Zamknięta szkoła w Brzezinach

Zosia zaczęła kaszleć o trzeciej w nocy — nie tym zwyczajnym, dziecięcym pochrząkiwaniem, tylko suchym, urywanym dźwiękiem, od którego Ewa Konieczna zerwała się z łóżka, zanim jeszcze w pełni się obudziła. W pokoju córki paliła się tylko lampka nocna w kształcie księżyca. Zosia siedziała na łóżku, oparta plecami o ścianę, i próbowała złapać oddech między jednym atakiem kaszlu a drugim.

— Mamusiu, mnie tu piecze — powiedziała i dotknęła gardła.

Termometr pokazał trzydzieści osiem i dwie. Ewa przyłożyła dłoń do czoła córki, potem do karku, jakby drugi pomiar mógł zaprzeczyć pierwszemu. Nie zaprzeczył. Wyjęła z szafki test antygenowy, ostatni z opakowania kupionego jeszcze wiosną, i czekała piętnaście minut, siedząc na brzegu wanny, bo w łazience było ciszej niż w kuchni, gdzie mąż spał na kanapie z laptopem otwartym na dokumentach z pracy. Dwie kreski pojawiły się, zanim minęło dziesięć minut.

Rano, kiedy Ewa jechała do pracy z workami pod oczami i telefonem, na którym co chwila odświeżała wyniki testów innych rodziców z klasy Zosi, myślała tylko o jednym: że jest nauczycielką w tej samej szkole, do której chodzi jej córka, i że dziś, w piątek, to ona razem z dyrektorem będzie decydować, czy tę szkołę zamknąć.

Trzeci tydzień roku szkolnego. Klasa siódma b, dwadzieścia sześć osób, a od poniedziałku brakowało już ośmiu. W środę — jedenastu. W czwartek pielęgniarka szkolna, pani Halina, weszła do sekretariatu bez pukania, co samo w sobie było wydarzeniem, bo pani Halina zawsze pukała, nawet do własnego gabinetu.

— Dyrektorze — powiedziała do Tadeusza Wrony, który akurat próbował wydrukować rozkład zastępstw na drukarce psującej się regularnie co drugi dzień — mamy siedemnaście potwierdzonych przypadków. I to tylko tych, których rodzice się przyznali.

Ewa stała w progu z listą nieobecności klasy piątej w ręku, na której czwartą linijką od góry było nazwisko własnej córki. Papier drżał jej w palcach na tyle, że litery rozmazywały się przed oczami, choć w gabinecie nie było przeciągu.

— Piątka też ma siedmioro chorych — powiedziała, a głos wyszedł jej twardszy, niż zamierzała. — Moja córka wśród nich.

Wrona spojrzał na nią znad drukarki, która akurat zacięła papier w połowie kartki.

— Wiem, Ewo. Wiem.

Tadeusz Wrona miał pięćdziesiąt cztery lata, dwadzieścia dwa z nich przepracowane w Szkole Podstawowej numer 3 w Brzezinach, i doskonale pamiętał tamten marzec sprzed sześciu lat, kiedy wszystko zamknęli na wiosnę bez zapowiedzi. Nie chciał tego powtórki. A jednak w piątek po południu, po konsultacji z sanepidem w Łodzi i z burmistrzem, podpisał zarządzenie: szkoła zamknięta od poniedziałku na dziesięć dni. Dezynfekcja, nauka zdalna dla klas starszych, dla młodszych — po prostu wolne.

Ewa podpisała się pod tym zarządzeniem jako wychowawczyni, wiedząc, że w tym samym momencie w domu jej własne dziecko leży z gorączką, którą ona sama, przez tę szkołę, mogła gdzieś złapać i przynieść.

Wiadomość poszła przez dziennik elektroniczny o dwudziestej pierwszej trzydzieści. Mąż siedział obok niej na kanapie, telewizor lał się w tle powtórką meczu Widzewa, której nikt już nie słuchał.

— Znowu? — zapytał, nie odrywając wzroku od ekranu.

— Dziesięć dni.

— A Zosia?

Ewa nie odpowiedziała od razu. Wstała, poszła do pokoju córki, usiadła na skraju łóżka i słuchała, jak Zosia oddycha przez sen — płytko, z tym samym suchym świstem, który obudził je obie w nocy. Przyłożyła dłoń do jej pleców, żeby wyczuć każdy oddech osobno, bo liczenie oddechów było jedyną rzeczą, jaką mogła w tej chwili zrobić.

Sobota minęła spokojnie, ale w niedzielę wieczorem gorączka podskoczyła do trzydziestu dziewięciu i jeden, a kaszel zmienił brzmienie — z suchego stał się głębszy, jakby dochodził z klatki piersiowej, nie z gardła. Zosia płakała, że boli ją brzuch od kaszlu, i nie chciała jeść. Ewa zadzwoniła na nocną pomoc lekarską, czekała czterdzieści minut w kolejce telefonicznej, wsłuchując się w każdy oddech córki leżącej obok niej na kanapie, licząc sekundy między wdechem a wydechem, jakby mogła w ten sposób kontrolować to, na co nie miała żadnego wpływu.

Lekarka na dyżurze, po opisaniu objawów, kazała jechać na SOR, „na wszelki wypadek, przy takiej gorączce u dziecka z dusznością". Mąż wyciągnął z garażu starego passata, który tej nocy akurat zapalił za pierwszym razem, jakby wiedział, że nie ma czasu na kaprysy. Ewa siedziała z tyłu, trzymając Zosię na kolanach owiniętą w koc, i przez całą drogę do szpitala w Łodzi powtarzała jej do ucha, że zaraz będzie lepiej, chociaż sama w to nie do końca wierzyła.

Na SOR-ze czekały dwie godziny. Saturacja dziewięćdziesiąt cztery, potem dziewięćdziesiąt trzy. Lekarz, młody, w okularach zaparowanych od maski, osłuchał Zosię i powiedział słowo, którego Ewa się bała najbardziej: „obserwacja". Zosię przyjęli na oddział na noc, podłączyli kroplówkę i tlen przez wąsy donosowe, bo saturacja nie chciała się podnieść sama.

Ewa siedziała przy łóżku córki do rana, na krześle, które ktoś jej przysunął z korytarza, trzymając rękę Zosi w swojej, czując, jak drobne palce zaciskają się na jej dłoni za każdym razem, gdy dziewczynka zaczynała kaszleć przez sen. Za oknem sali robiło się szaro, potem różowo, aż wreszcie jasno, a saturacja na monitorze przy łóżku ustabilizowała się na dziewięćdziesięciu ośmiu.

Rano lekarz powiedział, że to reakcja zapalna oskrzeli po infekcji, dość częsta u dzieci w tym wieku, i że jeśli tlen nie będzie już potrzebny do wieczora, mogą jechać do domu z receptą i zaleceniem obserwacji.

Zosię wypisano po południu. W drodze do domu, w tym samym passacie, dziewczynka zasnęła z głową opartą o ramię matki, a Ewa przez całą drogę patrzyła na jej klatkę piersiową unoszącą się i opadającą w równym rytmie, bojąc się odwrócić wzrok choćby na sekundę.

Dziesiątego dnia zamknięcia, w środę, dyrektor Wrona zwołał radę pedagogiczną — częściowo online, częściowo w sali gimnastycznej. Liczba zachorowań spadła. Sanepid dał zielone światło. Szkoła miała otworzyć się w poniedziałek.

Wtedy właśnie zadzwoniła matka jednego z uczniów, pani Barbara Dudek, prowadząca sklep z zabawkami przy dworcu, i zażądała rozmowy z dyrektorem osobiście, nie przez sekretariat.

— Panie dyrektorze, ja rozumiem procedury, ale mój syn ma astmę. Dziesięć dni to za mało. Skąd pan wie, że w poniedziałek to się nie powtórzy?

Ewa, która akurat siedziała w gabinecie obok, o mało nie wtrąciła się sama, bo miała ochotę powiedzieć tej kobiecie, że wie dokładnie, co znaczy bać się o dziecko z chorymi płucami, że spędziła noc na krześle na oddziale, patrząc na monitor saturacji. Ugryzła się jednak w język, bo nie była tu matką, tylko nauczycielką, i te dwie role akurat w tym gabinecie musiały pozostać rozdzielone.

Wrona wysłuchał pani Barbary do końca, nie przerywając.

— Pani Barbaro — powiedział w końcu — dam pani coś, czego nie mogę dać wszystkim: zaświadczenie, że syn może kontynuować naukę zdalną jeszcze przez dwa tygodnie, bez utraty ocen, jeśli lekarz to potwierdzi. Ale szkoły dla reszty nie zamknę drugi raz bez powodu.

To był kompromis, żaden happy end z filmu, po prostu kompromis, jaki da się wynegocjować w małym mieście, gdzie dyrektor zna z imienia większość rodziców, bo kiedyś razem chodzili do tej samej podstawówki.

W poniedziałek Ewa wróciła do pracy. Zosia jeszcze kaszlała, słabiej, ale bez świstów, więc mąż zawiózł ją do szkoły swoim passatem. Na tablicy ogłoszeń zdjęto kartkę o zamknięciu. Ktoś powiesił nową: informację o szczepieniach przeciw grypie i covid dostępnych bezpłatnie w przychodni przy ulicy Kościuszki od piątego października, dla osób powyżej sześćdziesiątego roku życia i przewlekle chorych.

Ewa stanęła przy tej kartce z termosem w ręku — tym samym, który dostała na Dzień Nauczyciela jeszcze w Zabrzu, zanim przeprowadzili się z mężem pod Łódź — i pomyślała o mamie, która mieszkała sama w Sieradzu, miała siedemdziesiąt jeden lat i cukrzycę, i której nie udało się namówić na szczepienie ani rok, ani dwa lata temu. Pomyślała o krześle na oddziale, o dźwięku alarmu pulsoksymetru, kiedy saturacja spadała poniżej dziewięćdziesięciu czterech, i o tym, że nie chce nigdy więcej siedzieć przy takim łóżku, jeśli da się temu jakoś zapobiec.

Wieczorem zadzwoniła do matki.

— Mamo, w Brzezinach będą szczepić od piątego października. Zapiszę cię, wezmę wolne, zawiozę cię tutaj.

— Ewuniu, po co mi to. Ja jestem zdrowa.

— Mamo. Zosia spędziła noc na tlenie w szpitalu, bo szkoła się nie upilnowała. Ja nie chcę cię chować w listopadzie, rozumiesz? Nie chcę siedzieć przy twoim łóżku tak, jak siedziałam przy jej.

Milczenie w słuchawce trwało długo, przerywane tylko trzaskiem złej linii. W końcu matka powiedziała cicho:

— Zapisz mnie. Ale sama zawieziesz, bo autobusem to ja się boję, że nie trafię.

Ewa zapisała termin na kartce z kalendarza wiszącego w kuchni, tuż obok listy zakupów i rysunku Zosi przedstawiającego ich psa, Bercika. Piąty października, dziesiąta rano, przychodnia przy Kościuszki. Podkreśliła datę czerwonym flamastrem, dwa razy, tak mocno, że papier prawie się przedarł.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

16 − jedenaście =

Zamknięta szkoła w Brzezinach