— Krzysiek, co z tobą nie tak? Spójrz tylko – polski dwója, matematyka pała, a z literatury w ogóle uciekłeś! Dlaczego się nie uczysz i ciągle wagary? Co ja mam z tobą zrobić, nieszczęście moje! — po raz kolejny zmartwiła się Bożena, przeglądając dziennik syna, ósmoklasisty.
— Nie wiem. — mruknął nastolatek i odwrócił się od matki.
— Bożka, daj chłopakowi spokój! Literatura, biologia… Ja też wagarowałem i nic, normalnym facetem zostałem! — dobiegł z drugiego pokoju pijany głos męża Wiesława, który wylegiwał się na kanapie.
— To widać! Mogłeś z synem po męsku pogadać, ale tobie zawsze nie po drodze – trzy dni nie wytrzeźwiejesz! — krzyknęła Bożena.
— No i co z tego?! Mam prawo! Nie piję twoich! A poza tym, u Marianka jubileusz był! Pięćdziesiąte urodziny, nie byle co! — odparł Wiesiek, po czym opadł na poduszkę i znów zasnął.
…Bożena urodziła się w inteligenckiej rodzinie. Rodzice nie tylko nauczyli ją dobrych manier, ale też zadbali o porządne wychowanie. Bożka pilnie uczyła się w szkole, dostała się na prestiżowy wydział. Tylko przez złośliwy żart losu spotkała Wiesława.
Poznali się na studenckiej imprezie. Bożena była na czwartym roku, a Wiesiek już skończył zawodówkę i pracował w fabryce. Od razu zwróciła uwagę na przystojnego chłopaka z wyrazistymi oczami. Wyglądał na starszego, niż był. Wtedy jeszcze nie przypuszczała, jak ten człowiek zaburzy jej uporządkowane życie.
Zaczęli się spotykać, a wzięli ślub latem, gdy Bożena obroniła dyplom. Na początku było całkiem nieźle, ale już wtedy drażniło ją, że mąż nie opuszcza żadnej okazji do picia. Najdrobniejszy pretekst stawał się powodem do hucznej imprezki…
W pewnym momencie Bożena zrozumiała, że popełniła błąd – oni po prostu do siebie nie pasowali. Postanowiła się rozwieść. Ale los znów pokrzyżował jej plany – okazało się, że jest w ciąży.
Nie mogła się zdecydować na usunięcie. Zostawić dziecko bez ojca też nie było wyjściem. Optymistka z natury, Bożena wierzyła, że z narodzinami dziecka Wiesiek się ogarnie. Ale gdy pijany wtargnął do niej w szpitalu, z goryczą pojęła – ten człowiek nigdy się nie zmieni.
I tak właśnie było. Wiesiek pił często i dużo. W domu pomagał byle jak, bo albo szedł na kolejną libację z kumplami, albo odsypiał poprzednią.
Bożena nie narzekała, ciągnęła wszystko sama: pracowała na pełny etat, w mieszkaniu było czysto i przytulnie, synowi Krzysiowi poświęcała uwagę. Ale im starszy był chłopak, tym bardziej przypominał ojca. Bożena nie widziała w nim siebie: Krzyś niechętnie się uczył, od zajęć dodatkowych uciekał.
W siódmej klasie całkiem się rozpuścił.
— Bożeno Stanisławo, proszę porozmawiać z synem. Na lekcjach się wymądrza, nie słucha, a o ocenach już nawet nie wspomnę… Ręce opadają… — takie uwagi słyszała regularnie od wychowawczyni.
Po każdym zebraniu szła do domu i w myślach łajała się, że coś robi nie tak, gdzieś zawodzi.
Na początku Krzyś tłumaczył się i obiecywał poprawę. Ale słowa pozostawały słowami.
Skończył gimnazjum. O liceum nie było mowy. Trzeba było iść do zawodówki. Bożena z przerażeniem uświadomiła sobie, że syn idąc w ślady ojca. A Wiesiek tymczasem dogorywał. Bożena musiała wyciągać go z ciągów, znosić awantury i, co gorsza, chodzić do fabryki i błagać, by go nie zwalniali.
W szkole zawodowej Krzyś też się nie przykładał: wagary, chamstwo wobec nauczycieli, konflikty z kolegami. W domu tłumaczył, że nauka go nudzi.
— Mamo, a może rzucić szkołę i pójść do taty do fabryki? Od razu zacznę zarabiać forsę. — rzucił kiedyś.
— Synku, co ty wygadujesz? Jaka „forsa”? Toż to żargon! Trzeba zdobyć jakieś wykształcenie, potem zawsze można się dokształcić. Naprawdę chcesz żyć jak tata?
— No a co w tym złego? Tata sobie radzi. — bronił się.
— Właśnie! Co złego? Czepiasz się chłopaka jak rzep psiego ogona! Chce pracować, to niech pracuje! Tym bardziej, że miejsce mamy. — wtrącił się Wiesiek.
Bożena jednak przekonała syna, by skończył szkołę. Biegała do nauczycieli, prosiła, by przymknęli oko na wybryki Krzysia i dali mu szansę.
Jakoś skończył. I od razu zaczął mówić o pracy u ojca. Bożena odradzała, bo wiedziała, jak to się skończy. Tym bardziej że Krzyś był żywym portretem Wiesława – i z wyglądu, i charakteru. Z przerażeniem stwierdzała, że nie ma w nim nic po niej. To był syn Wiesława.
Ale jak każda matka, do końca wierzyła, że chłopak się opamięta. Los znów jednak ją zawiódł. Spełniły się najgorsze obawy – Krzyś zatrudnił się z ojcem na tę samą zmianę i zaczęli pić razem.
Pewnego dnia Bożena wróciła z pracy. Ledwo weszła do mieszkania, gdy potknęła się o coś w przedpokoju. Machinalnie włączyła światło…
Na podłodze leżał nieprzytomny Krzyś. Uklękła i zaczęła go potrząsać:
— Krzyś, Krzysiu, co z tobą? Synku, źle ci? — zaniepokoiła się i sięgnęła po telefon.
— Eee, mamo… Zostaw… Zmęczony jestem… — machnął ręką i znów zasnął.
Bożena poczuła odór alkoholu. Był pijany jak bela. Nie dał rady nawet dojść do łóżka. Tak jak Wiesiek za młodu.
Przeszła dalej. W kuchni, przy stole, chrapał pijany Wiesiek. Już miała go zbudzić i urządzić awanturę, ale w ostatniej chwili zrezygnowała.
Wzięła torbę i wyszła. Szła ulicami, nie wiedząc dokąd. Bliskich przyjaciół, u których mogłaby się przespać, nie miała. Dotarła do parku i usiadła na ławce. Była ciepła jesień, ludzie spacerowali. Patrzyła na ich uśmiechnięte twarze i nie rozumiała, czym zasłużyła sobie na taki los.
Nagle z krzaków wybiegł pies z czerwoną piłeczką w pysku. Bożena aż podskoczyłaNagle z krzaków wybiegł pies z czerwoną piłeczką w pysku, a za nim pojawił się uśmiechnięty mężczyzna, który wyciągnął do niej rękę i powiedział: „Chyba los postanowił, żebyśmy się dzisiaj spotkali”.



