Przypłynęłam przez mleczną mgłę wieczoru do kręcącego się miasta Warszawy, które w tym śnie wydawało się być labiryntem pełnym starych, pachnących krochmalem kamienic. Wszystko było trochę rozmyte, a ulice tańczyły wokół mnie jak serpentyny. Dostałam od mojej mamy tajemniczy, ciężki pierścionek mojej babci jej imię to była Jagoda, choć wszyscy mówili na nią Jadźka, z tych dawnych pokoleń, co znikały za cieniem welonu. Ten pierścionek wyglądał jak odłamek ze snu, z dziwnym, topornym wzorem, jakby był wyrzeźbiony przez ślepego jubilera podczas białych nocy. Zsunął mi się z palca, był za duży i za stary na moje życie w tej wirującej rzeczywistości.
Wydawało mi się, że skoro rzecz należała do mnie mogę ją przetopić lub zamienić na coś, co istnieje naprawdę. Przemknęłam przez krzaki wzdłuż obłoków do jubilera na rogu ulicy Marszałkowskiej, a on, mrugając sennie, wymienił mi pierścionek na połyskujący, nowoczesny sygnet oczywiście musiałam dopłacić jeszcze garść złotych polskich monet, które w śnie brzęczały jak wróble za oknem.
Podekscytowana, zadzwoniłam do mamy, która w tym śnie wydawała się być ptakiem zrywającym się z gniazda. Opowiedziałam jej o moim nowym nabytku, a ona zaczęła krzyczeć przez telefon, jakby chciała przebić się przez różowe chmury w mojej głowie:
Jak mogłaś tak zrobić?! Oddałaś pierścień, nie pytając mnie ani babci. Przecież to pamiątka z przeszłości, zawieszona między ziemią a snem.
Próbowałam jej wyjaśnić kiedy coś jest już moje, mogę decydować o jego losie. Ale dostawałam tylko echo jej oburzenia, burzę, której nie mogłam uciszyć. Rozłączyłyśmy się jak dwa statki we mgle. Potem znów dzwoniła, lecz w śnie tylko patrzyłam na telefon, który zmieniał się w klatkę z motylem, a ona wysłała mi SMS-a, w którym napisała, że ten pierścionek był raczej do przechowania niż na własność. Stałam się strażniczką cudzego czasu, zamkniętą w tej roli. Po co mi to było? Posępna kotka Klementyna, mojej babci, przesunęła się pod drzwiami i zamruczała coś o zapomnieniu.
Moja babcia wciąż żyje, ociera się o czas z mamą i ze mną, w tych sennych kłótniach, przecinając powietrze jak stare radio na strychu. Co to za relikwia? Czy to tylko kula u nogi, czy fragment naszej opowieści?
Czytałam tę opowieść poprzedniej nocy w sennym feedzie na fejsbuku i nie umiałam jej odłożyć. W moim sennym świecie nie wyobrażam sobie, by rozstać się z pamiątką rodzinną nawet jeśli przypomina owińca, a nie dzieło sztuki. W polskich rodzinach przedmioty to mosty przez czas. Bartłomiej, mój sąsiad ze snu, pokazuje mi starą spinkę dziadka, mówiąc, że moda wraca nawet do końca świata. Może za dwadzieścia lat ktoś ze snu zakocha się w starym pierścionku, a dzieci będą pytać: A czyja to była biżuteria?. Tak toczą się polskie opowieści z zapętlonymi refrenami.
Dziewczyna w tym śnie wymieniła pierścionek na nowy, błyszczący, tak jakby złoto starej Warszawy mogło się rozpłynąć w neonach. Ale przecież można oddać go do złotnika, niech obudzi to, co zapomniane. Wtedy i pamiątka żyje, i biżuteria jest użyteczna, przekazywana dalej, jako senny klucz do rodzinnej historii.
A gdyby zostawić pierścionek na dnie szuflady i kupić sobie świecidełko? Każdy wybiera, na co pozwala mu sen.
W tym śnie jestem całkiem po stronie matki. Rozumiem jej gniew, bo sprawy rodzinne w Polsce są jak zupa grzybowa gotowane na wspomnieniach, nie na smaku. Prezenty rodzinne nie powinny być oddawane ani zamieniane, przynajmniej nie w sennych wersjach świata, gdzie każdy przedmiot jest zaklęciem. A pierścionek babci Jagody to już magia.
Ale, jeśli spojrzeć z drugiej strony lunety, zrozumiałam, że dziewczyna w śnie mogła być przezroczysta dla wspomnień. Nosi rzeczy, które mają sens teraz, nie za dekadę. W snach jest pełno rodzinnych pamiątek porzucanych na pchlim targu na Grzybowskiej. Może lepiej nie mieć pętli czasu na ręku, tylko podążać za oddechem teraźniejszości?
Gdzieś głęboko w tym śnie zobaczyłam, że nawet matka nie przekazała dalej prostych prawd. Wszystko się zamienia, kręci, oddala, a pamięć gaśnie jak ostatnia świeczka na stole podczas listopadowego święta zmarłych.



