15 września
Dziś miałam chyba najbardziej burzliwego rodzinnego obiadu w życiu i czuję, że muszę to wszystko spisać żeby nie zapomnieć, dlaczego podjęłam takie decyzje i żeby, być może, za rok spojrzeć na to z dystansem.
Już od rana krzątałam się po kuchni, bo dzisiaj z Wiktorem obchodziliśmy piętnastą rocznicę ślubu kryształowe gody. Bardzo chciałam, żeby wszystko było perfekcyjne. Powiedziałam Wiśkowi, żeby wyjął serwis z porcelany ćmielowskiej, ten z delikatnym złotym rantem, bo przecież na takie okazje nie wypada stawiać zwykłych talerzy. Uparłam się też na świeżo wykrochmalone serwetki, które stały w kielich na stole niczym restauracyjne dzieło sztuki.
Wiktor, grzecznie to wszystko znosząc, coś tam burczał pod nosem, że nie ma sensu robić ceregieli dla najbliższych jego mamy, mojej cioci Pelagii z mężem oraz, oczywiście, jego brata, Gienka. Znam ich, mogliśmy nawet podać w miskach aluminiowych, byle tylko kieliszki były pełne, żartował. Uśmiechnęłam się tylko. Wiedziałam, że nie chodzi tylko o gości to o Gieńka. Zawsze znajdzie powód do docinku. Nowe talerze? Pewnie zadłużyliśmy mieszkanie. Odpadający rant? Jesteśmy flejami. Po prostu chciałam zamknąć mu usta, przynajmniej na trochę.
W końcu goście zaczęli się schodzić. Pierwsza była teściowa, Zofia, zawsze cicha, zapatrzona w synów, zwłaszcza w Gienka. Potem ciocia Pelagia z wujkiem Romkiem. Gienek, oczywiście, zjawił się ostatni, z hukiem i smrodem tytoniu. Przyszedł prawie godzinę po czasie, kiedy już wszyscy zerikali się na stół z obawą, że wszystko wystygnie.
A macie, jestem! Nie wierzyliście? ryknął od progu. Podał Wiśkowi jakiś pakunek zawinięty w gazetę. Zgadnij, co to? Zestaw śrubokrętów z Biedronki! Już wiem, jak Ty, braciszku, „złota rączka”, wiecznie sablujesz narzędzia śmiał się głośno.
Stanęłam przy nim, uśmiechnęłam się z przymusem. Wejdź, Gienek. Umyj ręce, czekamy na Ciebie już za stołem powiedziałam.
Oczywiście najpierw musiał skomentować moją sukienkę, że błyszczy jak papierek po cukierku. Albo jak stwierdził z rechotem to taki kamuflaż na moje zmarszczki. No co, żartuję! Całkiem apetyczna z Ciebie, jeszcze się trzymasz rzucił, patrząc na mnie tym bezczelnym wzrokiem.
Już miałam ochotę czymś rzucić, ale spojrzałam na Wiktora. On siedział jak z kamienia, wpatrzony w talerz. Udawał, że go tam nie ma.
Starałam się być ponad to i zapytałam Gienka, co z jego pracą. Temat neutralny, chociaż i tak wiedziałam, jaka będzie odpowiedź.
Nie pytaj. Wszędzie idioci. Poszedłem na rozmowę, a prowadził ją szczyl w okularach, który mógłby być moim synem. Skończę chyba zakładając swój biznes. Nagle zwrócił się do Wiktora: Słuchaj, bracie, pożycz mi pięć stów do końca miesiąca, bo hydraulika muszę wymienić.
Stanęłam z sałatką w dłoniach i aż mnie zatkało.
Gienek, jeszcze nie oddałeś tych dwóch tysięcy na samochód, co brałeś pół roku temu powiedziałam najspokojniej, jak umiałam.
Od razu zaczął fukać, że mam „bóle księgowej”, a sprawy braci to nie moja sprawa. Dopytywał, czy Wiktor jest już tak pod pantoflem, że nawet rodzinie nie może pomóc.
Obserwowałam to wszystko z takim napięciem, że aż miałam ochotę wyjść z własnej kuchni. Teściowa próbowała ratować atmosferę podała Gienkowi kolejnego pieroga, ciocia Pelagia próbowała zagłuszyć szczękami sztućców.
W końcu jednak przegiął. Zaczął wyśmiewać Wiktora, że jest mięczakiem, zarabia grosze na produkcji, a ja „kariery robię”. Sugerował, że awansowałam przez „piękne oczy”, a nie dzięki pracy. Rzucał podteksty o moim „zostawaniu po godzinach”. Milczałam, bo wiedziałam, że jak się odezwę, to wybuchnę.
Wiktor siedział coraz niżej przy stole, aż w końcu uniósł wzrok, zupełnie bezradny.
Spojrzałam na niego i poczułam taką mieszaninę bezsilności, smutku i co tu kryć złości, że już nie wytrzymałam.
Wstałam. Uderzyłam dłonią o stół, spoglądając prosto na Gienka.
Wyjdź powiedziałam cicho, ale wyraźnie.
Zaczął się śmiać, myśląc, że żartuję. Co, gorąco ci w tej kuchni? drwił. To mieszkanie także Wiktora! zaczął krzyczeć. Powiedz coś, bracie!
Wiktor spojrzał na mnie, na niego, a potem powiedział: Gienek, wyjdź proszę.
Tego się nie spodziewał. Nikt się nie odzywał. Wszyscy wstrzymali oddech.
Zwariowaliście? rzucił. Za żart? Mamę zapytajcie, ona rozumie rodzinę!
Teściowa zaczęła płakać, ciocia Pelagia popukała się w czoło, a ja nie mogłam już więcej udawać, że to normalna sytuacja. Przez piętnaście lat znosiłam twoje upokarzające komentarze. Nie pozwolę dłużej, żebyś obrażał mnie, mojego męża i zamieniał mój dom w wysypisko plot i żółci. Wynoś się.
Rzucił tylko: I dobrze! Mam was dosyć! Biedny braciszek pod pantoflem. Jeszcze za mną zatęsknicie!
Wybiegł, trzasnął drzwiami. W kuchni zapadła gęsta cisza. Słyszałam tylko łkanie teściowej i cichy tik-tak zegara.
Usiadłam. Ręce mi się trzęsły, ale nie żałowałam niczego. Zofia zaczęła mnie błagać, żebym nie była taka ostra bo Gienek się trochę upił, bo od zawsze miał trudny charakter. Pani Zosiu powiedziałam, stawiając sprawę jasno nie będę już znosić chamstwa w swoim domu. Ma Pani święte prawo go bronić tylko nie tutaj.
Ciotka Pelagia w końcu przełamała napięcie, robiąc teatralny wybuch śmiechu: A ta kaczka, Heniu, jest przepyszna. Lena, dobra robota. Odkąd pamiętam, ten wieprzek tylko ludziom wchodził na głowę. W końcu miał kto go zatrzymać. Wiktor, nalej mi jeszcze kieliszek muszę odreagować.
Atmosfera powoli się rozluźniła. Pierwszy raz od lat przy rodzinnym stole poczułam prawdziwy spokój, radość z bycia z bliskimi. Wiktor spojrzał na mnie z szacunkiem, wdzięcznością czego już dawno nie widziałam w jego oczach. Przeprosił mnie później cicho przy zlewie, kiedy suszyliśmy górę naczyń.
Przepraszam, że nie stanąłem po twojej stronie wcześniej wyszeptał. Tak się wychowałem, że trzeba było zawsze odpuścić starszemu, bo „ma trudny charakter”. Nigdy nie myślałem, że można to powiedzieć „dość”.
Pocałowałam go w czoło.
Lepiej późno niż wcale, Witek powiedziałam. Teraz jesteśmy drużyną. Rodziną. I więcej nikomu nie pozwolimy tego zepsuć.
Na drugi dzień cały ranek telefon Wiktora wydzwaniał Gienek próbował mu się dobić, ale Witek wyciszył go i odłożył w końcu na biurko. Nie będziesz odbierać? zapytałam. Nie. Dziś nie chcę. Jest tak spokojnie.
Później dowiedziałam się od teściowej, że Gienek rozpowiada po rodzinie, jak to „zła synowa wyrzuciła go z mieszkania”, a Wiktor „siedział jak mysz pod miotłą”. Zabawne, bo od tamtej chwili rodzina chętniej nas odwiedza i wszyscy są nagle wyjątkowo uprzejmi.
Tak. Czasem żeby posprzątać dom, trzeba nie tylko uprać obrus (a swoją drogą plama zeszła dzięki starym sposobom babci: sól i wrzątek!), lecz też porządnie przewietrzyć rodzinne relacje.
I znów oddycham pełną piersią.


