona sztucznymi, równie różowymi kwiatami.

To był jeszcze pół biedy. Najgorzej Martynę drażniły zapachy. Z kuchni dochodził tłuszcz i aromat smażonej ryby. Czuć było tytoń. A przecież jej ojciec nigdy nie palił…

Martynko, rozumiesz… odezwał się wreszcie Zbigniew. Sprawa jest taka… Nie jestem tu sam. Już miałem ci powiedzieć, ale… nie wyszło.
Jak to nie sam? zgubiła się Martyna. Tato, tego się nie umawialiśmy!
Martyna, przecież rozumiesz, że moje życie nie skończyło się na twojej mamie. Jestem jeszcze młodym facetem, nawet emerytury nie dostaję. Mam prawo do własnego życia, nie?

Martyna zaniemówiła. Oczywiście, ojciec miał prawo spotykać się z kim chce. Ale nie w jej własnym mieszkaniu!

…Rodzice rozwiedli się rok temu. Mama przeszła przez zdradę ojca z zadziwiającą obojętnością, jakby pozbyła się ciężaru. Całkowicie oddała się samorozwojowi i spotkaniom z przyjaciółkami, których miała więcej, niż czasu na nudę.

Ojciec się załamał. Wrócił do swojego starego mieszkania sprzed ślubu i przeraził się. Przez dziesięć lat wynajmował je lokatorom, aż ostatni zasnął z papierosem. Brakowało mu pieniędzy na remont, więc zapomniał o tym M. Nadal go nie sprzedał, ale nie planował tam mieszkać.

Stricte rzecz biorąc, tam w ogóle nie dało się żyć. Czarna sadza na ścianach, wybite okna, pleśń na parapetach… To miejsce bardziej przypominało kryptę z horroru niż mieszkanie.

Martynko, nie wiem, jak mam tu żyć… poskarżył się wtedy ojciec z ciężkim westchnieniem. Tu aż strach przebywać, nim wyremontuję, przyjdzie zima, a ja nie dam rady. Nawet nie mam takich pieniędzy, żeby wszystko ruszyć. Jak zamarznę, to mój los…

Martyna nie wytrzymała. Nie mogła patrzyć, jak człowiek, który ją wychował, mieszka w czymś takim. A gdyby coś mu się stało? A jej mieszkanie stało przecież puste niedawno wyszła za mąż i zamieszkała z mężem. Po kiepskich doświadczeniach ojca z wynajmującymi, nie planowała nikomu go wynajmować.

Tato, zamieszkaj u mnie zaproponowała. Jest gotowe, wygodne. Remontuj u siebie powoli, potem się przeprowadzisz. Jeden warunek: żadnych gości.
Naprawdę mogę? zdziwił się ojciec. Martynko, dziękuję! Uratowałaś mnie, naprawdę. Obiecuję, będzie spokojnie i cicho.

No właśnie… Spokojnie…

Gdy przypominałem sobie tę rozmowę, drzwi do łazienki otworzyły się, wypuszczając chmurę pachnącej pary. Z łazienki wyszła kobieta, około pięćdziesiątki, w Martyninym szlafroku. Jej ulubionym. Teraz ledwie zakrywał okazałe kształty nieznajomej.

O, Zbyszek, mamy gościa? zapytała grubym, przepalonym tonem, uśmiechając się protekcjonalnie. Mogłeś uprzedzić, bo chodzę w domowym stroju.
A pani kim właściwie jest? zapytała Martyna mrużąc oczy. I skąd pani ma mój szlafrok?
Jestem Halina, ukochana twojego taty. Czemu się denerwujesz? Szlafrok i tak wisiał nieużywany.

Martynie zaczęła gotować się krew.

Proszę natychmiast zdjąć wycedziła.
Martyna! błagał ojciec, stając między nimi. Nie zaczynaj awantury! Halinka tylko…
Halinka tylko założyła cudzą rzecz w cudzym domu! przerwała Martyna. Tato, mi się w głowie nie mieści! Przyprowadziłeś tu swoją kochankę i pozwoliłeś jej grzebać w moich rzeczach!

Halina teatralnie przewróciła oczami i usiadła na pledzie z tygrysem.

Ale z ciebie buc oznajmiła. Gdybym była na miejscu Zbyszka, to już byś miała za swoje. Rozmawiasz z ojcem bez szacunku! To, że on żyje z inną kobietą, nie powinno cię obchodzić, kochanieńka.

Martyna oniemiała. Obca kobieta w jej domu zaraz robi z niej smarkacza.

Rzeczywiście nie powinno… zgodziła się. Dopóki nie dzieje się to w moim domu.
W twoim? Halina uniosła brwi, patrząc na Zbigniewa.

Ten stał pod ścianą, skulony, wzrok przeskakujący od zirytowanej córki do zuchwałej partnerki. Najwyraźniej liczył, że burza sama minie, ale prognoza właśnie się pogorszyła.

Ach… Mój tata nie powiedział wam? uśmiechnęła się lodowato Martyna. Ja powiem. On tu tylko gości. To mieszkanie jest moje, każda szklanka kupiona za moje pieniądze. Pozwoliłam mu tu mieszkać, ale nie myślałam, że zacznie sprowadzać swoje… ukochane panie.

Halina zrobiła się purpurowa.

Zbyszek?.. jej głos stwardniał. Co ona wygaduje? Mówiłeś, że to twoje mieszkanie. Okłamałeś mnie?

Ojciec jeszcze mocniej wtulił się w ścianę, czerwony ze wstydu.

No… Halinko, nie tak to ująłem. Nie zrozumiałaś mnie chyba. Mam swoje mieszkanie, tylko nie to. Nie chciałem cię zamęczać szczegółami.
Nie zamęczać?! Dziękuję! Przez ciebie mam teraz słuchać wymówek od obcych!

Martynie skończyła się cierpliwość.

Proszę wyjść powiedziała cicho.
Co? wcięła się Halina.
Opuśćcie to mieszkanie. Oboje. Macie godzinę. Potem rozmawiamy zgodnie z prawem. Zgotowałam sobie na własne życzenie…

Martyna ruszyła do drzwi, ale Zbigniew nagle oderwał się od ściany i złapał ją za rękaw.

Córeczko! Wyrzucisz własnego ojca na bruk? Wiesz, co się tam dzieje! Zginę tam!
Ojciec chwycił ją za rękaw. Serce Martyny zadrżało. Przed oczami stanęły dziecięce wspomnienia, poczucie obowiązku, litość wobec starszego. Gula rosła w gardle.

Ale kątem oka zobaczyła Halinę.

Siedziała w obcym szlafroku, noga na nodze, patrząc z nienawiścią. Wiedziała, że jeśli teraz się ugnie, to za dzień ta kobieta wymieni zamki i wyklei nowe tapety.

Tato, jesteś dorosły. Wynajmij mieszkanie ucięła, wyzwalając rękę. Sam sobie winien. Umawialiśmy się, że będziesz mieszkać sam, a ty sprowadziłeś kogoś obcego, pozwoliłeś jej nosić moje rzeczy i zamienić mój dom w bałagan…
A niech ci stanie w gardle ten dom! przerwała Halina. Chodź, Zbyszek. Nie poniżaj się przed nią. Wyhodowałeś niewdzięczną…

Pół godziny zbierania rzeczy i sprawę załatwiono. Ojciec wychodził milczący, skulony, jakby starszy niż jest. Wzrok miał jak zbity pies na deszczu. Ale Martyna nie ugięła się nawet o milimetr.

Kiedy wyszli, najpierw pootwierała okna, by przewietrzyć wonie ryby, papierosów i tanich perfum. Potem zebrała szlafrok, pled i wszystko, co zostawiła Halina. Wyniosła wszystko do śmietnika. Następnego dnia zamówiła ekipę sprzątającą i ślusarza do wymiany zamków. Nie mogła znieść dotyku tamtej kobiety na jej rzeczach.

…Minęły cztery dni.

Teraz w mieszkaniu Martyny nie było nic zbędnego. Żadnych sztucznych kwiatów, żadnych podejrzanych „aromatów”. Mieszkała z mężem, ale myśl, że odzyskała swoje mieszkanie, rozjaśniała jej dzień.

Z ojcem nie rozmawiała. Czwartego dnia sam zadzwonił.

Halo Martyna odebrała niechętnie.
I co, jesteś zadowolona? zapytał ojciec, wyraźnie pijany. Halina odeszła. Zostawiła mnie…
No niespodzianka nie powstrzymała się Martyna. Daj zgadnąć. Opuściła cię, jak zobaczyła, jak wygląda twoje prawdziwe mieszkanie i ile tam roboty?

Ojciec pociągnął nosem.

Tak… Wstawiłem farelkę, spałem na materacu. Wytrzymała trzy dni… Potem wrzasnęła, że jestem dziad i oszust. Zabrała manatki i poleciała do siostry. Zmarnowała czas… Ale my się przecież kochaliśmy, Martyna!
Nie było tam żadnej miłości. Ty szukałeś wygody, ona też. Oboje źle zainwestowaliście.

Zapadła cisza. Ojciec nie powiedział ostatniego słowa.

Źle mi tu samemu, córciu powiedział w końcu. Tu strasznie… Pozwól mi wrócić? Będę sam! Przysięgam!

Martyna spuściła wzrok. Ojciec siedział tam, w zniszczeniu i chłodzie, sam sobie zgotował ten los. Najpierw zdradził mamę, potem okłamał córkę, potem bajerował Halinę.

Żal jej było ojca. Ale współczucie mogło ich zatruć.

Nie, tato. Nie wpuszczę cię. Wynajmij ekipę, zrób remont. Naucz się żyć w tym, co sobie sam przygotowałeś. Jedyne, co mogę, to polecić dobrych fachowców. Jeśli będziesz potrzebować, odezwij się.

Rozłączyła się.

Okrutnie? Może. Ale nie chciała już, by ktoś brudził jej szlafrok i duszę. Nie ze wszystkiego da się wrócić czasem łatwiej nie wpuszczać brudu do swojego życia.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

3 × 1 =

Zaprosiłam do swojego życia… na własną zgubę — Tato, skąd te nowe nabytki? Okradłeś sklep z antyk…