Zacząć od samego początku

Cisza. Jest tak przytłaczająco groźna, że Michał najpierw nie rozpoznaje, co go wybudziło. Nie budzik, nie hałas w kuchni, nie szum wody z łazienki. Nic. Jedynie monotonne brzęczenie lodówki przy ścianie i odległy ryk miasta za oknem.

Leży i wsłuchuje się w tę ciszę. Wczoraj ten dom tętnił życiem: skrzypienie podłogi pod szybkim krokiem Bogny, szelest kartek książki, którą czytała w fotelu, a nawet irytujący dźwięk pazurków kota drapiącego kanapę. Teraz kot odjechał razem z nią. Kanapa stała pusta i obca.

Pierwszy impuls to chwycić telefon i napisać: Spotkajmy się w pubie, natychmiast! Tam, przy whisky, wylać na przyjaciół całą swoją ból, gorycz i złość. Opowiedzieć, jaka ona Nie. Nie pozwala sobie na takie myśli. Drugi, niższy impuls to chcieć znaleźć kogoś, kogokolwiek, choćby na jedną noc, by wypełnić tę otwartą pustkę. Łatwy sposób na autodestrukcję, znajomy i kuszący.

Zamiast tego Michał wstaje, idzie do kuchni i włącza czajnik. Gdy woda zaczyna wrzeć, jego wzrok spada na półkę w przedpokoju, gdzie wciąż leży ulubiona wełniana szala Bogny. Topór w głowie nagle przypomina sobie artykuł, który przeczytał tydzień temu, w szczycie rozpaczy.

No więc, człowieku, czas wyciągnąć topór mówi sobie pod nosem.

Zaczyna od małych kroków. Zbiera wszystkie rzeczy, które Bogna nie zabrała: szal, zapomnianą książkę, zaschniętą tusz, ulubiony kubek z kotkami. Pakuję je starannie w karton, nie rzuca ich, nie łamie, choć gniew podpowiadałby coś innego, po prostu wkłada do piwnicy. Później odda jej, bez scen i pretensji. Potem przewija pościel, wietrzy znany zapach jej perfum. Usuwa wspólne zdjęcia z telefonu i opróżnia kosz. Każde działanie przypomina zdjęcie starej, brudnej opatrunki z rany. Bolesne, ale konieczne.

Kolejny krok to czas. Ma go tak wiele, że przygniata ramiona ciężkim ładunkiem. Czas, który kiedyś spędzał na wspólnych kolacjach, wyjściach do kina, bezsensownych, ale uroczych rozmowach o niczym. Teraz musi go wypełnić. Nie alkoholem, nie litością dla siebie, a sobą.

Kupuje karnet na siłownię. Pierwsze treningi to prawdziwy koszmar. Daje z siebie wszystko, aż mdli, wyciskając na maszynach całą swoją złość, rozczarowanie i ból. Kropelki potu na gumowej podłodze wyglądają jak łzy. Z każdym tygodniem ciało rośnie w sile, a umysł uspokaja się.

Zapisuje się na kurs języka włoskiego, o którym zawsze marzyli, ale zawsze odkładali. Teraz idzie sam. Zawiłe konstrukcje gramatyczne wypierają z głowy natrętne myśli. Jedzie nawet do tego nadmorskiego miasteczka, do Sopotu, którego Bogna nie chciała odwiedzić. Wieczorem siedzi na molo, patrzy na zachód słońca i po raz pierwszy od wielu miesięcy odczuwa lekką, jasną smutek i przebłysk wolności.

Są też ciężkie dni. W nocy budzą go wspomnienia: jak się śmiała, podnosząc głowę, albo jak kłócili się o błahostki. Nie wypędza ich. Po prostu leży i przeżywa ból, tak jak radził artykuł, pozwalając mu przyjść i odejść niczym fala. Czasem wsiada do auta, jedzie za miasto, wspina się na pusty wzgórzowy pagórek i krzyczy, ile się da. Krzyczy do utraty tchu, aż w środku zapanuje pożądana cisza.

Pewnego dnia przegląda stare papiery i znajduje ich ślubne zdjęcie. Michał spodziewa się ataku tęsknoty lub gniewu. Zamiast tego patrzy na dwoje szczęśliwych, nieświadomych ludzi i myśli: Tak, to było. I było piękne. I skończyło się.

Nie czuje już żadnej złości, nie chce nic przywracać. Jedynie lekka nostalgia i świadomość, że ta rozdział jego życia został zamknięty.

Wieczorem spotyka się z przyjaciółmi. Śmieją się, opowiadają nowiny, snują plany. Michał nagle zauważa, że całą noc nie myśli o niej. Jest po prostu tu i teraz. Jest sobą. Całym. Choć z blizną w duszy, ale już zagoiętą.

Patrzy na swoje odbicie w witrynie kawiarni: zadbany, spokojny, z jasnym spojrzeniem. Takiego siebie nie widział od dawna. Może nigdy nie zobaczy.

Topór został wyciągnięty. Rana zagojona. I w końcu jest gotowy iść dalej, bez bagażu przeszłości, lekko. Jego życie, to, o którym zawsze marzył, dopiero się zaczyna.

Nagle w nos uderza ostry zapach jakiegoś smrodu. Michał nie nadąża, co się dzieje. Pokój wiruje powoli, jakby wyłaniał się z mgły. Leży na kanapie, wciąż w piżamie, otoczony okruchami i plamami nieznanego pochodzenia.

Próbuje się podnieść, a świat się przechyla. Głowa pęka. Rozgląda się, a po ciele przelewa lodowata fala przerażenia.

To nie ten czysty, pełen światła dom z jego snu. To opustoszałe mieszkanie. Puste butelki po piwie i wódce leżą na podłodze jak poległe żołnierze. Na stole dymi popielniczka przepełniona niedopałkami. Wszędzie leży brudna odzież, a telewizor pokazuje zapowiedź nocnego show.

Z trudem wstaje i kieruje się do łazienki, trzymając się poręczy. Mruży oczy w jasnym świetle, które drapie spuchnięte oczy. I wtedy widzi siebie. W lustrze patrzy na nieznanego, nieogolonego mężczyznę z pomarszczoną, opuchniętą twarzą. Oczy zmęczone, czerwone, pełne wstydu i pustki. To jest on, Michał.

Cała jasność, siła, poczucie całości, które tak wyraźnie przeżył dzisiaj we śnie, wyparowała, zostawiając po sobie jedynie gorzkie, mdłe kaca i jeszcze gorsze duchowe rozdarcie.

To wszystko był sen. Cała ta droga wyrzucone rzeczy, siłownia, włoski, zachód na molo była jedynie podstępną pułapką mózgu, by uciec od nie do zniesienia rzeczywistości. Ucieczka, która zdawała się trwać wieczność, a w rzeczywistości trwała jedną noc.

Dotyka swojego twarzy w odbiciu. Skóra jest tłusta, broda drapie palce. To jego prawdziwe ja. Nie sukcesywny, zadbany mężczyzna, a upadły człowiek, który próbuje utopić ból w tanim alkoholu i samozłudze.

Cisza w mieszkaniu znowu go ogłusza. Teraz to nie cisza oczekiwania i nowego początku, lecz cisza impasu. Głośna, beznadziejna. A najstraszniejszy dźwięk w tej ciszy to tykanie zegara, bezlitosnie odliczającego czas, który marnuje.

Sen nie leczy. To lustro przyłożone do jego prawdziwej twarzy. Odbicie w tym lustrze jest tak odrażające, że chce znowu zamknąć oczy i uciec. Ale nie ma gdzie uciec.

Michał stoi, patrzy na siebie i jest w szoku. Od tego upadłego faceta w poplamionym T-shircie, od tego bałaganu wokół. W ustach zostaje nieprzyjemny posmak, w duszy wypalona pustka. Sen był tak żywy, tak realny a przebudzenie tak brutalne.

Podnosi z podłogi pierwszą znalezioną pustą butelkę i z siłą rzuca ją do kosza. Rozbija się z hukiem. Potem drugą. Trzecią. Nie krzyczy, nie płacze. Milczy, z kamienną twarzą, zaczyna wojnę z tym chaosem, w który zamienił swoje życie.

Zbiera cały ładunek, wynosi worki z butelkami i odłamkami. Otwiera szeroko okno, wpuszczając do zadymionego i przytłoczonego pokoju zimne, świeże powietrze. Parzy go mocna kawa, a ręce drżą.

Potem ponownie podchodzi do lustra. Spojrzenie wciąż zmęczone, bolesne. Ale gdzieś w głębi tych zatopionych oczu, niczym słaby promień w brudnej kałuży, tli się iskra. Nie nadziei, a wściekłości. Białej, lodowatej wściekłości wobec samego siebie.

Sięga po telefon, przegląda kontakty i znajduje numer swojego kolegi ze szkoły, który miesiąc temu zaoferował pomoc psychologa. Wtedy tylko zapisał numer i nie odważył się zadzwonić. Teraz wybiera.

Krzysztof? głos szura się jak zardzewiałe drzwi. Potrzebuję twojej pomocy.

Odkłada słuchawkę i bierze głęboki oddech. Droga, którą przeżył w śnie, była mirażem. Ale wskazała kierunek. Michał rozumie: by dotrzeć do tego czystego i silnego człowieka z jego snu, musi przejść przez ten piekło. Nie we śnie. Na jawie.

Jego pierwszy krok nie prowadzi do siłowni ani kursu włoskiego. Jego pierwszy krok to prysznic. Zmyć wczorajszy dzień. Zmyć tego nieogolonego faceta z pomarszczoną twarzą. I zacząć. Od początku. Jutro.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

osiem − 8 =

Zacząć od samego początku