Pracuję jako księgowa w warsztacie samochodowym przy Grójeckiej od ośmiu lat i myślałam, że widziałam już wszystko, co ludzie potrafią sobie zrobić przez pieniądze. Faktury, spory o części, klienci, którzy nie płacą za naprawę. Ale to, co zdarzyło się w zeszły czwartek, 20 sierpnia, zapamiętam na długo.
Warsztat prowadził pan Marek, mężczyzna po sześćdziesiątce, bardzo cichy, zawsze w tym samym niebieskim kombinezonie pachnącym olejem silnikowym. Zięć pana Marka, Bartek, mąż jego córki Aliny, pracował u niego jako mechanik od jakichś sześciu lat. Dobry fachowiec, trzeba przyznać, silniki diesla znał lepiej niż niejeden serwis autoryzowany. Ale człowiek, który uważał, że skoro pracuje w rodzinnej firmie, to firma powinna być jego.
Zaczęło się to wszystko od zwykłej rozmowy przy kawie z automatu, tej za dwa złote pięćdziesiąt, co stoi przy wejściu i zawsze robi za słodką kawę. Bartek powiedział mi wtedy, żartem niby, że jak teść w końcu odejdzie na emeryturę, to warsztat i tak przejdzie na niego, bo przecież to on tu wszystko naprawia, a stary tylko siedzi w biurze i podpisuje papiery. Nie zwróciłam wtedy na to większej uwagi. Ludzie różne rzeczy gadają przy kawie.
Pan Marek miał drugą córkę, młodszą, Justynę, która mieszkała we Wrocławiu i pracowała w banku. Z warsztatem nie miała nic wspólnego, może odwiedzała ojca dwa, trzy razy w roku. I to właśnie przez nią wszystko się zaczęło, choć nikt tego wtedy nie przewidział.
W maju pan Marek trafił do szpitala na Banacha z zawałem. Nic wielkiego, jak się później okazało, ale przeleżał tam dwa tygodnie, a potem jeszcze miesiąc dochodził do siebie w domu. Bartek przejął wtedy praktycznie całe prowadzenie warsztatu. Ja nadal robiłam księgowość, ale on decydował, co kupić, kogo zatrudnić, jakie ceny stawiać klientom. I trzeba przyznać, radził sobie nieźle, obroty nawet trochę wzrosły.
Tylko że gdzieś w tym czasie zauważyłam coś dziwnego w papierach. Bartek zaczął wystawiać część faktur na nowo zarejestrowaną działalność, swoją własną, pod nazwą, która brzmiała prawie identycznie jak nazwa warsztatu pana Marka, tylko z dopiskiem "serwis". Klienci nie zauważali różnicy, płacili, myśląc, że płacą za usługę firmy teścia, a pieniądze szły na inne konto.
Powiedziałam to Alinie, jego żonie, bo uznałam, że to nie moja sprawa, żeby iść z tym prosto do pana Marka, który dopiero wracał do zdrowia. Alina spojrzała na wydruki, które jej pokazałam, przez dłuższą chwilę nic nie mówiła, tylko obracała w palcach długopis, aż w końcu złamała go na pół. Powiedziała, że porozmawia z mężem.
Nie wiem dokładnie, co się między nimi wydarzyło tamtego wieczoru. Wiem tylko, że następnego dnia Bartek przyszedł do warsztatu wcześniej niż zwykle i zamknął się w biurze z dokumentami rejestrowymi firmy. Kiedy próbowałam wejść po jakieś papiery do rozliczenia VAT, powiedział, żebym się nie wtrącała w sprawy, które mnie nie dotyczą, bo niedługo i tak on będzie tu wszystkim zarządzał legalnie, papierowo, na stałe.
Pan Marek wrócił do warsztatu pod koniec czerwca, jeszcze blady, chudszy niż przed zawałem, ale już o własnych siłach, bez kuli, o którą się wcześniej podpierał. Usiadł w swoim gabinecie, poprosił mnie o wszystkie faktury z ostatnich trzech miesięcy i przez dwa dni w ogóle się nie odzywał, tylko czytał, porównywał numery, sprawdzał konta. Widziałam przez uchylone drzwi, jak siedzi z okularami na czubku nosa i linijką podkreśla kolejne pozycje w zeszycie.
Trzeciego dnia zadzwonił do córki we Wrocławiu. Rozmawiali może dwadzieścia minut, ja słyszałam tylko urywki, bo akurat parzyłam sobie herbatę w małej kuchni obok, ale zapamiętałam jedno zdanie, które powiedział zupełnie zwyczajnym tonem, bez podniesienia głosu: "Justyna, potrzebuję twojej pomocy z prawnikiem, tym co robił wam umowę kredytową na mieszkanie."
W piątek, ostatniego dnia lipca, do warsztatu przyjechał samochód, którego wcześniej nie widziałam, srebrne audi, a z niego wysiadła kobieta w garsonce, chyba prawniczka, razem z Justyną. Weszły prosto do gabinetu pana Marka. Bartek akurat leżał pod lexusem klienta na kanale i nawet nie zauważył, kto przyjechał, dopóki nie skończył pracy.
Kiedy wyszedł spod samochodu, wytarł ręce w szmatę i poszedł do biura, bo teść go wezwał. Zostałam przy swoim biurku, ale drzwi były uchylone i wszystko było słychać.
Pan Marek położył na stole trzy dokumenty. Pierwszy to było zawiadomienie do urzędu skarbowego o niezgodności w fakturowaniu, drugi to wypowiedzenie umowy o pracę ze skutkiem natychmiastowym z powodu naruszenia zaufania pracodawcy, a trzeci, ten najważniejszy, to akt notarialny przenoszący całościowe udziały w warsztacie na Justynę, sporządzony jeszcze w czerwcu, kiedy nikt się tego nie spodziewał.
Bartek próbował się tłumaczyć, mówił coś o tym, że przecież przez sześć lat pracował za psie pieniądze, że to on utrzymywał warsztat na powierzchni, kiedy teść leżał w szpitalu, że ma prawo do swojego udziału. Pan Marek nie podniósł głosu, tylko powiedział, że gdyby przyszedł i powiedział wprost, że chce udziałów, może by się dogadali, ale okradanie teścia pod jego nosem, kiedy ten leżał na oddziale kardiologii, to już inna sprawa.
Justyna nie odezwała się prawie wcale, siedziała z teczką na kolanach i patrzyła w okno na parking. Dopiero przy wyjściu, kiedy Bartek już zbierał swoje rzeczy z szafki w warsztacie, podeszła do niego i powiedziała jedno zdanie: że jeśli chce, może zostać na etacie mechanika, tak jak inni pracownicy, na normalnych warunkach, bo silniki diesla faktycznie zna nieźle, ale warsztat nigdy nie będzie jego, bo zaufanie się nie odzyskuje przez sąd pracy.
Bartek nie odpowiedział. Wziął swoją torbę z narzędziami, tę czarną z czerwonym paskiem, którą kupił jeszcze przed ślubem z Aliną, i wyszedł na parking. Alina została w środku, siedziała obok ojca, trzymając go za rękę, kiedy podpisywali ostatnie dokumenty przekazania udziałów.
Ja tego dnia po pracy zjechałam windą razem z Justyną, bo mieszkam po drodze na Ochotę. W windzie powiedziała mi tylko, że urząd skarbowy sam się tym zajmie, że ona nie chce zemsty, tylko żeby ojciec mógł spokojnie pracować do emerytury we własnym warsztacie, a nie w firmie, która nazywa się tak samo, ale należy do kogoś innego.



