ZAGINIONY SYN

Bogna wychowywała syna sama. Po rozwodzie z mężem, który od początku był hulaką, została sama z małym Leszkiem. Pomagała jej w finansach i opiece jedynie ojciec ojciec Bogny, Janusz. Bez jego wsparcia nie wiedziała, jak przetrwać.

Po rozwodzie pieniądze wreźły, a byłycy mąż nie płacił alimentów. Bogna musiała znaleźć pracę, więc Janusz westchnął i powiedział:
No więc, trzeba się wziąć w garść, idź do pracy. Ja będę z Leszkiem. Nie martw się, dam radę.
Tak więc Leszek spędzał cały dzień z dziadkiem. Bogna nieco zazdrościła, bo chłopiec był bardzo przywiązany do Jana. Ona sama spędzała godziny w pracy i nie miała już czasu dla syna.

Pewnego poranka, gdy Bogna szykowała się do wyjścia, Leszek wstał nietypowo wcześnie i z entuzjazmem oznajmił:
Dziś z dziadkiem idziemy po grzyby, prawda?
Obróciwszy się do Jana, Bogna spytała:
Dziadku, naprawdę? Gdzie zamierzacie?
Do Puszczy Kampinoskiej, mówią, że już tam grzyby się pojawiły.
Janusz od zawsze był zapalonym grzybiarzem i wędkarzem, od dziecka uczył wnuka tych pasji. Bogna zgodziła się, prosząc tylko:
Nie wracajcie za późno, dobrze?
A jak już wróciemy po kilka koszy, to od razu do domu, co nie, Leszku? mrugnął dziadek.

Do końcowego przystanku dojechali autobusem, a potem przeszli pieszo. Puszcza Kampinoska zaczyna się zaraz za granicą miasta, więc nawet siedmioletni Leszek nie miał problemu z dotarciem.

Gdy już zbliżali się do lasu, przydrożny samochód zatrzymał się.
Cześć, Staszczu, po co znowu grzyby?
Rozpoznawszy kierowcę, Janusz odpowiedział:
Słyszałem, że już tam mnóstwo podgrzybków.
Nie ma już podgrzybków w Kampinoskiej, wszystko już zebrane. Pojechałbym dalej, do Puszczy Białowieskiej, tam jeszcze coś znajdziemy. Chcesz podwozić?
Jasne, podjedź, jeśli możesz.

Anatol, dawny znajomy Jana, podwiózł ich pod skraj Białowieskiej puszczy. Umówili się, że wrócą autobusem, a jeśli nie uda się, zadzwonią do Anatola, który ich odbierze.

Leszek szedł radośnie leśną ścieżką, zadając dziadkowi setki pytań. Dziadek cierpliwie odpowiadał, a chłopiec uważał go za bohatera, który zna wszystko.

Grzybów naprawdę było pod dostatkiem. Zaaferowani poszukiwaniami, wędrowali głęboko w las, kiedy nagle Janusz, machając niezdarnie rękami, upadł.

Leszek początkowo nie przestraszył się. Podbiegł do dziadka i zapytał:
Dziadku, potknąłeś się?
Dziadek nie odpowiedział, nie ruszał się. Chłopiec się przestraszył, podniósł go na plecy i próbował podnieść. Janusz nie reagował. Leszek wykrzyknął:
Dziadku, wstań! Nie zostawiaj mnie samego!

Wieczorem Bogna wróciła do domu, a jej wnuki nie było w domu. Zadzwoniła, lecz telefon był poza zasięgiem. Myślała, że pewnie jeszcze w lesie. Po godzinie niepokój przerodził się w panikę, a po dwóch godzinach stała już w komisariacie, walcząc słowami, by przyciągnąć uwagę dyżurnego. Ten, poruszony jej słowami Dziecko z dziadkiem! Nie wrócili!, natychmiast wezwał wolontariuszy.

Wolontariusze ruszyli szybko. Po dwóch godzinach pierwsza grupa, wraz z Bogną, nie chcąc czekać w domu, i kilkoma policjantami, zaczęła przeszukiwać Puszczę Kampinoską.

Leszek płakał, patrząc na leżącego dziadka, po czym powiedział sam do siebie:
Spokojnie, nie panikuj, tak jak nauczałeś mnie, nie trać głowy w trudnych chwilach. Weź się w garść!
Uderzył się lekko w policzek, co pomogło mu się uspokoić.
Sprawdź, czy dziadek oddycha dodał sobie.
Myśl, że może nie oddycha, była najgorsza. Przezwyciężając strach, położył głowę na klatce piersiowej dziadka. Klatka choć słabo, wyraźnie podnosiła się.
Oddycha! Oddycha! cieszył się Leszek. Musi po prostu poczekać, aż odzyska przytomność.

Próbował zadzwonić do mamy, lecz nie było zasięgu. Został więc sam, czekając. Wieczór zapadał. Leszek przypominał sobie wszystkie opowieści dziadka o przetrwaniu w lesie.
Gdy nadejdzie noc i dziadek nie przytomny, zamarznie na zimnym podłożu. Muszę działać!
Wziął z plecaka zapalniczkę, zebrał suche gałązki i rozniecił ognisko. Nie od razu, ale w końcu płomień rozgorzał.
Teraz potrzebujemy drewna, zanim zapadnie zmrok. Muszę zgromadzić zapas na całą noc.
Zrywał gałęzie z sosnowych drzew, nosił je i przytulał pod dziadka.
Nie zamrozisz się, dziadku. Nałóżmy je na ciebie, tak jak nauczałeś.

Noc była przerażająca. Dźwięki lasu sprawiały, że Leszek drżał. Leżał przy cieplejszym ciele dziadka, przykryty kocem z gałązek. Gdy ognisko zaczynało gasnąć, chłopiec heroicznie podchodził i dorzucał drewno.
Pamiętam, dziadku, ogień nie może zgasnąć. Pamiętam.

Rankiem wypił trochę herbaty z termosu, a resztę wlał dziadkowi, podnosząc mu głowę.
Potrzebna woda, bez niej nie przeżyjemy pomyślał.
Niedaleko znajdowali źródełko leśne. Zauważył krzew z czerwonymi jagodami.
To jagody wilcze, nie wolno ich jeść przypomniał sobie słowa dziadka. Zamiast zjeść je, napełnił termos jagodami i zostawił ślad z czerwonych ziarenek.

Poszukiwania w Puszczy Kampinoskiej trwały już trzeci dzień. Las był przeszukiwany wielokrotnie, przybywało kolejnych wolontariuszy z miasta. Leszek i Janusz zdawali się zniknąć jakby wnet wpadli w głębiny.

Bogna, nieprzespana trzy dni, z czarnymi cieniami pod oczami, biegła między ochotnikami, błagając, by nie przestawali szukać. Unikała samego lasu, lecz jej miłość do syna dawała siłę.

Czwartego dnia, pośród zmęczonych poszukiwaczy, jeden odważył się podejść i rzekł:
Statystyki mówią, po trzech dniach szanse na odnalezienie żywych maleją. Może spróbujemy w bagnach za lasem?
Nie! krzyknęła Bogna. Dziadek znał teren, nie poprowadziłby Leszka w bagno! Są żywi, wiem to! Trzeba dalej szukać!

Piątego dnia Bogna wyłaziła z lasu z kulejącą postawą. Przez drogę przejechał samochód, który gwałtownie zahamował i cofnął się. Z niego wysiadł Anatol, stary znajomy Jana.
Bogno, co się tu dzieje? zapytał, patrząc na otoczenie.
Gdy usłyszał historię, bladość go przytłoczyła.
Tak, pięć dni temu podwoziłem ich do Białowieskiej.
Tu, chodźcie wszyscy tutaj! krzyknęła Bogna.

Po kilku godzinach młody studentochotnik przemierzał Białowieską. Poczuł zapach dymu i podążył w jego stronę. Przy ledwie tliącym się ogniu leżały dwie sylwetki, przykryte kocem.
Młodzieniec, nie mając nadziei, zawołał cicho:
Leszku!
Jedna z postaci, chłopiec, poruszyła się.
Długo nas szukaliście. Dziadek kilka razy przytomny był, dawałem mu wodę i chleb. Żyje, tylko nieprzytomny szepnął Leszek.

Młody mężczyzna, trzymając w ramionach zmierzwioną matkę, patrzył, jak lekarze zanoszą dziadka do karetki.
Dziadku, żyj, potrzebuję cię! Masz jeszcze tyle do nauczenia mnie szeptał Leszek.

Ta historia pokazuje, że w najtrudniejszych chwilach nie wolno tracić wiary w siebie i bliskich. Siła rodziny i odwaga mogą przetrwać nawet najgłębszy mrok. Nie poddawaj się, bo prawdziwe wsparcie pojawia się wtedy, gdy najbardziej go potrzebujemy.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

sześć − trzy =

ZAGINIONY SYN