Zabrał syna ze sobą — a to był tylko sen…
Krystyna poznała Bogdana na potańcówce w wiejskiej remizie. Od razu zwrócił na nią uwagę — wysoka, smukła, roześmiana dziewczyna z błyszczącymi oczami. Cały wieczór nie odstępował jej na krok, a potem odprowadził do domu.
— Przyjdę jutro wieczorem, może przejdziemy się? — spytał na pożegnanie.
— Przyjdź — szepnęła, czując, jak serce podskoczyło w piersi.
Tak zaczęła się ich historia. Na wsi plotki roznoszą się szybko — wszyscy wkrótce wiedzieli: Krystyna ma zalotnika. Szeptali po kątach:
— Niedługo wesele. Za nią chodzi jak cień. Dobra para, stateczni oboje.
Bogdan wkrótce oświadczył się. Wesele huczne, na całą wieś. Młodzi zamieszkali w domu, który sam zbudował — był złotą rączką, od dziecka chodził z ojcem po budowach. Wkrótce urodził się im syn. Wszystko było piękne. Na początku.
Z czasem Bogdan zaczął częściej zaglądać do sąsiadów — raz pomóc, raz coś naprawić. Często go częstowano. Hojnie. Najpierw niewinnie, potem stało się to nawykiem.
— Bogdan, przestań już włóczyć się po cudzych chatach — mówiła Krystyna. — Zmęczyło mnie, że codziennie wracasz podpity.
— Co to za problem, z ludźmi posiedziałem. Przecież w domu wszystko robię.
Syn podrósł, Krystyna wróciła do pracy, zostawiając chłopca z babcią. A Bogdan wciąż „pomagał”. Ale dzień za dniem wracał w coraz gorszym stanie. Relacje zaczęły pękać. Kłótnie zdarzały się coraz częściej. Raz nawet rozeszli się na tydzień, ale dla syna wybaczyła. Obiecał się poprawić. I przez chwilę było dobrze. Aż nagle znów zaczęło się to samo.
Krystyna nieraz myślała o odejściu. Ale syn kochał ojca. Gdy Bogdan był trzeźwy, spędzali razem czas — uczył go, bawił się, majsterkował. Dla niego znosiła wszystko. I wciąż miała nadzieję: może otrzeźwieje. Może znów stanie się tym troskliwym mężczyzną, za którego wyszła.
Lecz lata i zmęczenie zrobiły swoje. Bogdan zaczął marnieć, tracić siły.
— Chodź do lekarza — namawiała żona.
— Głupoty. Prześpię się — przejdzie. Jeszcze młody jestem.
Poszedł na badania dopiero, gdy nie mógł wstać z łóżka. Diagnoza była okrutna. Lekarz tylko pokiwał głową:
— Dlaczego tak późno? Obawiam się, że czasu zostało niewiele…
Krystyna opiekowała się nim do końca. Ból, bezsilność, łzy — wszystko się pomieszało. A potem Bogdana zabrakło. Cała wieś przyszła na pogrzeb. Nawet ci, którzy nie znosili jego pijaństwa — szanowali go jako człowieka i fachowca.
Czterdziestego dnia przyśnił jej się sen. Mąż stał w cieniu i mówił:
— No i jak ci się żyje beze mnie? Ciesz się, póki możesz… Tylko pamiętaj: syna zabiorę ze sobą.
Obudziła się zlana zimnym potem. Pobiegła do pokoju chłopca. Dwunastoletni Tomek spokojnie spał. Nikomu nie powiedziała o śnie. Ale odtąd pilnowała go jak oka w głowie. Sprawdzała, kontrolowała, martwiła się o każdy drobiazg. Mąż już się nie pojawiał. Sen jakby wyparował… ale niepokój został.
A pół roku później Tomek nie wrócił ze szkoły. Wypadek. Samochód. Zginął na miejscu.
Krystyna nie wytrzymała — ból rozrywał jej piersi, dusił, odbierał sen. Po pogrzebie prawie nie mówiła. Dopiero po miesiącach nauczMijały lata, a ona wciąż widziała ich czasem we śnie — obu razem, jakby Bogdan w końcu dotrzymał obietnicy.



