Zadzwoń do mnie, proszę…

Od rana Elżbietę prześladowało przeczucie, że coś się zdarzy. Wszystko, co miało się wydarzyć, już dawno minęło. I miłość, i rodzina, a teraz została sama. Mąż, z którym przeżyli trzydzieści sześć lat, odszedł dwa lata temu. Syn ma swoją rodzinę, dwoje dzieci, wszyscy zdrowi. Chyba jednak przeczucie święta, domyśliła się. Jutro ósmy marca.

I od razu przypomniał jej się mąż. Nie ma komu przynieść mimoz czy tulipanów. Chociaż, co ona? A Szymon, syn? Na pewno wpadnie i życzenia złoży.

Dawniej mieli działkę. Maleńki domek na sześciu przydzielonych arachnach ziemi. Kupili rodzice po tych wszystkich kryzysach. Póki pracowała, jeździła tam na urlop i w weekendy. Gdy Elżbieta przeszła na emeryturę, spędzała tam całe lato, wpadając do miasta tylko po zakupy i żeby się umyć.

Tamtego roku lato było upalne i suche. Codziennie trzeba było podlewać grządki. Mąż przyjechał jak zwykle w piątek po pracy. Od razu zauważyła jego bladość.

– Wszystko w porządku, duszno tylko – machnął ręką na jej uwagę.

– Odpocznij, ja sama skończę, niewiele zostało. Usiądź w cieniu na ławce – powiedziała.

Usiadł, oparł się plecami o nagrzaną słońcem ścianę domu, patrząc, jak podlewa warzywa z węża. Gdy skończyła i podeszła do niego, od razu wiedziała, że coś jest nie tak. Jakby drzemał. Ale gdy dotknęła jego ramienia, przechylił się na bok. Zmarł we śnie na tej ławce.

Działkę sprzedała jesienią. Nie mogła już tam jeździć. Wciąż wydawało jej się, że widzi go siedzącego na ławce. Syn ją poparł.

– Dawno powinnaś się jej pozbyć. Po co się męczyć, skoro wszystko można kupić w sklepie przez cały rok.

On sam z żoną i dziećmi jeździł na wakacje nad morze. Pieniądze z działki oddała synowi. Ma dwoje dzieci, jemu są bardziej potrzebne. A jej emerytura wystarczy. Chciała wrócić do pracy, ale syn odwiódł.

– Zarobisz grosze, a nerwy stracisz za trzy złote – powiedział.
Tak zawsze mówił mąż.

– Żeby teraz uczyć w szkole, trzeba mieć nerwy ze stali. Jeśli tęsknisz za lekcjami, ucz wnuki. Masz mnie. Jak coś, pomogę.

Tak żyła sama. Oczywiście, brakowało męskich rąk. Ale syn wzywał hydraulika, gdy coś przeciekało albo psuło się.

W ostatnich latach żyli z mężem w zgodzie. A za młodu bywało różnie. Kłócili się tak, że o mało nie doszło do rozwodu. Mąż chodził ostrożnie na boku. Ale kobiety zawsze wyczuwają. Pewnego dnia nie wytrzymała, wyrzuciła mu wszystko i wskazała drzwi. Jeszcze by zarazę do domu przyniósł.

Mąż spakował walizkę, przysiadł na kanapie przed wyjściem. I wtedy wrócił Szymon ze szkoły. Miał wtedy trzynaście lat. Zobaczył ojca z walizką i wszystko zrozumiał. Duży już był, wszystko słyszał i wiedział. Kłótnie rodziców też go męczyły.

– Będziesz mnie nienawidzić? – spytał go ojciec.

– Będę – odparł syn i wyszedł, zatrzaskując drzwi.

– Nie mogę tak! Nie mogę – powiedział mąż, klepiąc się po kolanach. Wstał i odsunął walizkę za kanapę, żeby nie raziła w oczy. – Nakarmisz mnie obiadem? – spytał, nie patrząc na Elżbietę.

Zmęczyła się awanturami i wyjaśnieniami. Jaka to różnica, czy wyjdzie dziś, czy jutro? Może nawet lepiej. Niech wyjdzie, kiedy ona i syn będą w szkole. Elżbieta nakryła do stołu, wezwała Szymona na obiad. Jedli w milczeniu.

Następnego dnia Elżbieta nie spieszyła się z pracy do domu. Gdy wróciła, od razu zajrzała za kanapę. Walizka zniknęła. Zrobiło jej się przykro i smutno. Powoli rozbierała się w przedpokoju. A potem podniosła wzrok i zobaczyła walizkę na półce pod sufitem. Wpadła do pokoju i otworzyła szafę. Na wieszakach wisiały koszule i spodnie męża. Odpuściło.

Ale gdy wrócił z pracy, Elżbieta sarkastycznie zauważyła, że szkoda, że rozpakował walizkę, bo może będzie musiał znów ją spakować.

Mąż milczał, ale już nie zostawał po godzinach, a jeśli nawet, dzwonił i uprzedzał. Od tej pory mniej się kłócili. A w ostatnich latach żyli jak para gołębi. Żeby to tak od razu.

Elżbieta starała się pamiętać tylko dobre chwile. Po co wspominać złe? Wszystkie urazy odeszły razem z mężem. Czasem dopadała ją melancholia, ale szybko mijała.

W samotności są też plusy. Rzadziej sprzątała mieszkanie. Komu tu miałby śmiecić? Gotowała sobie proste i lekkie posiłki. Za to więcej czytała, oglądała seriale. Mąż ich nie cierpiał. Siedział na kanapie, oglądał mecze i wiadomości. A ona na twardym taborecie w kuchni wpatrywała się w mały telewizor na lodówce, aż kark ją bolał. Kuchnia malutka, nie było gdzie postawić telewizora.

A teraz leżała na kanapie jak królowa, oglądając, co chciała. Myślała o wzięciu kota. Ale sierść wszędzie. I nigdy nie przepadała za zwierzętami.

Jutro ósmy marca. Może kupić tort? Ale kto go zje? Syn na pewno przyjdzie z życzeniami. Upiekła więc coś sama. I Elżbieta zaczęła szukać zeszytu z przepisami.

Może kupić kwiaty? Rozejrzała się po pokoju. Nie, będą ją tylko przygnębiać. Kwiaty powinien dawać mężczyzna. I po co? Żeby po dwóch dniach je wyrzucić?

Elżbieta upiekła babeczki z czekoladą i mandarynkami. Wnuki je uwielbiały. Przekaże je przez syna. Zmęczona, usiadła przed telewizorem. Leciał jakiś film. Już go widziała. Oczy same zaczęły się zamykać, i Elżbieta zasnęła.

Obudziło ją dzwonienie do drzwi. Ze zdumienia prawie podskoczyła. Serce zatrzepotało jak wystraszony ptak. Od dawna nikt do niej nie przychodził, odzwyczaiła się od gości. Dzwonek powtórzył się, poganiając ją.

Syn? Nie, on ma klucz. Zawsze najpierw dzwonił, a jeśli nie otwierała, wchodził sam.

Przed lustrem w przedpokoju poprawiła zmiętoszone włosy i otworzyPrzed drzwiami stał nieznajomy z bukiecikiem tulipanów, a Elżbieta poczuła, że życie znów może ją zaskoczyć.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziesięć − 1 =

Zadzwoń do mnie, proszę…