– Oj, boję się – Zosia zatrzymała się przed klatką.
– Czego? Moich rodziców? – spytał Kuba i ujął dziewczynę za rękę.
– Że im się nie spodobam – przyznała Zosia, patrząc na niego winowajczo.
– Nie bój się. Zobaczysz, wszystko będzie dobrze. Przecież ja cię kocham. To ja będę twoim mężem, nie moi rodzice. Chodź – Kuba pociągnął ją w stronę wejścia.
– Mamę nazywają Weronika Bronisławowna. Zapamiętałaś? – instruował ją.
Zosia powoli powtórzyła.
– Ze stresu na pewno zapomnę albo pomylę – szczerze przyznała.
– A ojca…
– Marek Stanisławowicz – wyrecytowała Zosia z ulgą. – Dobrze, że twój tata ma normalne imię. Skąd twoja mama ma takie odrobinę dziwne imię? Twój dziadek był z innego kraju?
– Skąd ci to przyszło do głowy?
Weszli do klatki, a Kuba przywołał windę.
– Nazwał ją tak ojciec, mój dziadek, na cześć żony. Mówił, że była niezwykle pełną światła osobą. Aktorką. Szkoda, że nie zdążyłem jej poznać – zmarła młodo. Jego ród miał francuskie korzenie.
Winda zatrzymała się i przyjaźnie otworzyła drzwi. Młodzi wsiedli do środka.
– Nie martw się. Jestem przy tobie – Kuba przytulił Zosię.
Drzwi otworzyła niska, szczupła kobieta z krótką fryzurą. Zosi wydała się za młoda, by być matką Kuby. Uśmiechnęła się serdecznie i zaprosiła ich do środka. Miała na sobie szerokie, beżowe spodnie z lejącego się jedwabiu i białą bluzkę. W jasnym świetle przedpokoju Zosia dostrzegła zmarszczki, które zdradzały jej wiek.
– Dzień dobry – powiedziała Zosia i spojrzała na Kubę po podpowiedź. Ale on milczał, nie zamierzając jej ratować. Bojąc się pomyłki, Zosia nie odważyła się zwrócić do niej po imieniu i spuściła wzrok.
– Proszę wejść, Zosieńko. Nie krępuj się. Nikt za pierwszym razem nie wymawia dobrze mojego imienia, wszyscy się gubią – powiedziała ze zrozumieniem, a Zosia odwdzięczyła się wdzięcznym uśmiechem.
– Nie, nie trzeba zdejmować butów. Proszę dalej. Marek! Gdzie ty się podziewasz? – zawołała Weronika do męża.
Wkrótce do pokoju wszedł barczysty przystojniak. Zosi przypomniał Tadeusza Łomnickiego, choć nie byli do siebie podobni. Przy nim Weronika wyglądała jak delikatna nastolatka. *”Jaki musiał być w młodości, skoro nawet teraz jest tak atrakcyjny”* – pomyślała Zosia.
– Marek Stanisławowicz – przedstawił się i wyciągnął do niej dłoń. Zosia włożyła swoją wąską rączkę w jego szeroką dłoń. Uścisk był krótki, ale ciepły i przyjemny.
– Zapraszam do stołu, bo wszystko wystygnie – zadecydowała Weronika.
– Kubuś, zaopiekuj się Zosią – powiedział Marek, nalewając wino z już otwartej butelki.
Weronika wypytywała dziewczynę delikatnie, nie naciskając na szczegóły, i od razu opowiadała o ich rodzinie. Dzięki winu i spokojnej atmosferze Zosia poczuła, jak napięcie opada.
– Niech twoi rodzice się nie martwią. Ze ślubem sobie poradzimy sami – powiedziała na koniec Weronika z życzliwym uśmiechem.
Rodzina Kuby wydawała się Zosi idealna. Jej własni rodzice byli zupełnie inni. Mama przy stole narzucała wszystkim jedzenie, a tata pił za dużo, dolewając sobie wina, nie czekając na innych. Po drinku zaczynał się wykłócać, pouczać wszystkich o życiu. I nieważne, że nikt go nie słuchał. Potrafił ostro odpowiedzieć mamie, upokorzyć ją przy gościach, gdy próbowała go powstrzymać.
Zosia zawsze wstydziła się za ojca. Przez niego z chęcią nie zaprosiłaby rodziców na wesele, ale byliby obrażeni. Gdyby tylko miała takich rodziców jak Kuba… I po co w ogóle zgodziła się za niego wyjść? Byli z innych światów… Zamyślona, przegapiła słowa Kuby.
– Co powiedziałeś? – dopyt– Powiedziałem, że bardzo im się spodobałaś – uśmiechnął się Kuba, biorąc ją za rękę, a Zosia zrozumiała, że nawet najpiękniejsze pozory czasem kryją prawdę, którą trzeba zaakceptować.



