ZAGINIONY SYN

Słuchaj, kochana, muszę ci opowiedzieć, co się stało z Bronisławą i jej małym Łukaszem. Bronisława wychowywała synka sama. Po tym, jak wyszła za mąż z pijanym chłopakiem, który od razu po porodzie zniknął, rozwiodła się, bo on był prawdziwym hulaką. O wsparcie i w portfelu to był jej tata, Stanisław Kowalski. Bez niego nie wyobrażała sobie, jak ogarnąć życie.

Po rozwodzie pieniądze prawie zniknęły, były na minusie, a byłyk nie płacił żadnych alimentów. Bronisława musiała szukać roboty. Wtedy tata westchnął i rzekł:

No cóż, musisz iść do pracy. Ja będę z Łukaszem. Nie martw się, damy radę.

Tak więc Łukasz spędzał cały czas z dziadkiem. Bronisława trochę mu zazdrościła chłopiec był tak przywiązany do starego, że nie chciało się jej zostawiać go samego, a w pracy nie było czasu na nic.

Jednego ranka, kiedy już szykowała się do wyjścia, Łukasz nagle podskoczył i z radością krzyknął:

Dziadku, jedziemy po grzyby, prawda? Super!

Bronisława odwróciła się do taty i spytała:

Tato, naprawdę? Gdzie się wybierzecie?

Do Puszczy Białowieskiej, mówią, że tam pod grzybami jak grzybki.

Stanisław był zapalonym grzybiarzem i wędkarzem, od małego uczył wnuka tego fachu. Bronisława nie sprzeciwiała się, więc zgodziła się:

No dobra, tylko nie wracajcie po zmroku, dobrze?

Jak już będziemy wracać późno, to weźmiemy dwa wiaderka i od razu w drogę, co nie, Łukaszu? mrugnął dziadek.

Do miejsca docelowego dojechali autobusem, a potem szli pieszo. Puszcza Białowieska zaczyna się już na wyjeździe z Białegostoku, więc siedmioletniemu Łukaszowi nie było trudno dojść.

Kiedy już nieco wstąpili w las, podjechał samochód.

Cześć, Stasiek, po co to znowu? Po grzyby?

Znamionował w kierowcy starego znajomego Andrzeja Mazura. Stasiek odpowiedział:

Słyszałem, że w Białowieży pod krzakami podgrzybki.

A wiesz, że w Białowieży już wszystko wykopali. Poza tym, w Puszczy Knyszyńskiej jeszcze coś się znajdzie. Jadę tam teraz, chcesz podwieźć?

Jeśli nie masz nic przeciwko, podwieź nas.

Andrzej zostawił Stasia i Łukasza przy granicy Puszczy Knyszyńskiej. Umówili się, że wrócą autobusem, a jak nie uda się złapać odjazdu, zadzwonią do Andrzeja, który ich podjedzie.

Łukasz wesoło podskakiwał, ciągnąc za rękę dziadka. Ten zawsze wszystko mu tłumaczył, nie szczędził odpowiedzi na milion pytań małego chłopca. Dziadek był dla Łukasza jak bohater, który zna wszystkie tajemnice lasu.

Grzybów naprawdę było pod dostatkiem. Zanurzeni w poszukiwaniu, zapędzili się głęboko w las, gdy nagle dziadek, machając rękami, upadł.

Łukasz najpierw nie przestraszył się. Podszedł do Stasia i zapytał:

Dziadku, coś się stało?

Stanisław nie odpowiedział, nie ruszył się. Chłopiec poczuł się przerażony. Zrobił wszystko, co mógł, i przewrócił go na plecy. Potrząsał go, ale dziadek dalej nie reagował. Łukasz krzyknął:

Dziadku, wstań! Proszę, wstań! Boję się, nie zostawiaj mnie!

Wieczorem Bronisława wróciła do domu i nie znalazła chłopca ani dziadka. Natychmiast dzwoniła do taty, ale telefon nie miał zasięgu. Myślała: Gdzie oni są, może jeszcze w lesie?. Po godzinie zaczęła się niepokoić, po dwóch godzinach już siedziała w komisariacie, rozgadując się z dyżurnym: Mój synek z dziadkiem jest w lesie, nie wrócili!. Dyżurny, słysząc słowa: Dziecko z dziadkiem! Las! Nie wrócili!, od razu wezwał wolontariuszy.

Wolontariusze ruszyli prędko. Nie minęły dwie godziny, a pierwsza ekipa, razem z Bronisławą, która nie chciała już dłużej czekać w domu, i kilkoma policjantami, rozpoczęła przeszukiwanie Puszczy Białowieskiej.

Łukasz początkowo płakał, patrząc na nieruchomego dziadka. Potem powiedział sam do siebie:

Spokojnie, mały, dziadek nauczył cię nie panikować. Weź się w garść!

Uderzył się w policzek, co trochę go uspokoiło. Potem przypomniał sobie:

Muszę sprawdzić, czy dziadek jeszcze oddycha.

To go najbardziej przerażało co jeśli nie oddycha?

Z trudem wziął się w garść i położył głowę na brzuchu dziadka. Klatka piersiowa słabo, ale wyraźnie się podnosiła.

Oddycha! Oddycha! ucieszył się chłopiec. Musi tylko poczekać, aż dziadek się obudzi.

Łukasz usiadł i zaczął czekać, próbując jeszcze zadzwonić do mamy, ale nie było zasięgu. Więc po prostu czekał.

Zaczął się ściemniać. Łukasz wspominał wszystko, co dziadek mówił o przetrwaniu w lesie.

Gdy nastąpi noc, a dziadek nie odzyska przytomności, zmarznie na tej zimnej ziemi. Nie mogę tak stać, muszę działać!

Wyciągnął z plecaka zapalniczkę, zebrał kilka cienkich gałązek i rozłożył mały płomień. Nie od razu, ale w końcu ogień zapłonął.

Teraz muszę zgromadzić drewna, zanim zrobi się zupełnie ciemno. Potrzebuję tyle, by przetrwać całą noc.

Zaczął łupać gałęzie z sosny i podawał je pod dziadka.

Nie zamrozisz się, dziadku. Zgarnę jeszcze trochę i razem się ogrzejemy, tak jak zawsze uczyłeś.

Noc była straszna. Dźwięki lasu przerażały go aż do łez. Leżał przy cieplejszym boku dziadka, owinięty kocem z wełny.

Kiedy ogień gałłował, Łukasz heroicznie podnosił się z pod leśnego koca i dosypywał drewna.

Pamiętam, dziadku, ogień nie może zgasnąć. Pamiętam.

Rano wypił trochę herbaty z termosu, po czym położył połowę płynu w ustach dziadka, podnosząc mu lekko głowę.

Potrzebna woda, bez niej nie da się przetrwać pomyślał.

Niedaleko zobaczyli leśne źródełko. Zanim dotarł do wody, Łukasz spojrzał w bok i zobaczył krzaczki z czerwonymi jagodami.

To jagody wilcze, nie wolno ich jeść przypomniał sobie słowa dziadka. Nie zjem ich, ale przydadzą się później. Napełniłem termos jagodami i ruszyłem w stronę źródła, zostawiając po sobie szlak z czerwonych ziarenek.

Poszukiwania w Puszczy Białowieskiej trwały już trzeci dzień. Las był już przeszukany wiele razy. Z miasta ciągle przyjeżdżali nowi ochotnicy, słysząc o zaginięciu.

Łukasz i dziadek wydawali się jakby zniknąć w lesie. Bronisława nie spała trzy dni, oczy podkrążały się czarnymi kręgami, biegała między wolontariuszami, błagając ich, by nie przestawali szukać. Unikała samego lasu, ale strach o synka dawał jej siłę.

Czwartego dnia wolontariusze zaczęli odwracać wzrok od rozpaczy matki. Jeden z nich, nabierając odwagi, podszedł i rzekł:

Statystyki mówią, że po trzech dniach w lesie szanse na odnalezienie żywych są małe. Poza tym, sprawdziliśmy już ten teren. Za lasem jest bagno, może warto tam zajrzeć

Bronisława wykrzyknęła:

Nie! Dziadek znał ten teren, nigdy nie zaprowadziłby Łukasza do bagno! Są żywi, wiem to! Musimy dalej szukać!

Piątego dnia Bronisława wychodziła z lasu na opadających nogach. Nagle podjechał samochód i wytrąciła z drogi. Z niego wysiadł Andrzej Mazur dobry znajomy ojca Bronisławy.

Bronisławo, co tu się dzieje? zapytał, patrząc na grupę ochotników i ludzi.

Usłyszawszy o tragedii, Andrzej nagle zbladł.

Tak… właśnie pięć dni temu dowoziłem ich do Puszczy Knyszyńskiej.

Chodź tutaj, przyjdźcie wszyscy! krzyknęła Bronisława.

Po kilku godzinach młody studentochotnik krążył wraz z grupą w Puszczy Knyszyńskiej. Poczuł dym i podążył w jego stronę. Przy ledwo tlących się ogniu leżały dwie sylwetki, okryte wełnianymi kołdrami.

Chłopak, nie wierząc w cud, zawołał cicho:

Łukasz!

Zaskoczenie wolontariusza było ogromne, gdy jedna z postaci chłopiec poruszył się.

długo nas szukaliście. Dziadek już kilka razy przytomny był, dałem mu wody i chlebka. Żyje, tylko nie ma przytomności wyszeptał słaby głos Łukasz.

Zamglony chłopiec na ramionach zamglonej matki patrzył, jak jego dziadka zawożą na karetkę.

Dziadku, żyj, potrzebuję cię! Masz jeszcze mnóstwo rzeczy, które chcesz mnie nauczyć szepnął Łukasz.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwanaście − siedem =

ZAGINIONY SYN