Wyzwolona spod jarzma matki W wieku trzydziestu pięciu lat Weronika była skromną i – mówiąc po pols…

Spod jarzma matki

Gdy wspominam dziś dawne czasy, przypominam sobie Zofię, trzydziestopięcioletnią kobietę, cichą i jak to się mówi, przygaszoną. Całe życie była nieśmiała i skromna, nigdy nie miała mężczyzny, choć od lat pracowała jako księgowa w biurze w Krakowie. Jak zaczęła tam pracę po technikum, tak trwała na jednym stanowisku przez lata.

Nie dbała o siebie szczególnie, ubierała się w obszerne, niemodne ubrania, była zaokrąglona, zawsze miała smutny wyraz twarzy i opuszczone kąciki ust. Jej matka, Helena, urodziła ją mając osiemnaście lat, nawet nie wiadomo od kogo, bo Zofia nigdy nie znała swojego ojca. Wychowywała się u babci we wsi pod Tarnowem. Tam skończyła szkołę podstawową, a dopiero gdy poszła do technikum, zamieszkała z matką w Krakowie.

Zanim Zosia kończyła wychowanie w wiejskiej chacie, Helena spędzała młodość w mieście hulanki, zabawy, nowi adoratorzy. Pracowała, ale równie chętnie zmieniała partnerów. Do wsi wpadała tylko raz na jakiś czas, czasem raz na miesiąc, czasem rzadziej, zawsze przywoziła córce plastikową zabawkę i znów znikała. Babcia była surowa, więc Zofia nie poznała w dzieciństwie ani czułości, ani prawdziwej troski ani od babci, ani od matki.

Do dziś Zofia mieszkała z matką w niewielkim mieszkaniu na osiedlu w Krakowie. Helena, choć przekroczyła pięćdziesiątkę, wyglądała olśniewająco szczupła, zadbana, korzystała z drogiej kosmetyki, bywała w salonach piękności i czasem chodziła na randki. Jej córka była jej zupełnym przeciwieństwem.

Pamiętam tamte dni, gdy Zofia po raz kolejny na zakończenie dnia przekazywała dokumenty koleżance, która miała ją zastąpić podczas urlopu. Nareszcie wyszła z biura.

Kolejny urlop myślała Zosia i wypłata w portfelu. Szkoda, mama i tak je zaraz mi zabierze. Znów spędzę wolne dni w domu. Jak bardzo mam już tego dość. Dlaczego nie potrafię postawić na swoim? Przecież nie jestem już dzieckiem, a ona ciągle mnie kontroluje. Każe oddawać wszystkie pieniądze, nawet złotówki nie zostawię dla siebie. Nie mam na nic wpływu w moim życiu…

Po wejściu do mieszkania zobaczyła mamę w przedpokoju, jakby czekała specjalnie na nią.

Nareszcie jesteś rzuciła Helena. I co, wypłatę dostałaś? Dawaj tu, mi ją.

Dostałam odpowiedziała Zosia Oddam, tylko pozwól mi się rozebrać.

Zrobisz to później…

Zofia zaczęła nerwowo szukać portfela w torbie.

Matko boska, chodzisz z takim obszarpanym workiem, jak stara baba. W ogóle ci nie wstyd? Helena dociekała z ironicznym uśmiechem.

Zosi zabrakło już słów, czuła jak łzy cisną jej się do oczu.

A skąd mam mieć pieniądze na nową torebkę, skoro wszystko mi odbierasz? wyrwało się z jej ust Nawet nie wiem, skąd się ośmieliłam, żeby się sprzeciwić.

A nie tylko torebka okropna, sama jesteś zaniedbana i gruba. Zabierz się za siebie, schudnij i popraw wygląd kpiła matka bo wstyd z tobą gdziekolwiek się pokazać.

Wstyd? wykrzyczała Zofia A tobie nie wstyd zabierać moje pieniądze? I tak z tobą nigdzie nie chodzę! Zosia wyrzuciła z siebie te słowa i wybiegła z mieszkania.

Ze łzami w oczach pobiegła po schodach i wyszła na dwór, siadając ciężko na ławce, zasłoniła twarz dłońmi. Nie pamiętam ile tak siedziała, może godzinę, a może tylko kilkanaście minut, aż usłyszała głos.

Zosiu, czemu tu tak siedzisz? podniosła głowę i zobaczyła sąsiadkę z bloku obok, panią Annę Stawową. Płaczesz? Anna usiadła przy niej i objęła ją ramieniem. Co się wydarzyło, aż tyle łez?

Zosia nie wytrzymała. Wypowiedziała wszystko, jakby zrzucała ciężki kamień z serca.

Mama zabiera mi każdy grosz, kupuje sobie drogie kremy, ubrania, ja w złachmanach chodzę. Sama jestem winna od dziecka byłam słaba, nie potrafiłam się przeciwstawić babci, teraz matce. Mama jest apodyktyczna i złośliwa… Anna kiwała głową, a po chwili Zosi zrobiło się wstyd.

Co ja wyprawiam, plotę o własnej matce pomyślała. Wyjdę na plotkarę… na nieudacznicę to już na pewno.

Anna Stawowa znała Helenę od lat, nie darzyła jej szacunkiem, Zosi było jej zawsze żal. Widziała, przez co przechodzi córka pod presją zarozumiałej matki.

Daj spokój, Zosiu. Jesteś dorosłą kobietą, musisz zadbać o siebie.

Ja kobieta? Ani nie kochana, ani potrzebna… jęknęła Zofia.

Posłuchaj mnie, musisz od matki uciec Anna mówiła stanowczo.

Ale dokąd pójdę? Na moją pensję nie wynajmę mieszkania, a matka wywoła awanturę szepnęła Zosia. Teraz miałam oddać jej pieniądze, po prostu nie zniosłam jej krzyków, uciekłam…

Masz pieniądze z urlopu, nie zdążyła ich wziąć powiedziała Anna. Mama sobie poradzi, ona zawsze ma pieniądze. Teraz pomyśl o sobie. Możesz zamieszkać tymczasowo na mojej działce pod Wieliczką. Domek solidny, jeszcze mój świętej pamięci mąż go budował, myślał, że będzie tam długo żył A Ty jesteś na urlopie, więc skorzystaj i nie chcę żadnych opłat od Ciebie.

Pani Aniu, nie boi się mnie puścić samotnie? spytała Zofia.

Co Ty, przecież wiem jaka jesteś. Zaczekaj, przyniosę klucze, adres i telefon.

Zofia pojechała na dworzec, kupiła bilet na pociąg podmiejski i usiadła przy oknie, rozglądając się po pasażerach. Nie wyjeżdżała dotąd nigdy z Krakowa, dom i praca to był cały świat. Nikt nawet na nią nie patrzył, uspokojona patrzyła na krajobrazy za szybą. Wysiadła na właściwej stacji, do domku na działce dotarła pieszo, otworzyła drzwi kluczem.

Ogarnęła ją błoga cisza, usiadła w starym fotelu.

Boże, jaka cisza Jak dobrze samej Co za niezwykły świat wolności myślała.

Matka nie stała nad nią i nie docinała. Znalazła pilot na stole, włączyła telewizor. Leciał jakiś talk-show, matka nigdy nie pozwalała jej oglądać takich programów, przełączała na swoje ulubione, nie licząc się z jej zdaniem.

Tylko takie głupoty umiesz oglądać śmiała się z niej Helena, nie dopuszczając sprzeciwu i od razu wyzywając od nieudaczników.

Zofia nigdy nie odważyła się matce odpyskować, pochylała głowę coraz niżej, gdy ta ją łajała. Nawet w myślach nie próbowała się przeciwstawić.

Rozejrzała się po domku, włączyła lodówkę, schowała do niej kupione przed wyjazdem pierogi, ser i jogurt.

Ugotowała pierogi, najadła się do syta i wreszcie się uspokoiła.

Jak dobrze być samej cieszyła się.

Niedługo potem zadzwonił telefon oczywiście matka.

Co, uciekłaś? Widziałam jak siedziałaś z Anną na ławce. No, mieszkaj sobie sama, zobaczysz, szybko z powrotem przylecisz. Słuchasz obcych ludzi! Nikt ci nie pomoże, bo jesteś niesamodzielna i głupia. Zginiesz beze mnie

Zofia rozłączyła się, wiedziała, że zaraz nastąpi seria przykrych słów. Dziwne, ale nie poczuła rozpaczy. Wieczorem zadzwoniła Anna Stawowa.

Zosiu, zadomowiłaś się już?

Tak, pani Aniu, dziękuję za wszystko.

Jutro przyjedzie do Ciebie mój siostrzeniec, Stefan. Przywiezie twoje rzeczy.

Jakie rzeczy?

Helena przyniosła duży worek z twoimi ciuchami i mówi: Skoro zabrałaś mi córkę, to jej rzeczy też bierz

W porządku, pani Aniu, a jak poznam Stefana?

Sam przyjedzie autem, wie gdzie mam działkę, jest wysoki, nosi okulary

A to nie problem?

Zosiu, przestań zadawać dziwne pytania. Zacznij wreszcie żyć samodzielnie, przede wszystkim naucz się kochać siebie. Doprowadź się do porządku, kup sobie nowe ubrania. Jesteś z natury ładna, ty tylko się zaniedbałaś. No, dobranoc.

Na trawie błyszczała rosa. Daleko szczekał pies, śpiewały ptaki. Zofia zamyśliła się nad słowami sąsiadki, stanęła przed lustrem.

Faktycznie się zapuściłam, ale jak się przyjrzeć: mam ładne oczy, choć smutne, włosy gęste, a wiecznie upięte w koc, jak babka. Muszę schudnąć mama ma rację.

Pierwszą noc na nowym miejscu Zofia przespała spokojnie, ani razu się nie obudziła. Rano promienie słońca wpadały przez zasłonę. Zofia otworzyła okno: na trawie połyskiwała rosa, daleko szczekał pies, śpiewały ptaki.

Jak cudownie, co za piękny poranek pomyślała.

Siedząc na werandzie piła kawę znalezioną w szafce, później oglądała telewizję. Przyszła jej myśl do głowy: zmienić pracę, wynająć mieszkanie w Krakowie; przecież z działki trudno dojeżdżać do miasta. O matce nawet nie pomyślała. Serce jej drżało na myśl o nowym życiu.

W końcu będę żyć samodzielnie i bez zależności od matki marzenia przerwał delikatny stuk w drzwi.

Kto to? przestraszyła się. Otworzyła drzwi z trwogą.

Za progiem stał wysoki mężczyzna w okularach, z dużą torbą.

Dzień dobry przywitał się uprzejmie ja jestem Stefan, a pani to Zofia?

Tak, Zofia, proszę wejść cofnęła się, wpuszczając go do środka.

Ciocia Anna prosiła, bym przywiózł pani rzeczy i pomógł. Jakby pani chciała gdzieś jechać, mam auto odezwał się ciepłym głosem. Proszę nie krępować się, Zosiu, ciocia opowiadała mi, jaka pani jest nieśmiała i skromna Znam pani historię przepraszam z opowieści cioci.

Tak właśnie narodziła się znajomość Zofii ze Stefanem późniejszym mężem. Stefan szczerze ją pokochał, szczególnie, że jego pierwszy związek nie był udany. Zosia zakochała się, całkowicie się odmieniła zniknęła jej nieśmiałość, nabrała pewności siebie. Zaczęła dbać o siebie, schudła, chciała być piękna dla ukochanego. Poszła do fryzjera i kosmetyczki przeszła prawdziwą przemianę.

Czy to naprawdę ja? patrzyła w lustro, z uśmiechem i promiennymi oczami.

Stefan wkrótce zaprosił ją do swojego mieszkania w Krakowie.

Zosiu, marzyłem o takiej kobiecie dobrej, szczerej, oddanej. Może nie ma co zwlekać jesteśmy dorosłymi ludźmi, wyjdź za mnie.

Zofia zgodziła się, wiedziała, że Stefan to jej szczęście, a byli nawet do siebie podobni. Skromny ślub, zaproszono Helenę jak zwykle dogadywała, nawet przy stole. Anna Stawowa szybko ustawiała ją do pionu. Helena długo nie posiedziała, wyszła sama, nikt nie zwrócił uwagi, córka nawet nie żałowała.

Rodzina Stefana bardzo Zofię polubiła. Stefan patrzył na nią zakochanym wzrokiem i szeptał:

Wcześniej czy później szczęście przychodzi do człowieka do mnie i do Zosi też przyszło.

Niedługo Zofia spodziewała się dziecka, było podwójne szczęście. Choć późne, to przecież pojawiło się w jej życiu. Zapomniała już o tym, jak żyła przyciśnięta rygorami matki. Zebrała w sobie siłę, by zmienić swój los. Odzyskała urodę, ale też rozkwitła wewnętrznie, bo nauczyła się kochać siebie i Stefana.

Dziękuję za Twoje wsparcie. Niech szczęście Wam sprzyja!

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

sześć + 19 =

Wyzwolona spod jarzma matki W wieku trzydziestu pięciu lat Weronika była skromną i – mówiąc po pols…