Z drżącym sercem zapukała do drzwi. Cisza odpowiedziała jej w zamian.
Z bijącym sercem Zofia pukała, lecz nikt nie otworzył. Nieśmiało wyjęła z torebki klucz i przekręciła zamek. Boże, jak dawno tu nie była! Wszystko wyglądało tak samo, nic się nie zmieniło w tym niegdyś ukochanym domu, a jednak teraz było tu obco i zimno.
Minął już prawie rok od kłótni z Maksymilianem. Zawsze się kłócili. Wtedy Zofia brała córeczkę Wandzię w ramiona i z płaczem uciekała do matki. Zwykle Maksymilian, stęskniony, już następnego dnia pędził, by się pogodzić. Życie wracało na swoje tory, a zgoda przynosiła świeżość ich związkowi. Ale ostatnim razem było inaczej…
Otrząsając się z wspomnień, Zofia podeszła do szafy, by znaleźć potrzebne dokumenty. Papiery leżały nienaruszone, starannie przez nią posegregowane. Od dwóch miesięcy młody mężczyzna, od dawna w niej zakochany, nalegał na spotkania. Jeszcze nic między nimi nie zaszło, ale tydzień temu oficjalnie poprosił ją o rękę.
I przez cały ten tydzień Zofia nie mogła zasnąć. Coś ją dusiło, nie potrafiła podjąć decyzji. Najpierw wydawało się, że nieporozumienie z Maksymilianem jakoś się rozwiąże. Zapuka do drzwi, jak zawsze, spojrzy głęboko w jej duszę i powie: Tak za tobą tęskniłem!.
Ale dni mijały, miesiące płynęły, a w życiu nic się nie zmieniało. Z Maksymilianem widywali się rzadko, stawał się coraz chłodniejszy, coraz bardziej odległy. Między nimi wyrósł mur. Przychodził tylko po Wandzię, w milczeniu brał dziewczynkę za rękę i prowadził do siebie. Potem cicho ją przywoził z powrotem. Wandzia śmiała się, przechwalając prezentami od taty wirowała przed lustrem w nowej sukience lub bucikach. A Zofia wspominała, jak błyszczały oczy Maksymiliana, gdy wręczał prezenty jej. Teraz nawet na nią nie patrzył, było im niewygodnie w swoim towarzystwie, więc szybko chowała się w swoim pokoju.
Matka, nigdy nieprzepadająca za Maksymilianem, często powtarzała: Co Bóg da, to dobre. Powoli i ona w to uwierzyła.
Głęboko westchnąwszy, Zofia pożegnalnym spojrzeniem objęła pokój i zamarła. Na kanapie spał Maksymilian. Pewnie po nocnej zmianie. Pierwszy odruch uciec. Ale coś kazało jej wrócić. Każdy rys jego twarzy był jej boleśnie znajomy zmęczona twarz, zarost, cienie pod oczami Usiadła obok niego. Co właściwie wie o tym człowieku, z którym spędziła tyle lat? Jakie myśli kryją się za tą zmarszczoną brwią? W pamięci pojawił się zapomniany obraz młodego Maksymiliana jasne, chłopięce oczy i promienny uśmiech Właśnie ten uśmiech przewrócił jej świat do góry nogami. Czy to możliwe, że tamten chłopak i ten zmęczony mężczyzna to jedna osoba? A jednak minęło tak niewiele czasu.
Znów ujrzała ten jasny uśmiech. Tak wyraźnie, tak żywo, że aż bolało.
Boże, gdzie to wszystko zniknęło? Rozpaczliwie rozejrzała się wokół, jakby szukając winnego swojego złamanego życia. Serce ścisnęło się, zatrzepotało, wypełniło ciężkimi wspomnieniami. Ich niegdyś przytulny, baśniowy świat powoli zamienił się w morze drobnych pretensji, łez i beznadziei. Wiecznie zmęczony Maksymilian, harujący na trzech etatach, by zapewnić jej i Wandzi dostatnie życie Zofia miała czas, by to wszystko przemyśleć i zrozumieć: zabrakło jej cierpliwości, kobiecej delikatności, mądrości
A przecież byli kiedyś szalenie szczęśliwi. I to nie były majaki jej chorej wyobraźni. Zofia gwałtownie wstała chciała sobie to udowodnić. Jej wzrok padł na dłoń Maksymiliana, spoczywającą na albumie ślubnym, na zdjęciu, na którym byli po prostu olśniewająco szczęśliwi.
Jej dłoń zadrżała i fotografia z cichym szelestem spadła na podłogę. Gdy się odwróciła, zastygła Patrzył na nią Maksymilian.
Zosiu, wróciłaś? jego oczy błyszczały radością, a jej serce ścisnęła myśl, że pół godziny temu mogła odejść na zawsze



