Zamieszanie wokół kota
Moja mama po przejściu na emeryturę osiadła na dobre we wsi, powoli przyzwyczajając się do mentalności miejscowych. Mnie, odwiedzającego rzadko, ciągle zadziwiała prostota i bezceremonialność wiejskich pracowników.
Pół roku temu pod drzwiami zjawił się kociak. Wychudzony, brudny. Prawdziwy sierota. Łaził za mamą, miaucząc żałośnie. W okolicy nie było żadnych dorosłych kotów. Mama się zlitowała. Napoiła mlekiem, wykąpała, wypieliła pasożyty (na wsi to syzyfowa praca, ale podejście miała pedantyczne). Kociak zadomowił się, zrozumiał, że nikt go nie wyrzuci, i rozpanoszył się na całego.
Po pół roku był już okazałym puchatym dachowcem, władającym podwórkiem i okolicą, przeganiającym rywali z wrzaskiem i hałaśliwymi bójkami. Mama karmiła go od serca, aż w młodym wieku przerastał rozmiarem większość wiejskich mruczków.
Ostatnio dzwoniła, niemal płacząc. Kot zniknął. Trzeci dzień go nie ma.
— Przecież to kot — dziwiłem się. — Poszwęta się i wróci.
— Nie rozumiesz — martwiła się. — Codziennie przychodzi. Nalewam mu mleko do pełnej miski. Nigdy nie opuścił.
Pojechałem w piątek. Sofa usiana sierścią, miska wielkości miednicy — wszystko na miejscu. Kota brak. Przeszukałem krzaki, nawoływałem. Bez skutku.
Wtedy wyszła sąsiadka, starsza wiejska dama, miłośniczka domowych trunków.
— Pawle, kota szukasz?
— Tak, Ireno. Zgubił się, przeklęty.
— Kowalscy go ukradli — mruknęła chytrze.
Kowalscy — rodzina trzy domy dalej. Staruszka z córką i zięciem. Córka niedawno znalazła pracę w Krakowie, przyjeżdża tylko na weekendy. Ja ledwo ich znałem, ale Irena, jako nestorka, wiedziała wszystko. Podziękowałem i poszedłem do Kowalskich.
Długo nikt nie otwierał. W końcu drzwi skrzypnęły, a staruszka Kowalska stanęła w progu. Z wnętrza dobiegał znajomy basowy wrzask — nasz Mruczek. Jan Kiepura przy nim milczał.
— Nino, nie widziałaś naszego kota? — zacząłem dyplomatycznie.
— Jakiego kota? — mrugała niewinnie. — Żadnego kota nie widziałam.
— A kto tak wrzeszczy?
— Telewizor może — udawała. — Nic nie wiem.
Mruczek jednak nie dał się oszukać. Zwęszywszy swój dom, rzucił się do drzwi, przewracając staruszkę. Wypadł pod moje nogi, wczepił się pazurami w spodnie — oderwać nie sposób. „Ratuj, porwali mnie!”
— To nasz kot — oświadczyłem stanowczo, podnosząc go.
— Wasz? — udawała zdziwienie. — Myślałam, bezpański. Chciałam nakarmić.
Bezpański? Tłusty, wypielęgnowany futrzak, karmiony śmietaną i Whiskasem?
— Nasz — powtórzyłem, odchodząc.
W domu — radosne powitanie. Mama i kot rzucili się sobie w ramiona. Mruczek wciągał jedzenie, aż uszy trzeszczały. Zazdrościłem — moja porcja była mniejsza.
Ale jestem lekarzem. Same fakty nie wystarczą. Po co kraść akurat tego kota? Na wsi kotów jak psów.
Źródło wiedzy — tylko Irena. Wziąłem „apteczkę pierwszej pomocy” (200 ml), poszedłem w odwiedziny. Po pierwszym kieliszku opowiedziała historię: córka Kowalskich zakochała się w kocie, postanowiła go porwać do miasta. Staruszka trzy dni nękała go sucharami — Mruczek wzgardził. W końcu złapała go w worku. Córka miała go zabrać w sobotę, ale ja przyjechałem wcześniej.
Matka pokiwała głową. Ciężko intelektualiście na wsi.
W niedzielę Kowalscy kręcili się koło domu. Mruczek, zobaczywszy ich, ryknął i schował się pod kanapę. Najlepszy dowód winy.
Porozmawiałem z „włamywaczami”. Zięć patrzył jak cielę, córka syczała, staruszka groziła policją. Machnąłem ręką na całą telenowelę. Kupiłem obrożę z chińskim nadajnikiem, założyłem Mruczkowi. Przez dwa dni próbował ją zdjąć — daremnie. Gruba szyja go zdradziła.
Po dwóch dniach kot znów zniknął. Sprawdziłem telefon — nadajnik wskazywał Kowalskich. Poszedłem.
Staruszka otworzyła, twarz i ręce poorane szramami. Z domu wybiegli córka z zięciem — on z czterema szramami jak Wolverine, ona z zakrwawionymi bandażami.
— Oddajcie kota!
— Nie mamy go! — wrzeszczeli.
— Jestem lekarzem — skłamałem. — Wszczepiłem mu nadajnik. Tu macie dowód.
Zięć zaklął, wyrzucił Mruczka.
— Zabieraj! Daruj sobie! Daruje całe mieszkanie, żre buty, drapię się jak szatan!
Więcej nie próbowali. Obrożę Mruczek zdarł i zakopał w krzakach.



