ZAGINIONY SYN

Wychowywałem syna sam, po rozwodzie z mężem, który od początku był pijakiem i odszedł zaraz po narodzinach. Pomagał nam w opiece i finansowo ojciec dziecka. Nie wyobrażam sobie, co bym robił, gdyby go nie było. Po rozstaniu pieniądze prawie zniknęły z domu, alimenty nie były płacone, więc musiałam szukać pracy. Pewnego dnia ojciec westchnął i rzekł:

No cóż, trzeba pracować. Ja zajmę się Jasiem, dam radę, nie martw się.

Tak więc Jaś spędzał całe dnie z dziadkiem. Zazdrościłam mu trochę, bo chłopiec był przywiązany do staruszka, a ja w pracy nie miałam już czasu dla niego.

Pewnego poranka, gdy szykowałam się do wyjścia, Jaś podskoczył niespodziewanie wcześnie i z błyskiem w oczach oznajmił:

Dziadku, idziemy dzisiaj po grzyby, nie?

Obróciłam się do ojca i zapytałam:

Tato, serio? Gdzie tym razem?

Do Puszczy Nałęczowskiej, podobno podają się podgrzybki.

Mój ojciec od lat był zapalonym grzybiarzem i wędkarzem, a od małego uczył mnie i Jasia, jak rozpoznawać pożywienie w lesie. Nie miałam nic przeciwko temu, więc powiedziałam:

Tylko nie zostawajcie nas po zmroku, dobrze?

Jak przyjdziemy po zmroku, zgarniemy po dwa wiadra i wrócimy, co nie? mrugnął dziadek.

Dojechaliśmy autobusem do ostatniego przystanku, a potem wędrowaliśmy pieszo. Puszcza Nałęczowska zaczynała się od wjazdu w miasto, więc nawet siedmioletniemu Jasiowi nie było trudno się tam dostać.

Niedaleko od wejścia nagle zatrzymał się samochód.

Cześć, Stasiek, gdzie jedziesz? Znowu po grzyby?

Rozpoznałem kierowcę jako starego znajomego Anatola. Stasiek odpowiedział:

Słyszałem, że podgrzybki w połowie pełne.

Tutaj już nic nie ma, podkradają wszystko. Jadź dalej, w Toruniu są. Idę tam, chcesz podwieźć?

Jeśli możesz, nie ma sprawy.

Anatol wysunął Stasia i Jasia przy wejściu do Toruńskiego boru. Umówiliśmy się, że wrócą w drodze powrotnej, a jeśli nie będą mogli, zadzwonią, a Anatol przyjedzie po nich.

Jaś szedł wesoło po lesie, rozmawiając z dziadkiem, który cierpliwie odpowiadał na setki pytań siedmioletniego chłopca. Dla Jasia dziadek był bohaterem, który zna wszystko.

Grzybów było naprawdę dużo. Zafascynowani, wędrowali coraz głębiej, kiedy nagle dziadek, machnąwszy rękami, upadł.

Jaś najpierw nie przestraszył się. Podszedł do Stasia i zapytał:

Dziadku, się potknąłeś?

Dziadka nie było w stanie odpowiedzieć ani poruszyć się. Chłopiec przestraszył się, podniósł go na plecy, potrząsał, ale Stasiek nie reagował. Jaś krzyczał:

Dziadku, wstawaj! Co się stało? Proszę, podnieś się!

Wieczorem wróciłam do domu i nie znalazłam Jasia i dziadka. Dzwoniłam na ojca, ale telefon był poza zasięgiem. Pomyślałam, że jeszcze nie wyszli z lasu, ale po godzinie zaczęła mnie dopadać panika. Po dwóch godzinach siedziałam w komisariacie, błagając funkcjonariusza i wyjaśniając: Dziecko z dziadkiem! Las! Nie wrócili! Strażak natychmiast wezwał wolontariuszy.

Wolontariusze ruszyli szybko. Po krótkim czasie pierwsza grupka, w skład której wchodziła i ja, podążyła w głąb Puszczy Nałęczowskiej. Jaś ciągle płakał, patrząc na bezwładnego dziadka. Po chwili powiedział do siebie:

Spokojnie, maleńki, co nauczył cię dziadek? Nie panikuj. Weź się w garść!

Uderzył się w policzek, co trochę go uspokoiło. Potem sobie przypomniał:

Muszę sprawdzić, czy dziadek oddycha.

To było najgorsze, co mógłby się stać co jeśli nie oddycha? Przezwyciężając strach, położył głowę na klatce piersiowej starszego. Klatka lekko się podnosiła.

Oddycha! zawołał. Muszę po prostu poczekać, aż odzyska przytomność.

Usiadł i czekał, próbując zadzwonić do mamy, ale nie było zasięgu. Wieczór zapadał.

Jaś przypomniał sobie wszystko, co dziadek mówił o przetrwaniu w lesie.

Gdy zapadnie noc i dziadek nie odzyska przytomności, zmarznie na zimnej ziemi. Muszę działać!

Wziął z plecaka zapalniczkę, zebrał cienkie gałązki i rozniecił ognisko. Nie od razu, ale po chwili płomień przybrał moc. Potem zebrał więcej drewna, żeby starczyło na całą noc, i podawał gałęzie pod dziadka.

Nie zamrozisz się, dziadku. Ja już przynoszę więcej, żeby nas ogrzać. Tak, jak nauczyłeś.

W nocy chłopiec drżał ze strachu, a odgłosy lasu go przerażały. Leżał przy cieple ciała dziadka, owinął się kocem z gałęzi. Gdy ognisko zaczęło gasnąć, Jaś podniósł się i dorzucił nowe drewno.

Pamiętam, dziadku, ogień nie może zgasnąć. Pamiętam.

Rano dał Jasiowi herbatę z termosu, połowę nalał dziadkowi, unosząc mu głowę. Potrzebna woda, bez niej nie wytrzymam pomyślał. Niedaleko od nich był źródlany potok. Zauważył krzak czerwonych jagód.

Jagody wilcze, nie wolno ich jeść przypomniał sobie słowa dziadka. Ale przydadzą się później. Napełniłem termos jagodami i poszedłem do źródła, zostawiając za sobą szlak z czerwonych kuleczek.

Poszukiwania w Puszczy Nałęczowskiej trwały już trzeci dzień. Las był przeszukiwany wielokrotnie, a z miasta przyjeżdżali kolejni wolontariusze. Jaś i dziadek zniknęli w lesie jakby wpadli w głębiny wody.

Ja, prawie nie spadając w sen od trzech dni, z czarnymi workami pod oczami biegałam między wolontariuszami, błagając, by nie przestawali szukać. Unikałam całego lasu, ale strach o syna dawał mi siłę. Po czwartej dobie jeden z nich, nabierając odwagi, podszedł i rzekł:

Statystyki mówią, że po trzech dniach szans na odnalezienie żywych jest mało. Las już sprawdziliśmy, za lasem jest bagno, może tam szukać?

Nie! krzyknęłam. Dziadek znał te tereny, nie zaprowadziłby Jasia do bagna! Są żywi, wiem to! Musimy dalej szukać!

Piątego dnia wyszłam z lasu, nierówno krocząc. Przejazdowy samochód nagle zahamował i cofnął się. Z niego wysiadł Anatol, znany znajomy ojca Jasia.

Lidio, co tu się dzieje? zapytał, spoglądając na grupę.

Gdy usłyszał, co się stało, jego twarz zbledła.

To pięć dni temu dowoziłem ich do Toruńskiego boru.

Chodźcie tutaj! wykrzyknęłam.

Kilka godzin później młody studentwolontariusz przemierzał Toruński las. Wciągnął go zapach dymu i podszedł do słabego ogniska, przy którym leżały dwie sylwetki owinięte kocem. Zawołał cicho:

Jasiu!

Jedna z postaci poruszyła się to był Jaś. Z trudem mówił:

Szukaliście nas długo. Dziadek kilka razy dochodził do siebie, dałem mu wody i chleba. Żyje, po prostu nieprzytomny.

Z rozpoznawalnym widokiem podniósł mnie, matkę, na ręce, patrząc jak wóz pogotowia zabiera dziadka.

Dziadku, tylko żyj! Potrzebuję cię, masz jeszcze tyle do nauczenia mnie szepnął Jaś.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

1 × dwa =

ZAGINIONY SYN