W 2018 roku, Robert Szymański, trzydziestoczteroletni mieszkaniec małej wsi pod Nowym Sączem, marzył o wyrwaniu się z biedy poprzez hodowlę świń. Wynajął zaniedbany fragment wzniesienia w okolicach Grybowa, planując stworzyć tam niewielką chlewnię.
Wydał wszystkie oszczędności, wziął też kredyt w Banku Spółdzielczym, zbudował chlew, wykopał studnię głębinową i kupił trzydzieści prosiąt.
Kiedy przywiózł pierwszą partię świń na górę, dumnie powiedział żonie Danucie, trzydziestojednoletniej:
Poczekaj jeszcze rok, a postawimy nasz własny dom.
Życie jednak wcale nie przypominało tych wszystkich telewizyjnych historii o szybkim bogaceniu się.
Już po niespełna trzech miesiącach, w Małopolsce wybuchła epidemia afrykańskiego pomoru świń. Jeden po drugim upadały okoliczne gospodarstwa. Część sąsiadów musiała spalić całe chlewnie, by powstrzymać wirusa. Przez tygodnie dym unosił się nad wzgórzami.
Danuta coraz bardziej się bała.
Sprzedajmy je, póki jeszcze są zdrowe nalegała.
Robert jednak był uparty.
To minie. Musimy tylko trochę wytrzymać.
Ciągły stres i nieprzespane noce sprawiły, że opadł z sił. Skończyło się szpitalem w Nowym Sączu, wyczerpany i zestresowany. Ponad miesiąc dochodził do siebie u teściów w Limanowej.
Kiedy wrócił na górę, połowa świń już nie żyła. Ceny paszy podwoiły się. Bank zaczął dopominać się spłaty kredytu.
Każdej nocy, gdy deszcz walczył o dach blaszany chlewni, Robert miał wrażenie, że jego świat powoli się rozlatuje.
Aż pewnego wieczoru, po kolejnej rozmowie z wierzycielem, usiadł na podłodze i wyszeptał:
Już po mnie.
Następnego ranka zamknął chlewnię. Oddał klucz właścicielowi ziemi panu Tadeuszowi i zszedł na dół. Nie miał już siły patrzeć, jak to wszystko się wali. W myślach już wszystko spisał na straty.
Przez pięć lat nie wracał na górę.
Przeprowadził się z Danutą do Krakowa, gdzie zatrudnili się w fabryce. Żyli skromnie nie w luksusie, ale i bez większych zmartwień.
Kiedy ktoś wspominał o hodowli świń, Robert tylko gorzko się uśmiechał.
Całe oszczędności zjadła mi góra.
Jednak na początku tego roku zadzwonił pan Tadeusz, wyraźnie wzruszony.
Panie Robercie niech pan tu przyjedzie. Na tym pańskim dawnym chlewie coś się wydarzyło.
Następnego dnia Robert wybrał się te czterdzieści parę kilometrów pod górę. Dawna droga zarośnięta trawą i zdziczałymi krzakami wyglądała jakby nie było tam nikogo od dekady.
Szedł z bijącym sercem, nie wiedząc, co zastanie.
Czy chlew rozpadł się zupełnie?
Czy może po jego marzeniu nie zostało nawet wspomnienie?
Kiedy minął ostatni zakręt, zatrzymał się z wrażenia.
To miejsce tętniło życiem.
Stare zabudowania chlewni porosły bluszczem i gęstą zielenią. Z błotnistych wybiegów zrobił się kawałek lasu. Drzewa wyrosły wysoko, a ścieżki prawie zniknęły pod krzakami.
Ale to nie to go zatrzymało.
Usłyszał odgłosy.
Chrum chrum
Robert zastygł.
Powoli podszedł do niemal zarośniętego trawą ogrodzenia. Wyjrzał przez dziurę w płocie i cofnął się z niedowierzaniem.
Były tam świnie.
Nie jedna czy dwie całe stado.
Wielkie, dorodne. Wśród nich biegały małe prosięta.
Trzydzieści prosiąt, które zostawił pięć lat temu, rozrosło się w ogromne stado.
To niemożliwe wyszeptał.
Pan Tadeusz, który dogonił Roberta, pokiwał głową.
Mówiłem panu, że nie zniknęły.
Ale jak one przetrwały? Robert wciąż nie mógł uwierzyć w to, co widzi.
Pan Tadeusz usiadł na kamieniu.
Jak pan zamknął chlew, kilka świń zostało. Wyrwały się przez płot i uciekły do lasu. Myślałem, że nie przeżyją. A jednak
Robert rozejrzał się wokół.
Za chlewnią płynął niewielki strumień, którego wcześniej nie dostrzegł. Dookoła wyrosły bananowce, ziemniaki, orzechy laskowe i dzikie rośliny.
Widzi pan ciągnął pan Tadeusz nauczyły się tu żyć. I mnożyły się dalej.
Robert patrzył na stado. Kilka świń podniosło łby, jakby go rozpoznały po latach.
Jedna duża świnia podeszła bliżej. Jej skóra była czerwonawa, a na uchu miała bliznę dokładnie taki znak, jak miał pierwszy zakupiony prosiak.
To ona wyszeptał.
Pierwsza świnia jaką kupiłem.
Coś ścisnęło go w środku.
Wszystko, co myślał, że stracił było tu nadal.
Nie tylko żyło ale nawet się rozrosło.
I co pan teraz zrobi? zapytał pan Tadeusz.
Robert długo milczał.
Patrzył na górę. Na odmienioną chlewnię. Na świnie biegające spokojnie po trawie, jakby ostatnie pięć lat po prostu nie istniało.
Po chwili po raz pierwszy od bardzo dawna się uśmiechnął.
Może, powiedział cicho, jeszcze nie wszystko stracone.
W tym momencie zrozumiał coś, o czym już dawno zapomniał.
Czasami, nawet jeśli porzucasz marzenia
one potrafią poczekać, aż wrócisz.



