Grażyna, najstarsza córka, wydała ogólny wyrok rodzinny. Z charakterem pełnym zgorzknienia i wygórowanymi żądaniami wobec narzeczonych, nigdy nie poślubiła, a do trzydziestki zamieniła się w zgorzkniałą misjonarkę przeciwko mężczyznom rany żołądkowej bolącej, koszmar mężczyzny w ludzkiej skórze.
Złodziejka! rzuciła, jakby wbiła to w kość. Młodsza córka, Jadwiga, pulchna i śmieszna, uśmiechnęła się przychylnie. Matka milczała, lecz na jej ponurym obliczu widać było, że nienawidziła tej nowej synowej. Co mogło jej się podobać? Jedyny syn, oparcie i nadzieja rodziny, odszedł na służbę wojskową i przywiózł ze wschodu żonę. Żona ta nie miała ani ojca, ani matki, ani grosza. Nie wiadomo, czy dorastała w domu dziecka, czy trafiła do rodziny. Tadeusz, syn, milczył, żartując, że nie martw się, mamo, zdobędziemy własne bogactwo. Rozmawiaj więc z tym maruderem co on wprowadził do domu? Może złodziejka, oszustka. Kto wie, ile już ich się pojawiło!
Od chwili, gdy nowa synowa zwana Przychodniczką wkroczyła do domu, Varvara Nikiticzyna nie spała po nocach. Przysypiała jedynie w półświecie, czując, że zaraz nastąpi jakiś podstęp, gdy zacznie grzebać po szafach. Dziecięca ciekawość ciągle ją podżegała: Matko, schowaj cenne rzeczy w rodzinnych kieszeniach złoto, futra. Bo co się może stać? Rano obudzimy się i znajdziemy jedynie kupkę śmieci!
A Tadeusz, choć milczał, nie mógł powstrzymać, co się działo: Kogo wprowadziłeś do domu? Gdzie były twoje oczy? Żadna skóra, żadne oblicze!. Nie było wyboru trzeba żyć. Zaczęli więc przystosowywać Przychodniczkę. Dom był bogaty: 30 arów pól, trzy świnie w zagrodzie, ptaki wliczane nie liczyć. Praca nie ustawała, lecz Przychodniczka nie narzekała. Gotowała, sprzątała, opiekowała się świnami. Starała się przypodobać teściowej. Lecz jeśli serce matki nie dało zgody, nawet złoto nie dało spokoju, wszystko było nie tak i źle.
Pierwszego dnia niechciana synowa, dręczona wstydem, wykrzyknęła:
Zwracaj się do mnie po imieniu i patronimicznie. Tak będzie lepiej. Mam już własne córki, a ty, choćbyś się starała, nie będziesz mi bliższa niż własne dzieci.
Od tej chwili Przychodniczka stała się Varvarą Nikiticzyną, a matka już nie nazywała jej synową. Trzeba coś zrobić powtarzała matka, nie chcąc poddawać się rozradowaniom. Nie dała też żadnej niechcianej krewniaczce spokoju; każde zdanie skrupulatnie wstawiano w kolejności. Czasem matka musiała powstrzymać rozlewające się córki, nie z litości dla Przychodniczki, a z potrzeby utrzymania porządku w domu. Dziewczyna pracy nie bała się niczego, nie była leniwa, a matka, nie przyznając się, powoli rozmarzała.
Jednak Tadeusz wyruszył w daleką podróż. Co czeka mężczyznę, gdy od rana do nocy dwa głosy ciągle go nękają: Na kogo się ożeniłeś, na kogo się ożeniłeś? Grażyna przedstawiła mu przyjaciółkę, a sprawy przyspieszyły, zaczęły się kręcić. Słowiańskie kuzynki świętowały zwycięstwo: Teraz nienawistna Przychodniczka zostanie wyprowadzona. Matka milczała, a Przychodniczka udawała, że nic się nie stało, jedynie oczy jej przygasły, a twarz przybrała smutny wyraz. Nagle, jak grzmot w letnim niebie, dwie wieści: Przychodniczka spodziewa się dziecka, a Tadeusz z nią się rozwodzi.
Nie może tak być powiedziała matka Tadeuszowi. Nie zaaranżowałam ci tej żony.
Aż się ożenisz, żyj! Nie ma co drzeć. Wkrótce będziesz ojcem. Rozbijesz rodzinę, wygnam cię z domu i nie będę cię znała. A Jadzia tu zostanie.
Po raz pierwszy w życiu matka wypowiedziała imię Przychodniczki. Siostry zamarły. Tadeusz wybuchł: Jestem mężczyzną, decyduję. Matka jednak, opierając ręce w biodrach, zaśmiała się: Jakiś mężczyzna? Ty wciąż nosisz spodnie! Urodź dziecko, wyhoduj je, daj mu rozum, a dopiero będziesz prawdziwym mężczyzną!.
Matka nigdy nie kryła słów, a Tadeusz nie miał już nic do powiedzenia. Gdy miał zamiar odejść, zostawił Jadzia i po odpowiednim czasie urodziła dziewczynkę. Nazwała ją Weroniką. Matka, gdy się o tym dowiedziała, nie powiedziała nic, choć widać było jej radość.
Z zewnątrz dom nie zmienił się, lecz Tadeusz zgubił drogę do domu i poczuł urazę. Matka, choć przeżywała, nie okazywała tego. Kochając wnuczkę, rozpieszczała ją, kupowała prezenty, słodycze. Jadzia nie wybaczyła matce, że straciła syna przez nią, lecz nigdy nie skarżyła się słowem.
Minęło dziesięć lat. Siostry wyszły za mąż, a w wielkim domu pozostały troje: matka, Jadzia i Weronika. Tadeusz został powołany i odjechał z nową żoną na północ. Do Jadzi podszedł emerytowany oficer, starszy od niej, po rozwodzie zostawił jej mieszkanie, sam mieszkał w akademiku. Otrzymywał emeryturę, był poważnym kandydatem na męża. Jadzia go polubiła, choć nie wiedziała, dokąd go zaprowadzi do teściowej!
Wyjaśniła mu wszystko, poprosiła o wybaczenie i odeszła. Nie będąc głupcem, ten zszedł na kolana przed matką: Varvaro Nikiticzyno, kocham Jadzę, nie mogę bez niej żyć.
Matka nie poruszyła mięśnia na twarzy.
Kochasz? rzekła. No to zamieszkajcie razem.
Zamilkła, dodając:
Nie pozwolę cię wyciągać Weronki po mieszkaniach. Zostańcie u mnie.
Wszyscy zamieszkali razem. Sąsiedzi drzelili języki, dyskutując, jak szalona Nikiticzyna wyrzuciła własnego syna, a Przychodniczka przyjęła go z otwartymi ramionami. Niektórzy gadały, że nikogo nie obierał, inni, że Varvara nie myła sobie kości. Ona nie zwracała uwagi na plotki, nie rozmawiała z sąsiadkami, nie snuła opowieści o młodości, trzymała się z dumą i nieprzystępnością. Jadzia urodziła Klementynę. Matka nie mogła się cieszyć z wnuczek A co to za wnuczka? myślała.
Los niespodziewanie uderzył. Jadzia zachorowała poważnie. Mąż się załamał, pewien czas nawet zalał się alkoholem. Matka, milcząc, wyjęła wszystkie pieniądze z książeczki i zawiozła Jadzię do Warszawy. Zlecała leki, pokazywała lekarzy, lecz nic nie pomagało.
Rankiem Jadzia poczuła się lepiej i poprosiła o rosół z kurczaka. Zadowolona matka natychmiast zabiła kurę, obrała ją i ugotowała bulion. Gdy przyniosła potrawę, Jadzia nie mogła jej zjeść i po raz pierwszy w życiu zapłakana rozpadła się. Matka, której nigdy nie widziano płaczącej, zaczęła płakać razem z nią:
Czemu, dziecko, odchodzisz, kiedy cię tak pokochałam? Co robisz?
Po chwili uspokoiła się, otarła łzy i rzekła:
Nie martw się o dzieci, nie zginą.
Do końca nie wypowiedziała już słowa pełne łez, siedziała obok, trzymała Jadzię za rękę i delikatnie głaskała, jakby błagała o przebaczenie za wszystkie krzywdy.
Kolejne dziesięć lat upłynęło. Weronika miała wyjść za mąż. Przyjechały Grażyna i Jadwiga, starsze, pogrążone w żalu. Żadna z nich nie dostała dziecka. Zgromadziła się cała rodzina. Tadeusz przybył, choć z żoną już się rozstał i popijał mocny trunek. Gdy zobaczył, jak piękna stała się Weronika, rozpromienił się. Nie spodziewałem się takiej córki. Gdy usłyszał, że jej ojciec jest inny, przygniótł się do matki, obarczając ją winą: Ty wpuściłaś do domu obcego mężczyznę. Nie ma tu miejsca dla niego. Ja jestem ojcem!.
Matka odrzekła:
Nie, synu. Nie jesteś ojcem. Jak byłeś w szortach, tak nie wyrósłeś w mężczyznę.
Powtórzyła to, jakby wbijając w serce. Tadeusz nie wytrzymał upokorzenia, spakował rzeczy i znów wyruszył w świat. Weronika wyszła za mąż, urodziła syna i nazwała go Aleksanderem, na cześć przybranego ojca. W zeszłym roku pogrzebano Babcię Weronikę obok Jadzi.
Leżą teraz w rzędzie: synowa i teściowa. Wiosną między nimi wyrosła wierzba skąd się wzięła, nikt nie wie. Nie posadzono jej celowo. Czy to pożegnanie od Jadzi? Czy ostatnie przebacz od matki?



