**Przeminęła miłość.**
Siedziałem dziś wieczorem przy kuchennym stole, patrząc na moją żonę, która milczała, zamyślona.
– Dlaczego jesteś taka cicha? – zapytałem, gdy postawiła przede mną podgrzaną kolację.
– Znowu weszłeś późno… – szepnęła.
– Brałem nadgodziny… na koniec kwartału będzie premia.
Mam trzydzieści pięć lat, pracuję w banku, a w domu czeka na mnie rodzina: żona i trzy córki – sześcioletnia, czteroletnia i roczna. Ostatnio – a to „ostatnio” trwa już dobrych parę lat – nie miałem ochoty wracać. Zostawałem po godzinach, wałęsałem się po Wrocławiu… dopiero późnym wieczorem przekraczałem próg mieszkania. Męczyły mnie krzyki dzieci, bałagan, pieluchy, nieprzespane noce… i ta żona, wiecznie zajęta, zmęczona, w starym szlafroku, z niedbale związanym włosem i sińcami pod oczami.
Kiedy siedem lat temu ożeniłem się z tą uśmiechniętą, pełną życia dziewczyną z pracy, czy myślałem, że małżeństwo stanie się takim ciężarem? Nie, początki były piękne – urodziła się pierwsza córka. Starałem się pomagać w domu, by żona miała czas dla siebie – na fryzjera, manicure. Rok później znów zaszła w ciążę – uznaliśmy, że urodzimy dwójkę od razu, by potem mieć spokój. Druga córka była niespokojnym dzieckiem: przez pół roku płakała w nocy, a ja przychodziłem do pracy niewyspany, z czerwonymi oczami. Wreszcie się uspokoiła, życie wróciło do normy. Dzieci poszły do przedszkola, żona wróciła do pracy… i wtedy niespodzianka – kolejna ciąża.
Protestowałem – „Gdzie nam jeszcze jedno? Mamy ledwie środki na dwójkę!”. Ale żona rozpłakała się, urządziła awanturę. W końcu ustąpiłem, licząc, że tym razem będzie syn. Ciąża była trudna, żona często leżała w szpitalu. Ja zostałem z dwójką maluchów – przedszkole, pranie, sprzątanie… Jej rodzice mieszkają daleko w Suwałkach, a moja matka jest schorowana i sama potrzebuje pomocy.
Trzecie dziecko też nie dało nam spokoju – płakało, uspokajając się tylko na rękach matki. Żona nie wypuszczała córki z rąk. I powoli zacząłem rozumieć, że nie chcę już tu wracać.
„Co widziałem przez te siedem lat? Na początku chodziliśmy do kina, na kawę, na wystawy, nawet jeździliśmy nad morze… A teraz? Pieluchy, płacz, brak snu…” – krążyło mi po głowie.
Nie pragnąłem już żony, intymność mnie nie pociągała… Wracałem późno, gdy dzieci spały. Nie mogłem na nią patrzeć – szkoda mi było tej niegdyś pięknej kobiety. Ale jeszcze bardziej żal mi było siebie. Musiałem to zmienić.
W pracy koledzy chwalili się wyjazdami na Malediwy, pytali, kiedy ja wreszcie zabiorę rodzinę nad Bałtyk. Milczałem. Komu miałem powiedzieć, że marzę, by uciec choć na kilka dni?
– Wojtek, jestem w ciąży… – szepnęła żona, osuwając się na krzesło.
Zamarłem, łyżka z zupą zawisła w powietrzu.
– Zwariowałaś?! Nie pamiętam nawet, kiedy ostatnio się kochaliśmy! – wrzasnąłem.
– To już dwunasty tydzień… nic nie da się zrobić – odpowiedziała cicho.
– To szaleństwo! Mam dość! To nie życie, to więzienie! Spójrz na siebie – kiedy ostatnio byłaś u fryzjera? Mówiłaś, że się zabezpieczacie! Wyglądasz jak upiór! Nie chcę cię widzieć. Wychodzę. Zostajesz z dziećmi, rób, co chcesz!
– Dokąd idziesz? A co z nami? – jedna łza spłynęła jej po twarzy.
– Zostawiam wam mieszkanie i wszystko, co w nim jest. Zabiorę tylko auto i pojadę do matki. Nie mogę na ciebie patrzeć! – krzyczałem, już przy drzwiach.
Wyszedłem, trzaskając drzwiami.
*Nigdy nie sądziłem, że miłość może tak zgorzknieć. Czasem największym błędem jest trwać tam, gdzie już nie ma nic, tylko obowiązek.*



